Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
Rano, koło 8:00 docieramy do Limy. Kilkunastogodzinna jazda w semi-cama nie była aż tak niewygodna.
– Wyspałaś się? – pytam Kamilę na wszelki wypadek.
Potwierdza z uśmiechem, ale myślę, że jest równie wymęczona jak ja. Wczoraj zabukowaliśmy nocleg w stolicy. Tym razem śpimy w casa privada przy Avenida Nicolas de Pierola 730. To samo centrum starej Limy. I w dodatku niezbyt daleko od dworca, gdzie wylądowaliśmy.
– Pójdziemy chyba na piechotę, przecież się nie spieszymy.
– Tak. A od której tam będzie otwarte?
– Nie mam pojęcia – wzruszam ramionami – może ktoś będzie, zostawimy rzeczy i pójdziemy zwiedzać miasto.
– Mamy plan. Dobrze.
Stajemy pod bramą. Żadnych oznaczeń, że tu można nocować. Tylko tabliczka Familia Rodriguez.
– Myślisz, że to dobry adres? – pytam.
– Nie wiem. Taki dostaliśmy. Dzwonimy.
Po kilku minutach schodzi starsza kobieta i otwiera nam bramę.
– My na nocleg. Byliśmy umówieni.
– Wchodźcie.
Mieszkanie jest „staroświeckie”. Na razie siadamy w jadalni i z ciekawością się rozglądamy. Pomieszczenie jest wysokie, może 4 metry. Pośrodku olbrzymi stół z ośmioma krzesłami. Drewniany, zabytkowy kredens z kryształami i szkłem. Lustra w posrebrzanych ramach. Sofa z haftowanym obiciem i intarsjowany stolik. Mosiężne wazy z kwiatami na rzeźbionych podstawkach dopełniają całości. Widać, że rodzina z tradycjami. Pewno lokalny establishment, któremu się pogorszyło. Dostajemy pokój w podobnym stylu z widokiem na ulicę. Lubię noclegi w takich domach. Generalnie lubię noclegi u lokalsów, niezależnie czy to płatna kwatera, mieszkanie Coachsurfera, czy też gościna u przypadkowo poznanych na trasie ludzi. Kilka razy zdarzyło mi się spać w takich stylowych wnętrzach jak tutaj, w Limie. Miło wspominam nocleg w Telawi (Gruzja), a także w Voronet (Rumunia).
Umawiamy się z właścicielami, że na razie idziemy na zwiedzanie i wrócimy wieczorem.