Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Dokąd by tu pojechać? | Rekreacja nowozelandzkich seniorów | Zdobywamy górę "Gora" |
Wielokrotnie zastanawiałem się, dokąd pojechać dalej po zwiedzeniu regionu gejzerów w Rotorua. Miałem, co prawda, kupione bilety do Taurangi przez Hamilton, ale dostrzegałem wady tego rozwiązania: w Taurandze hostele były drogie, darmowego kempingu znaleźć nie mogłem, a przede wszystkim uznałem, że nie ma tam dość atrakcji uzasadniających dojazd do tej miejscowości i to tak okrężną drogą. Alternatywą był wyjazd do Hot Beach Springs – wioski na wschodnim wybrzeżu, jakieś 50 km od Taurangi. Wymagałoby to stopowania od Hamiltonu dziś, a jutro stamtąd do Auckland. Główny problem polegał na tym, że w Hot Beach Spring trzeba być w okolicach odpływu plus minus jedna godzina, a ten czas przypadał dziś na godzinę 12:00. Szanse na dotarcie na wybrzeże na czas były spore, ale nie miałem pewności. Biorąc jeszcze pod uwagę stopowanie po bocznych drogach do Auckland przez 250 km – doszliśmy do wniosku, że odpuszczamy ciepłe źródła na wybrzeżu. Ocean i tak zobaczymy w Taurandze, a z ciepłych źródeł już skorzystaliśmy wczoraj.
– Nie będziemy kombinować – stwierdzamy jednogłośnie, jedziemy zgodnie z planem.
Droga do Hamilton biegnie przez malownicze okolice, teren pagórkowaty jest pełen kwitnących krzewów i paproci drzewiastych. Pogoda się utrzymuje. Pod tym względem Nowa Zelandia mnie nie zawiodła. Kiedyś, jeszcze w czasach studenckich oglądałem w krakowskim klubie "Karlik" nowozelandzki film obyczajowy. Fabuły nie pamiętam, ale zapamiętałem motyw deszczu przewijający się od pierwszej do ostatniej sceny…
Przyjeżdżając przez Cambridge, uśmiecham się do myśli, że byłem nie tylko w Oksfordzie… 😉. Krótki postój w Hamilton oczekiwaniu na zmianę autobusu poświęcam na obserwację mieszkańców kraju. I po raz kolejny dostrzegam tę wielką różnorodność rysów, wyglądu czy typów ludzkich. Zastanawiam się, w kim widzę domieszką Azjatów, a w kim maoryskich przodków. Wiadomo, że większość obywateli kraju, to ludność napływowa, niełatwo rozpoznać kim byli przodkowie jakiegoś mieszkańca, to często mieszanka ras i nacji, trudno więc wybrać typowego Nowozelandczyka czy Nowozelandkę.
Do Taurangi stąd 70 km, ale dalsza droga z Hamilton dłuży nam się. Gdy zza kolejnego wzniesienia pojawia się szeroka tafla oceanu z rozrzuconymi na wybrzeżu kolorowymi domami – dochodzi południe. W informacji turystycznej bierzemy mapkę, ustalamy lokalizacje kilku kempingów (ceny za namiot od 30 NZD). Naszym głównym celem będzie góra wznosząca się na cyplu w północnej części miasta.
– Musicie pojechać autobusem – mówi kobieta z informacji.
– Ile to jest kilometrów? – pyta niezrażony Sergiusz.
– Dwanaście kilometrów, nie dacie rady przejść.
Nie chce mi się dyskutować. Sprawdzamy na mapie odległość i wychodzi 6 km. Trzeba tylko zostawić gdzieś plecaki. W informacji jest przechowalnia płatna (2 NZD), ale musielibyśmy tu być z powrotem już o 16:00. Zostawiamy więc bety w hostelu tuż przy zatoce (również 2 NZD), zaopatrujemy się w wodę (kranówę) i na luzie idziemy na The Mount – tak mało oryginalnie nazwano nasz cel. Przechodzimy przez kilometrowy most rozwieszony nad zatoką i uważnie rozglądamy się za miejscem na nocleg. Mamy już upatrzone miejsce – na wyspie połączonej z lądem mostem kolejowym. Mijamy port jachtowy i przez dobre pół godziny wędrujemy przez mało ciekawą dzielnicę przemysłową pełną zbiorników ropy i gigantycznych kontenerowych piramid. Uwagę moją zwraca potężna góra jasnego sypkiego materiału.
– To chyba siarka, bo raczej nie kreda – zastanawiam się.
Ha! My to się podniecamy górą siarki, którą zapewne widać z satelity, a tu obok, na placyku przy biurowcu, grupa nowozelandzkich staruszków gra w bile. Dla mnie jest to przezabawny "sport": rzucanie kamienną kulą w określone miejsce... No, ale trochę ruchu mają, nie siedzą przed telewizorem. U podnóży Góry rozłożyła się bardziej turystyczna część miasta: są hotele, butiki i knajpki. My przystajemy przy stoisku z używanymi książkami zachęceni napisem "1 NZD". Ja biorę album o Wyspie Północnej, Sergiusz ambitną pozycją "Dlaczego Nowa Zelandia upadnie". Przechodząc koło podziemnego garażu staję jak wryty i chwytam za aparat.
– Patrz i czytaj – wołam do syna.
Oto pochyły wjazd do podziemnego garażu, z boku poręcz, a przy niej tablica z dużym napisem "Caution! Handrail for your use!". Mówi się czasem, że w Polsce ludzie traktuje się źle. Ale w Nowej Zelandii najwyraźniej ludzi traktuje się jak idiotów!