Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
Mamy plan! | Wspólny znajomy?! | Lot nad Atlantykiem
– O, popatrzcie! Pilot otworzył okno w kabinie! – Grzegorz wskazał samolot z wielkim czerwonym napisem TAM.
Faktycznie, w Airbusie z dużym sloganem Magic Flying Carpet było otwarte okienko. Do kokpitu wpadło świeże powietrze i pilot wystawił twarz do słońca.
Siedzieliśmy w przeszklonej hali odlotów na lotnisku Charlesa de Gaulle’a i patrzyliśmy na parkujące maszyny. My – czyli ja z Kamilą, dwóch chłopaków z Krakowa oraz polsko-erytrejska para ze Strasburga: Ania i Mohammad. Wszyscy udawaliśmy się do Ameryki Południowej, a spotkanie pod Paryżem było cokolwiek przypadkowe. Chronologicznie było to tak: na moje ogłoszenie na Globtroterze w sprawie organizowania ekipy do Peru odpowiedział Marek, później dołączyła Marcela, jego koleżanka z sieci, a po kilku tygodniach skontaktowała się ze mną Kamila. Była więc nas czwórka. Ustaliliśmy, że Marek z koleżanką leci do Limy 16 kwietnia, ja z Kamilą dzień później i spotykamy się w hostelu Flying Dogs. Zgodziliśmy się, że tramping obejmie Peru i Boliwię (z opcją Chile), a wstępnie zaplanowana trasa wyglądała następująco: Lima – Islas Ballestas – Nazca – Arequipa – Colca – Puno – La Paz – Salar de Uyuni i dalej Cuzco i Machu Picchu. Natomiast Ania ze Strasburga, z którą niezależnie rozmawiałem w sieci, miała lecieć ze swym mężem jeszcze później i planowali trochę inną trasę. Tak więc zaskoczył mnie SMS od niej, że są już w Paryżu i możemy się spotkać na lotnisku. Natomiast Grzegorz z kolegą – spotkani w samolocie – lecieli na razie do Rio de Janeiro.
Ameryka Południowa jeszcze kilka miesięcy temu wydawała mi się nieosiągalnym celem. Teraz, siedząc na Roissy, wciąż nie mogę uwierzyć, że za kilkanaście godzin będę za oceanem! W ciągu ostatnich dwóch miesięcy pochłonięty byłem innymi sprawami, niewiele czasu miałem na przygotowania do podróży. Znam ogólny plan, mam przewodnik LP po Peru, ale liczę na pozostałych współtowarzyszy podróży w zakresie logistycznym i przewodnickim. Też chciałbym mieć trochę wakacji. ;-)
Niewiele wiem o doświadczeniach podróżniczych pozostałych osób, czas na lotnisku wykorzystujemy więc na zapoznawanie się. Opowiadamy sobie, gdzie kto był i jakie ma plany na Amerykę Południową.
– My chyba do Boliwii nie pojedziemy – stwierdza Ania – za mało czasu.
– A macie kupione bilety do Machu Picchu? – dopytuję, częstując wszystkich herbatnikami.
Nie, nie mają. Sprawa biletów i dojazdu do Aquas Calliente jest dla nas ważna i próbuję dowiedzieć się, jak inni rozwiązują tę kwestię.
– My chcemy podjechać do Santa Teresa i dalej iść wzdłuż torów...
Oni nastawiają się na podróż pociągiem. Cóż, są bardziej zasobni w gotówkę i zdaje się... bardziej wygodni.
– Na miejscu wszystko ustalimy – stwierdzam – będziemy jeździć z jeszcze jedną parą z Polski.
– My też – mówi Ania – czekają na nas już w Limie.
– No tak, mnóstwo Polaków pojechało w tym roku.
– Ja z tym chłopakiem jadę po raz pierwszy, poznaliśmy się w sieci.
– Skąd on jest?
– Kto? Marek? Z Gdańska.
– A to ciekawe... bo my też umówiliśmy się z facetem o imieniu Marek.
Zapada chwila milczenia. Pokazuję SMS-a od Marka.
– Tak, to ten sam numer – mówi Ania.
– A on coś wam mówił o nas?
– Nie... Tyle że spotkamy się w hostelu Flying Dogs i pojedziemy w środę do Paracas...
Aha. Czyli chłopak umówił się na tramping z dwiema parami jednocześnie, każdej mówiąc, że będzie jeździć we czwórkę. Humory natychmiast siadają. Anka tłumaczy po francusku Mohammadowi sytuację i stwierdza:
– No, nie wiem, czy w tej sytuacji chcemy z nimi podróżować.
Tak. To niepoważne. Na razie się tym nie przejmuję. Spotkamy się w Limie, pogadamy, zawsze można jeździć w szóstkę...
Zbliża się 21:00, chłopcy dają sygnał, by ruszyć do odprawy. Stojąc przy wyjściu z tarasu, widzę, jak flegmatycznie pakują się inni. Przy odprawie bagażu uprzejma Brazylijka zmienia mi i Kamili miejsca tak, abyśmy siedzieli razem. Żegnamy się z chłopakami i parą polsko-afrykańską. Przed wejściem do samolotu rozmawiamy jeszcze z kilkoma innymi ekipami – wszyscy skorzystali z rewelacyjnej promocji TAM. Jadą na krócej niż my: 11-14 dni.
Startujemy o 22:20. Ja nie mogę doczekać się posiłku i kawy, Kamila liczy, że się prześpi. Dwunastogodzinna trasa lotu przebiega nad Zatoką Biskajską, przecina Półwysep Iberyjski, mija Kanary. A dalej strasznie długa droga nad wodami Atlantyku. Będzie to moja pierwsza podróż za ocean i pierwsza wyprawa na półkulę południową. Dla Kamili – pierwszy wyjazd poza Europę. Godziny lotu mijają powoli. Rozmawiamy o podróżach. Opowiadamy sobie różne kawałki z naszego życia. Senność w końcu przychodzi, milkniemy, pogrążając się półśnie.