Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]


Cuzco

środa, 1 V 2013


Święto ludu pracującego | Grają i tańczą | Piękno po inkasku | Zachwycam się lokalną architekturą | Miły wieczór


Poranek w Cuzco. Jest 8:00 rano. No, w końcu się wyspaliśmy! Wychodzimy na taras i czekamy na śniadanie. Widok na miasto, jaki się stąd rozciąga, jest fenomenalny! Tysiące domów pokrytych czerwoną dachówką z położonym na wprost nas centralnym placem i przylegającą doń wysoką wieżą katedry. Daleko, może 20 kilometrów dalej, na horyzoncie znajdują się góry, a powyżej – błękitne niebo z obłoczkami. Jest super, cieszę się, że dotarliśmy do tak znanego w całym świecie miasta.

Po śniadaniu ruszamy na spacer. Wąskimi uliczkami spowitymi jeszcze porannym mrokiem idziemy do centrum. A tu niespodzianka! Na Plaza de Armas gromadzą się tłumy, wygląda na to, że na coś czekają. I oto po chwili z bocznej ulicy wychodzi na plac defilada. Peruwiańczycy ubrani w jednakowe stroje podzieleni są na grupy jak bataliony wojskowe. Niosą sztandary i kolorowe banery z hasłami. Coś mi to przypomina... Czyżby? No, tak! Dziś 1 Maja, święto ludzi pracy. No cóż. W wielu krajach tradycją jest świętowanie w dniu św. Józefa Robotnika. To najczęściej hołd składany robotnikom i tym wszystkim, którzy podejmują się pracy najemnej. Święto bez zadęcia ideologicznego, jak to miało czasem miejsce wśród demoludów. W Peru święto pierwszomajowe to również okazja do organizowania parad w geście solidarności z pracownikami i demonstracji w obronie praw pracowniczych i warunkami pracy. Jak się wydaje, związki zawodowe mają tu silną pozycję, a władza się z nimi liczy. Tu, w Cuzco, mieszkańcy przy okazji święta pracy protestują przeciwko planom budowy w pobliżu zbiornika retencyjnego; tak przynajmniej wynika z transparentów, które niosą. Zaangażowane w akcję społeczną są tu nawet dzieci w wieku szkolnym – widzę właśnie uczniów z jednej klasy z przygotowanymi plakatami. Stoją spokojnie, czekając na sygnał do akcji protestacyjnej. Ulicą przechodzi teraz nieco rozproszona grupa. Na banerach „Federacia regionale construction CV Cuzco" – to maszerują przedstawiciele związków zawodowych. Wielu z nich ma czerwone sztandary.

Z balkoników pierwszego piętra domów wokół placu wyglądają mieszkańcy i goście hotelowi. Tłumy stoją też pod arkadami: miejscowi przyglądają się defiladzie, a turyści robią zdjęcia. A jest na co popatrzeć! Oto na ulicy pojawił się zespół ubranych w ludowe tradycyjne stroje młodych Peruwianek. Są kilkunastoletnie, ubrane w sukienki w kolorze błękitnym lub bordowym. Właściwie to nie dziewczęce sukienki, lecz pracowicie przygotowane haftowane suknie z aplikacjami. Stroju dopełniają oryginalne fikuśne kapelusze w odpowiednich barwach. Jest też miejscowa orkiestra złożona z panów w średnim wieku – również ubranych w stroje ludowe. Grają na gitarach i śpiewają. Dziewczęta ustawiają się w szeregach i zaczyna się grupowy taniec. Pojawia się również starsza młodzież: dziewczyny w pasiastych spódnicach i chłopcy w spodniach z białymi końcówkami nogawek. Wszyscy w czapeczkach ozdobionych kutasami z różnokolorowej włóczki. Każda grupa tańczy swój taniec, nie przeszkadza im, że muzyka cały czas się zmienia. Nie chcąc tracić nic z tej masowej imprezy, ruszamy ulicą razem z defiladą. Przechodzimy obok kolejnych zabytkowych – głównie barokowych i późniejszych – budowli, a następnie wracamy na główny plac. Katedra jest teraz zamknięta, musimy więc poczekać do popołudnia.

– Nie traćmy czasu – mówi Kamila. – Chodźmy do muzeum Inki.

Zbiory są olbrzymie, – Wiesz, Kamila? Ja zawsze się dziwię, że w naszej kulturze europejskiej, czy też chrześcijańskiej zawsze dominował trend pokazujący ludzi jak najbardziej realistycznie, wiernie.

– Co masz na myśli?

– Popatrz na rzeźby ze starożytnej Grecji: artyści starali się przedstawiać bogów, władców i innych herosów tak wiernie, jak to możliwe: korzystali z modeli – pięknych kobiet lub przystojnych mężczyzn.

– I dlatego te dzieła zachwycają do dziś!

– Podobnie z malarstwem. Chociaż w średniowieczu postacie były nieco smuklejsze, a w baroku bardziej tłuste, to przecież, bez dwóch zdań, pokazywały rzeczywistych ludzi.

– Różne były kanony piękna.

– Otóż to! A tutaj? Lub u Azteków w Meksyku? Trudno przecież przypuszczać, by te karykaturalne postacie pokazywały obowiązujące piękno…

– No wiesz… Różne rzeczy się mogą podobać. Na przykład powiększone monstrualnie usta u niektórych plemion afrykańskich, czy nacięcia na skórze…

– Albo tatuaże wśród Maorysów z Nowej Zelandii!

– Moda na dziary jednak wraca…

– Ale zgodzisz się, że ludzi z tak powiększonymi głowami lub brzuchami się nie spotyka?

– Fakt. Nie wiem, dlaczego takie rzeźby powstawały.

– Podobnie w religiach Wschodu: tam bogowie mają głowę słonia, czasem po kilka głów lub kilkanaście ramion. I w ogóle hinduistyczni, czy buddyjscy bogowie są… ciekawsi niż bóg chrześcijański.

W muzeum znajduje się też trochę zbiorów etnograficznych: sznurkowe obuwie, pokryte filigranowym i rysunkami naczynia z tykw. Są również czaszki, niektóre mają dziury w tylnej części, a z opisów wynika, że to pozostałości po mniej lub bardziej udanych trepanacjach.

Zaglądamy do Palacio Nazarenas. espadaña de dos cuerpos – dwupoziomowa dzwonnica – z kilkoma dzwonami znajduje się... pięciogwiazdkowy hotel. Pokoje od 1000 do 2000 dolarów, nie jesteśmy zainteresowani. Obok, przy tym samym placu (Plazoleta de las Nazarenas) znajduje się Capilla de San Antonio Abad, niewielki, ale bardzo interesujący kościółek z cudownej urody barokowym ołtarzem. Niestety, nie wejdziemy do środka, wielka drewniana brama jest zamknięta. Szczyt kamiennej fasady wieńczy również bezwieżowa dzwonnica (fachada-espadaña), tak charakterystyczny element kościołów wiejskich w Hiszpanii i w architekturze kolonialnej, zwłaszcza w Meksyku i tu w Peru. W sąsiadującym z kaplicą byłym monasterze urządzono... no tak, oczywiście! Wypasiony hotel (Belmond Hotel Monasterio).

Szwendamy się uliczkami Cuzco. Niektóre z murów pamiętają najeźdźców hiszpańskich, inne są jeszcze wcześniejsze – z czasów inkaskich. Potężne mury wykonane ze ściśle dopasowanych głazów wzbudzają uznanie dla staranności ówczesnych mistrzów kamieniarskich. Szczególnie podobają się mi przepięknie rzeźbiony balkoniki drewniane i równie atrakcyjne obramowania okien i portale bram. Na ulicy dużo komercji. Peruwianki chodzą ubrane po ludowemu: pasiasty koszule z ornamentami inkaskimi, wykonane z czerwonej lub bordowej włóczki sweterki, kolorowe chusty w paski i szerokie kapelusze również wykonane z włóczki. Chodzą po ulicach i namawiają turystów na różne zakupy i usługi – ot choćby o to, by Americano albo inny gringo zrobił sobie zdjęcie z małym koźlątkiem lub kupił czapeczkę z włóczki.

Zaglądamy pod kościół i klasztor Santo Domingo (1535). W dużej i masywnej bryle kościoła uwagę zwraca dzwonnica z dziesiątkami "pozlepianych" karbowanych kolumieniek, które podtrzymują kamienną kopułę. Jak to często bywało świątynia została wzniesiona na gruzach inkaskiej świątyni Inków Coricancha, znanej również jako Świątynia Słońca. Nie muszę dodawać, że o przekształcenie jej w gruzy zadbali hiszpańscy najeźdźcy.

Raz po raz przystajemy na ulicy i przyglądamy się występom młodzieżowych zespołów tanecznych. Odnoszę wrażenie, że kilkunastoletnie dziwewczęta i chłopcy świetnie się bawią, nie bacząc na zainteresowanie turystów czy zwykłych przechodniów.

W poszukiwaniu taniej knajpki trafiamy w okolice ronda Óvalo de Pachacutec z centralnie umieszczonym pomnikiem (Monumento Inca Pachacutec) przedstawiającym Pachacuteca – inkaskiego imperatora (1438 – 1471), z którego rozkazu zbudowano Machu Picchu. W miejscowej chińskiej knajpce bierzemy pożywną zupę z kawałkami kurczaka.

Zapada wieczór, a my wciąż nie mamy dość. Długo jeszcze chodzimy po starówce, ciesząc swe oczy pięknie iluminowanymi pałacami, fontannami i kościołami. O tej porze tłumów już nie ma, wieczór jest chłodny, wiec nieliczni przechodnie poubierani są w ciepłe kurtki. Nie zapominamy, że jesteśmy na wysokości 3326 m n.p.m.

– Kamila, wracamy do hotelu? – pytam.

Trochę już zmarzłem, mam na sobie tylko cienką bluzę.

– Wracajmy.

Kilka minut później przystajemy.

– Czujesz?

W powietrzu rozchodzi się smakowity zapach pieczonego słodkiego ciasta.

– Poszukajmy, co tu dobrego dają – proponuję.

Na sąsiedniej uliczce odnajdujemy bar pełen miejscowych. W okienku wychodzącym na ulicę dwie kucharki smażą wielkie pączki-obw arzanki. Nie możemy się powstrzymać i próbujemy miejscowego smakołyku. Są pyszne!

Wieczór spędzamy przy butelce wina.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej