Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Poranek nad Atlantykiem | O brazylijskich grubasach | Jak zarobić na życie? | Chwila wytchnienia w parku | Brazylijki śpiewają, Polka gra
Poranek w Paratach. Zaczął się ruch w hostelu. Dziewczyny pewno jeszcze śpią albo odbywają poranną toaletę, idę więc na brzeg oceanu. Słońce już dwa palce nad horyzontem, na plaży praktycznie pusto. Kilka zacumowanych łódek lekko kołysze się na fali. Na piasku leżą miliony muszelek, wilgotne, połyskują w blasku słońca. Miejscowy Brazylijczyk spaceruje z psem, od czasu do czasu rzuca mu patyk do oceanu, a pies go aportuje wskakując do wody.
Po śniadaniu transferujemy się na dworzec. Autobus do Sao Paulo mamy za 15 minut. Bilety są po 72 i 53 reale. Wybieramy najtańszą opcję za 52 BRL, ponieważ jedziemy w dzień, zbędna będzie wersja semi-cama. Trasa autobusu prowadzi początkowo wzdłuż Atlantyku, w tych okolicach wybrzeże to jedna, niekończąca się plaża. Tysiące ludzi kąpie się, leży na piasku w cieniu palm lub okupuje nadmorskie bary. Po dwóch godzinach jazdy skręcamy na północ, oddalając się od oceanu. Krajobraz zmienia się, okolica jest teraz lesista, pokryta wzgórzami. Wkrótce i te monotonne krajobrazy nużą. Przysypiam.
Umundurowana pani stanęła w przejściu i opierając się o fotel, coś tam notuje.
– Co, znowu sprawdzają bilety? – pyta Małgosia.
– Nie! Pani zbiera zamówienia na posiłek.
Heh! Za tę cenę rzeczywiście posiłek powinien być. Autobus jest praktycznie pusty, być może Brazylijczycy korzystają z tańszych alternatyw.
Widoki za oknem znów się zmieniają. Przejeżdżamy przez slumsowate dzielnice. To jeszcze nie Sao Paulo, lecz inne satelickie miasta. One też mają swoje dzielnice biedy! Czasem, gdy wyjeżdżamy poza teren zurbanizowany, nieoczekiwanie z lasów pokrywających wzgórza wyrasta grupa wieżowców – tak, ni z gruszki, ni z pietruszki.
Po czterech godzinach docieramy do obrzeży Sao Paulo. To gigantyczne, największe w Brazylii miasto rozciąga się na obszarze 1500 kilometrów kwadratowych (obszar Região Metropolitana – 8000 kilometrów kwadratowych, trzy razy tyle co Luksemburg!). Przejazd do centrum zajmie nam jeszcze prawie dwie godziny. W mieście jesteśmy umówieni z Ewą, koleżanką Moniki, która od paru lat mieszkał w Brazylii. Poślubiła Brazylijczyka i dobrze im się tu wiedzie. Musimy się odszukać na Terminalu Rodoviário do Tietê – dworcu autobusowym – zlokalizowanym w północnej części Sao Paulo. To może być wyzwanie, gdyż dworzec jest ponoć drugim co do wielkości na świecie. Ale najpierw muszę wypłacić 600 reali z bankomatu.
Obywa się bez poszukiwań, witamy się z Ewą. Dziewczyna proponuje, by podjechać do centrum metrem (stacja Portuguesa-Tietê w Santana), kupuje nam bilety. W metrze moją uwagę zwracają piktogramy z informacją o miejscach dla uprzywilejowanych. A są nimi: 1) inwalidzi 2) kobiety w ciąży 3) kobiety z dzieckiem na ręku 4) starsze osoby oraz... 5) osoby otyłe! Jestem pod wrażeniem. Do kategorii osób specjalnej troski zaliczono tu grubasów. Niestety w krajach Ameryki Południowej (a nie tylko, jak się powszechnie sądzi, w Stanach Zjednoczonych) znaczącym problemem społecznym jest otyłość społeczeństwa. Powszechna dostępność żywności, jej względna taniość, a przede wszystkim popularność fast-foodów, snacków i łakoci wszelkiego rodzaju na bazie trzciny cukrowej, ziemniaków i kukurydzy sprawiają, że 53% populacji brazylijskiej ma nadwagę, a kolejne 19% cierpi na otyłość. Nie inaczej było w krajach Ameryki Środkowej, którą odwiedziłem wiosną tego roku. Tam również na każdym kroku – na ulicy i w autobusie – widoczne były osoby z nadwagą. Dotyczy to przede wszystkim kobiet, których gigantyczne pośladki i mocarne uda są widoczne z daleka. Co, oczywiście nie przeczy temu, że w Ameryce Południowej można spotkać piękne, zgrabne dziewczyny. Choćby te, które opalały się na plaży w Rio. Wysiadamy na stacji Sé w samym sercu Sao Paulo. Gosia z Moniką zostają porwane przez Ewę – chcą sobie pogadać razem. Umawiamy się na pod katedrą Sé o 18:00.
Jesteśmy w samym centrum miasta przy ruchliwej Avenida Paulista. Tu, w cieniu wielkich biurowców, banków, centrów biznesowych i galerii handlowych, rozstawili się na chodniku handlarze, muzycy i wszyscy ci, którzy na ulicy wiodą swój żywot lub pracują. Przystajemy na chwilę przy domorosłym perkusiście. Rozłożył się ze swymi bębnami na chodniku. To nic, że jako bębnów używa odwróconych dnem do góry wiaderek po farbie. Liczy się zapał! Ma dwadzieścia lat i całe życie na zrobienie kariery. Pod Banco Safra usiadła na kartonie 40-letnia kobieta. Przed nią rozłożone na chodniku jej rękodzieło: dziergane na szydełku czapki i kwiatki z włóczki. Klientów za dużo nie ma, ale nie traci czasu: cały czas dzierga! Parę kroków dalej kolejny biznesman. Ma 30 lat i długie, czarne, lekko falujące włosy. Oferuje kolorowe skórzane i tekstylne paski do spodni. Bez wątpienia to on jest twórcą tych wyrobów: właśnie wycina nożyczkami skórzane elementy.
Już z daleka słyszymy muzykę gitarową i śpiew. Chłopak wyglądający na studenta zainwestował w sprzęt nagłaśniający i gitarę akustyczną. Nic go już teraz nie powstrzyma przed umilaniem przechodniom spaceru… A Dochodzimy do „stoiska” z pająkami. To prawdziwe dzieła sztuki. Pająki są wykonane z drutu i nitek, mają od kilku do kilkudziesięciu centymetrów wielkości. Obok znajduje się opuszczony warsztat „artysty”: druciki, koraliki, włóczka. Tylko… artysty brak!
Obok gitarzysty na chodniku swoje umiejętności pokazuje młody mężczyzna. Jest wyjątkowo gibki. Splata dłonie, pochyla się głęboko i przekłada je pod stopami. Następnie wkłada głowę między kolana, opiera się na dłoniach i robi z siebie wahadło unosząc nogi do góry. Potem, wciąż złożony w pół, robi na dłoniach kilka pompek. Siada i jednym ruchem zarzuca sobie nogę za głowę. Później następuje seria szybkich obrotów i nogi Brazylijczyka zwieszają mu z ramion. Po chwili zamienia się w pająka chodząc na czterech kończynach z przerzuconymi ponad głową nogami. Wzbudza to nie tylko entuzjazm ale i przerażenie. Przynajmniej u mnie, bo cały czas spodziewam się chrupnięcia w jego kręgosłupie. Ale nie. Mężczyzna z założonymi nogami ponad głową opiera się na dłoniach i wykonując wahadłowe ruchy znów zmienia się w kołyskę. Wygląda to naprawdę niesamowicie. Widzę również przestrach w oczach Małgosi.
– Chodźmy! – mówi.
– Podobało się?
– To było okropne! Jak on tak może!?
No cóż, dopóki mu stawy nie zwapnieją, zarabia tak, jak może. Przynajmniej nikogo nie napada i nie handluje narkotykami. Chociaż do końca nie jestem tego pewien, sądząc po skromnych datkach, które trafiają do kartonowego pudełka. Cóż, przestępczość w Sao Paulo jest olbrzymia, wręcz legendarna. Rocznie dokonuje się tu ponad 500 tysięcy kradzieży i ponad 200 tysięcy napadów. Do tego trzeba dodać ponad 3000 morderstw i tyle samo śmiertelnych wypadków komunikacyjnych. To oczywiście oficjalne statystyki. Przyjmując liczbę ludności miasta jako 15 milionów, łatwo się przekonać, że w ciągu życia przeciętny mieszkaniec Sao Paulo jest ograbiany 5 - 8 razy. No i ma jednoprocentową szansę, że zostanie zamordowany. Przeczytałem w internecie, iż Sao Paulo jest znacznie bezpieczniejsze niż Rio de Janeiro. Ha! Ładne mi pocieszenie...
Odpoczywamy w pobliskim parku, to Parque Tenente Siqueira Campos, który powstał ponad 120 lat temu, tuż po wytyczeniu reprezentacyjnej alei Paulista. Za sprawą tabliczek przyczepionych do drzew i krzewów – sprawia wrażenie ogrodu botanicznego. Jak się szybko orientujemy, jest to ulubione miejsce paulistanos, a przede wszystkim miejsce schadzek młodzieży brazylijskiej: praktycznie każda ławka okupowana jest przez obściskującą się lub całującą parę. Wykorzystujemy okazję, by coś zjeść: mamy prowiant ze sobą! Ja szybko przełykam swoją część i pytam Małgosię:
– Możesz tu chwilę zostać? Przejdę się szybko po parku…
– Dobrze, ale wróć!
– Wrócę.
Jest jeszcze jasno, a w parku pełno ludzi, mam nadzieję, że nikt jej nie będzie zaczepiać. Chociaż zazwyczaj nie mam problemów z dużymi miastami, tutaj w największym mieście Brazylii, niezbyt komfortowo się czuję. Szybko przemierzam alejki, Oglądam podpisane drzewa. Rosną tu takie gatunki, jak: araribá-rosa, canela-poca, cedr, jequitibá, drzewo żelazne, sapopemba, sapucaia, chińska palma wachlarzowa, seafortia i żabnica. Spośród 135 gatunków występujących w parku kilka jest zagrożonych m.in. cabreúva, chichá i palma jussara. Ograniczam się do zrobienia paru zdjęć.
Pół godziny później jesteśmy w umówionyum miejscu pod katedrą. Dołączamy do grupy dziewczyn i w piątkę idziemy zwiedzać katedrę. Pięcionawowa Catedral Metropolitana Nossa Senhora da Assunção de São Paulo zwana krócej Catedral da Sé liczy sto lat i została zbudowana w stylu neogotyckim. Jej granitowe „wieże ludu” wznoszą się na wysokość ponad 90 metrów czyniąc charakterystyczny punkt odniesienia w panoramie miasta. Wchodzimy przez portal ozdobiony ośmioma figurami świętych i rozetami. Co prawda trwa msza, ale zgromadzonych wiernych jest raptem kilkunastu, ogromny kościół sprawia więc wrażenie pustego. Potężne kolumny podpierające sklepienie nawy głównej są żłobkowane, przez co nadają wrażenie wysokości świątyni. Dość nietypowe jest zdublowanie ambon po dwóch stronach nawy. Sam ołtarz dość skromny, ciekawsze są kolorowe „złocone” mozaiki w nawach bocznych. Pod głównym ołtarzem znajduje się duża krypta z grobami miejscowych arcybiskupów tudzież biskupów.
– No jak? Podoba ci się tu? – pytam Małgosię, która skończyła krótką modlitwę.
– No… – dziewczyna kiwa głową w niezdecydowany sposób.
Atrakcją podczas niedzielnej mszy jest miejscowy chór. Panie i panowie ubrani w długie czerwone szaty śpiewają pieśni religijne przy akompaniamencie klawesynu. Sympatyczne.
Gdy wychodzimy z katedry jest już właściwie wieczór. No cóż, niewiele było tego zwiedzania 20-milionowej aglomeracji, ale też specjalnie nie żałujemy. Nie jest to miejsce, gdzie można spędzać wakacje. Jest tu co prawda kilkadziesiąt muzeów, tu znajduje się największe nagromadzenie drapaczy chmur w Brazylii z Mirante do Vale (170 m) i Edifício Itália (165 m) na czele, ale… jakoś nikogo z naszej czwórki nie ciągnie do dalszego poznawania Sao Paulo.
Bierzemy taksówkę i transferujemy się teraz na dworzec autobusowy. Kierowca jedzie jakąś długą okrężna trasą. Z niepokojem patrzę na wskazania taksometru.
– Dzięki za wycieczkę krajoznawczą – mówię z przekąsem, płacąc 25 reali.
Kierowca ma problem z wydaniem reszty.
– Dobra, zostaw go! – naciska na mnie Gosia.
Nie zamierzam ustąpić. I tak mam przekonanie, że nas naciągnął.
– O cztery złote chcesz się kłócić? – Monika dolewa oliwy do ognia.
Brazylijczyk coś tam mruczy pod nosem, w końcu wydaje resztą.
– No widzisz, dało się – odpowiadam mu po polsku.
Widzę, że na dłuższą metę ciężko byłoby mi podróżować z tymi dwiema dziewczynami. Są dobrze sytuowane, zarabiają z pewnością dwa razy więcej ode mnie. Łatwo im przychodzi spełniać swoje zachcianki, trudno im zrozumieć sytuację innych osób. Tylko dlaczego chcą rozporządzać moimi pieniędzmi?
Czeka nas nocny przejazd do Kurytyby. Ponieważ mamy do odjazdu kilka godzin (23:00) Gosia zasiada przy ogólnodostępnym fortepianie i zaczyna grać. Bardzo mi się podoba to granie. Chociaż nie wiem, na jakim poziomie wirtuozerii jest dziewczyna, to podziwiam jej odwagę publicznego występu.