Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Sergiusz grzeje dłonie | Autostopem przez Banks Peninsula | W malowniczym Akaroa | Polowanie na pingwina | Muzeum i ogród botaniczny | Welcome to New Thailand!
Noc nie była najlepsza, niejednokrotnie się budziłem, zmarznięty. Otwieram oczy koło 6:00; przekręcam się z boku na bok próbując złapać resztkę snu. Ostatecznie budzę Sergiusza o 6:30.
– Wstajemy! Powolutku...
W ciasnym wnętrzu naszego namiotu wszystkie operacje wymagają ostrożności i zgrania. Zwijamy maty i śpiwory, wyrzucamy rzeczy z namiotu. Na zewnątrz jeszcze ciemno.
– Zagotuję wodę. Kawę czy herbatę chcesz? – pytam.
– Nic nie chcę.
– Dlaczego? Rozgrzejesz się!
– Nie. Nie będziemy tu gotować.
Sergiusz uznaje, że nadużylibyśmy gościnności gotując wodę na gazie. Nic to! Po kilku minutach wrzątek jest gotowy, robię sobie kawę.
– Daj swój kubek – proszę.
– Nie.
– No to nie...
Cóż, na upartego nie ma rady. Składam namiot i w przerwach popijam kawę.
– Ogrzej sobie chociaż ręce kubkiem – namawiam.
– Potrzymać kubek... mogę.
Ha, ha! Niech mu będzie!
Namiot i tropik są wilgotne od środka, będziemy je suszyć "wytrzepując" tak jak w Rilskim Monastyrze, w Bułgarii. Kilka ruchów płachtą... i zaczyna padać śnieg. To woda błyskawicznie zamarza na powierzchni tkaniny i odpada w postaci płatków.
– Dobrze, że jest tak zimno – komentuję – za chwilę namiot będzie suchy!
Ruszamy koło 7:30. Ha! Ruszamy... Chociaż ruch jest na drodze względnie duży (przejeżdża w ciągu minuty parę samochodów), to przez godzinę nikt się nie zatrzymuje. Większość kierowców jedzie o tej porze do pracy: do Christchurch lub – znacznie mniej – w "naszym" kierunku, czyli do Little River. Wiele z pojazdów to samochody dostawcze wyładowane sprzętem i drabinami na dachu. Ale część kierowców ma sporo miejsca i to nas złości!
Lituje się nad nami w końcu jakaś kobieta i zawozi nas 10 kilometrów dalej. Jak się okazuje, zna Polskę, była na Mazurach, w Tatrach, przechodziła przez Rysy na słowacką stronę. Pokazuje nam posiadłość, w której zamieszkała ze swą miłością po przeprowadzce z Auckland półtora roku temu. Zostawia nas na krzyżówce i zawraca do siebie.
Zabiera nas stąd 30-latek rozklekotanym wozem. Abyśmy się zmieścili, musi przełożyć najróżniejsze narzędzia elektryczne do bagażnika: on też jedzie do pracy... I on również jest imigrantem – pochodzi z Europy. Zawozi nas do Little River, małej mieściny w dolinie Takiritawai. Niewiele tu do oglądania, uwagę zwraca hostel urządzony w srebrnych, metalowych silosach. Sto lat temu miasteczko tętniło życiem, pozyskiwano drewno, wypasano owce i uprawiano kupkówkę (Dactylis). Doprowadzono tu nawet linię kolejową, po której kursował pociąg elektryczny z silnikiem zasilanym... z baterii. Dziś mieszkają tu głównie ci, którzy mieli dość wielkomiejskiego gwaru (co brzmi trochę na wyrost zważywszy nowozelandzkie realia).
Z Little River, po półgodzinie, zabiera nas kamper prowadzony przez dwóch chłopaków z Francji. Są średnio rozmowni, ale Sergiusz uparcie z nimi konwersuje. Krajobrazy półwyspu zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz serpentynami wjeżdżamy na grzbiety górskie, to znów zjeżdżamy ku kolejnej zatoczce. Przypomina mi się półwysep Dingle, który zwiedzaliśmy rok temu wraz z australijskim kierowcą. Oczywiście, Półwysep Banksa ma zupełnie inne pochodzenie. Nie tak dawno, bo osiem milionów lat temu, wyrósł z dna morskiego wulkan, wypiętrzył się na niemal kilometr i zaczął zalewać okolicę lawą. Coś się jednak przytkało w głównym kanale lawowym i pewnego dnia eksplozja zniszczyła stożek wulkaniczny a do utworzonej kaldery wdarły się wody Pacyfiku. No cóż! Ostrzegał Mały Książę, że trzeba okresowo czyścić wulkany... Później, po latach gromadzenia się aluwiów na nizinach wokół Christchurch, wulkan Akaroa (wraz ze swym starszym bratem, wulkanem Lytterton) połączył się z Wyspą Południową tworząc półwysep nazwany obecnie imieniem Sir Josepha Banksa – botanika towarzyszącego Cookowi podczas pierwszej wyprawy.
Podróż nasza kończy się w Akaroa, liczącym niewiele ponad sześciuset stałych mieszkańców, miasteczku. O tej porze wygląda na senną mieścinę i tak jest w rzeczywistości. Na ulicach niewiele samochodów, paru przechodniów. Dopiero w sezonie kurort wypełnia się kilkunastoma tysiącami wczasowiczów, co, jak się można spodziewać, ożywia miejscowość a jednocześnie powoduje problemy z wodą wodociągową... Miasto od pierwszej chwili sprawia miłe wrażenie. Małe, zadbane domki z ładnie urządzonymi ogródkami pełnymi kwitnących azalii, magnolii i innych krzewów... To musi się podobać!
Czy spotkamy tu pingwiny? – zadajemy sobie wciąż pytanie. Wątpię. Jest już 11:30, mamy może dwie – trzy godziny na zwiedzanie okolic. Francuzi idą na śniadanie do knajpki, my zasięgamy języka w informacji.
– Chcielibyśmy zobaczyć pingwiny...
– Musicie kupić tour!
– Nie można pójść na piechotę, niezależnie? – dopytuję.
– Nie!
No, dobra. Nie będę się z kobietą kłócić. Jej misją jest namawianie na wycieczki zorganizowane (185 NZD za dwudniową wycieczkę) a nie pomaganie turystom. Zaglądamy do kościoła anglikańskiego z kolorowymi witrażami i drewnianym orłem. Kościołów jest tu zresztą więcej: do koloru, do wyboru: prezbiteriański, katolicki... Ciekawe, czy na mszy niedzielnej jest tu komplet. Zostawiamy plecaki przed lokalnym muzeum ("Muzeum jest w remoncie" – stwierdziła pracownica – "połóżcie rzeczy na ławce, będę miała oko na nie."). W sąsiedztwie muzeum dostrzegamy kilka zabytkowych, jeszcze XIX-wiecznych domów, między innymi Langlois-Eteveneaux Cottage z 1842 roku. Kawał historii, heh!
– Przejdziemy się wzdłuż zatoki – mówię – może poza miasteczkiem zobaczymy jakiegoś zagubionego pingwina?
– Albo delfina Hektora...
Te niewielkie delfiny (toniny nowozelandzkie) najwygodniej jest oglądać z pokładu łodzi przemierzających zatokę Akaroa. Cóż... 75 NZD za dwugodzinną przejażdżkę wydaje się wygórowaną ceną.
Odciążeni, na luzie idziemy w kierunku latarni morskiej. Przechodzimy obok pomnika przedstawiającego lokalnego malarza przy pracy. To Charles Meryon (1821-1868), francuski artysta, który jako porucznik przybył tu na okręcie "Le Rhin". Swoją drogą... to sympatyczny zwyczaj upamiętniania osób zasłużonych dla miejscowej społeczności. Powinien być szerzej obecny w polskich miasteczkach. Oczywiście, o ile jedynym pomysłem nie będzie budowa pomnika dla proboszcza...
Zaciekawiły nas piękne, pomarańczowe kwiaty rosnące na rabacie.
– To chyba trytoma groniasta...
– Tak. To Kniphofia uvaria – potwierdza Sergiusz – Inaczej mówiąc "płonąca pochodnia"...
Obfotografowujemy kępy kwiatów ze wszystkich stron.
Zrobił się ładny dzień. Ściągamy polary. Wciągamy o płuc rześkie powietrze. Po deptaku spacerują uśmiechnięci turyści, pozdrawiamy się. Widząc z daleka charakterystyczny kształt drzew na brzegu, pytam Sergiusza:
– Poznajesz, co to za gatunek?
– No pewno! Araukarie.
Araukarie kojarzą mi się wciąż z powieścią "Orinoko" Arkadego Fiedlera. A przecież ich ojczyzną jest Nowa Kaledonia, skąd wywędrowały do Nowej Gwinei, Australii i Ameryki Południowej. Są takie drzewa, które mnie zawsze zachwycają i do nich właśnie należą araukarie. Podchodzimy bliżej i dostrzegamy między drzewami łopoczącą na wietrze flagę francuską – widomy znak, że to Francuzi byli wśród pierwszych osadników na tych ziemiach.
Mijamy przysadzistą drewnianą latarnię morską – błyska co dziesięć sekund od 1880 roku – i dochodzimy do szlabanu na drodze. Tablica mówi, że teren jest prywatny a przejście i przejazd wymagają zezwolenia. Zjadamy śniadanie i zawracamy.
Idąc brzegiem uważnie obserwujemy wody zatoki. W końcu dostrzegamy go!
– Widzisz? Nurkuje! – pokazuję ptaka Sergiuszowi.
– Ale czy to pingwin...?
– Pewno, że pingwin! Nowozelandzkie są takie małe!
Ptak jest faktycznie niewielki, ma może 60 cm długości, czarno-białe upierzenie. Odchodzimy nieco dalej. Gdy zawrócimy, nasz pingwin będzie już na molo.
– Dziwny trochę jak na pingwina, tato...
– Hm, poczekaj chwilę. Ustaw zdjęcia seryjne, ja odejdę bliżej...
Pingwin skubie sobie piórka, nami się nie przejmuje. Gdy jestem ze dwa metry od niego... rozpościera skrzydła i... odlatuje.
– Buuuuu! – złoszczę się.
– Widzisz! Nie trzeba było podchodzić.
– Dlaczego?
– Bo by nie odleciał. I byśmy wrócili do domu uznając, że zobaczyliśmy pingwina...
– Masz rację...
Z zawiedzionymi minami wracamy pod muzeum. "Nasz" kormoran srokaty (Phalacrocorax varius) znów nurkuje...
Powrót do Christchurch odbywa się w miarę sprawnie. Po trzydziestu minutach machania na wylotowej ulicy zatrzymuje się pani jadąca na lotnisko w Christchurch. Jest miejscową businesswoman i, po krótkiej, zwyczajowej konwersacji, zaczyna prowadzić rozmowy służbowe. Na ile zdołaliśmy się zorientować, ma firmę z otoczenia biznesu i zajmuje się pozyskiwaniem pieniędzy. Jedziemy szybko przez pagórkowaty teren półwyspu. Podoba mi się tu.
– Ciekawi mnie, dlaczego te żółte tablice na zakrętach, które pokazują liczbę kilometrów, zawsze kończą się cyfrą pięć: 35... 45... 55... – pytam.
– Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym – odpowiada Nowozelandka – ale to zalecane prędkości przy pokonywaniu zakrętów...
– Myślę, że to dlatego, by odróżnić znaki od znaków ograniczenia prędkości, które kończą się z reguły na zero – sugeruje Sergiusz.
Kobieta wysadza nas w centrum (specjalnie dla nas wjeżdża do miasta), pod Bridge of Remembrance; kilka kroków dalej jest muzeum, do którego nie udało się wejść przy pierwszym pobycie w Christchurch.
Canterbury Museum jest duże i interesujące. Wita nas ekspozycją ze szkieletem wymarłego moa. Zaczynamy od części etnograficznej. Realistyczne makiety "jak to drzewiej bywało" najwyraźniej podobają się Sergiuszowi, bo zapamiętale fotografuje postacie Maorysów przy pracach domowych, Maorysów polujących na moa, Maorysów uprawiających ziemię... Zgromadzono tu sporo artefaktów kultury militarnej, łowieckiej i gospodarczej. Uwagę naszą zwracają wypolerowane maczugi patu wykonane z kamienia lub jadeitu, drewniane maski z ornamentami odwzorowującymi sławne maoryskie tatuaże, elementy domostw (whare puni) a wśród nich drewniane płaskorzeźby przedstawiające różne stwory. Te ostatnie mają często oczy wykonane z muszli, wyciągnięte języki i groźne miny. Piękne są także elementy waka – długich do 40 metrów łodzi.
Kolejne pomieszczenie jest niezwykłe. Jego ściany pokryte są tysiącem muszli pāua wypolerowanych w ciągu 40 lat przez Freda i Myrtle Flutey'ów. Znajduje się tu również mnóstwo innych przedmiotów, do wyrobu których wykorzystano muszle. Kolekcja została przekazana przez wnuka do muzeum a oryginalne pomieszczenie wiernie odtworzone. Muszle tych jadalnych morskich ślimaków, zwanych u nas, z racji wyglądu, słuchotkami (Haliotis) były od wieków używane przez Maorysów w celach zdobniczych; obecnie są popularną pamiątką turystyczną. Co ciekawe, rekreacyjny połów tych mięczaków podlega ścisłym i skomplikowanym przepisom: nie wolno używać sprzętu nurkowego, w danej chwili nie można posiadać przy sobie więcej niż dwadzieścia muszli a ich rozmiary muszą być większe niż minimalne (125 mm dla Haliotis iris).
Dalsza część muzeum obejmuje zbiory etnograficzne ze świata europejskiego i azjatyckiego. Umieszczone je w pomieszczeniach stylizowanych na warsztaty szewski i tkacki, kuchnię, aptekę, sklepy itd., a całość ma postać XIX-wiecznej uliczki. Tego rodzaju ekspozycje widziałem już niejednokrotnie, choćby w Gandawie, więc w miarę pobieżnie się z nimi zapoznaję. Większe moje zainteresowanie wzbudza kolekcja ubrań kobiecych na pierwszym piętrze. Zgromadzono tu typowe ubiory dla każdego dziesięciolecia, poczynając od początku XIX wieku. Godne polecenia! Ciekawa jest również ekspozycja przedstawiająca nowozelandzki podbój Antarktydy.
W pozostałej części muzeum znajdują się zbiory przyrodnicze. Tu wreszcie możemy do woli naoglądać się pingwinów (w tym pingwinów białoskrzydłych, Eudyptula minor albosignata, których zabrakło w Akaroa), kiwi, fregat i albatrosów. Wychodzimy z muzeum usatysfakcjonowani.
– Chodźmy jeszcze do ogrodu botanicznego – proponuję widząc, że zostało ze dwie godziny do zamknięcia ogrodu.
Tutejszy ogród botaniczny powstał w 1863 a zatem już kilkanaście lat po założeniu miasta! Może to się wydawać nieistotne, ale dla mnie to ciekawe i znamienne, że mieszkańcy Christchurch – przybysze z odległego kraju – mieli takie potrzeby i je realizowali. Oczywiście, najpierw zbudowali kościół i ratusz, niemniej jednak ogród botaniczny niekoniecznie musiał być niezbędny dla nich. Chociaż dzień jest słoneczny, to dość chłodny ze względu na silny wiatr. Oglądamy i fotografujemy okazy botaniczne, ale przede wszystkim rozglądamy się za spokojnym, osłoniętym miejscem, by można było odsapnąć i zrobić posiłek. Między alejkami obsadzonymi potężnymi cedrami (Cedrus Atlantica), dębami korkowymi (Quercus suber), sekwojami (Sequoiadendron Giganteum) i araukariami (Araucaria araucana) odnajdujemy niewielki zagajnik porośnięty paprociami drzewiastymi. Mają po pięć metrów wysokości i szerokie na trzy metry baldachimy z liści.
– Super! Zrób mi tato tu zdjęcie – zachwyca się Sergiusz.
– Poczekaj jeszcze parę dni. Na Wyspie Północnej będziemy chodzić po całych paprociowych lasach! – śmieję się i pstrykam mu fotki.
Siadamy na ławce opodal stawu z kaczkami i przygotowujemy jedzonko. Okruszkami dzielimy się z wróblami.
Przed powrotem do Christchurch zastanawialiśmy się nad noclegiem. W grę wchodził namiot w okolicach lotniska lub w ogródku przy hostelu, w którym spaliśmy. Teraz Sergiusz jest bardziej zdecydowany:
– Śpimy na lotnisku, tato!
– Przynajmniej będzie ciepło...
Mamy sporo czasu, ruszamy więc na piechotę. To sześć kilometrów, ale zdarzały się nam dłuższe spacerki, jak choćby w zeszłym roku – na lotnisko w Luksemburgu. Po drodze robimy ostatnie zakupy w Countdown. Jak zwykle herbatniki, chipsy i cola...
Przystajemy na skrzyżowaniu czekając na zielone światło.
– Jeden... drugi... – mruczę patrząc na kierowców.
– Co, tato?
– Trzeci.... Liczę skośnych!
– Czwarty... – przyłącza się Sergiusz.
– Piąty!
– Czekaj! Ten nie... Biały!
– Szósty skośny!
Niesamowite! Większość – i to zdecydowana większość – przejeżdżających kierowców to Azjaci.
– Nowa Zelandia nie tylko zmieni flagę, ale i nazwę na Nowa Tajlandia – podsumowuje Sergiusz.
Droga na lotnisko wzdłuż głównej ulicy jest nużąca. Nie mamy jednak innego pomysłu jak, o tej porze, lepiej spędzić czas. Gdybyśmy byli mieszkańcami Christchurch, moglibyśmy pograć w tenisa czy siatkówkę – tak jak ci młodzi ludzie na kortach i boiskach położonych w parku, w którym usiedliśmy na chwilę, by zjeść kanapki i zrobić sobie herbatę.
– Jak im nie jest zimno? – zastanawiamy się patrząc na nastolatków biegających w krótkich spodenkach i koszulkach.
Znajome lotnisko. Siadamy w hali przylotów – ta część funkcjonuje przez całą noc. Na tablicy informacja dla pasażerów, że mogą oni tu przebywać w nocy, o ile przybyli po 23 i wylatują przed 7 rano. Uznajemy, że spełniamy te warunki. Jak się później okaże, nikt tego nie sprawdza. Ładujemy komórki i akumulatory do aparatu – prąd jest ogólnodostępny i nudzimy się. Około północy udajemy się na zewnątrz, by zagrzać sobie ostatnią kawę i herbatę. Zakamuflowaną butlę zostawiamy na nieodległej budowie. Niestety, nie możemy jej wziąć ze sobą, chociaż zostało jeszcze sporo gazu.
Wraz z nami na lotnisku kimać będzie jeszcze kilkunastu pasażerów.