Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Timaru - Oamaru - Dunedin - Alexandra - Queenstown

czwartek, 3 IX 2015


Sergiusz tłucze talerze | Razem ale osobno | Żywopłoty po nowozelandzku | Z miasta do miasta (z historią w tle) | Gdzie jest najbardziej stroma ulica? | Alpy na horyzoncie! | W stolicy sportów zimowych | Cieszę się, że tu jestem!


Żywopłoty po nowozelandzku

Pomijając mniej lub bardziej przyjemne sny, noc upływa spokojnie aż do pobudki o 6:00 zaserwowanej przez Francuza. Cóż – dla niego to zwykły dzień pracy. Pakujemy się, schodzimy do kuchni.
– Sergiusz, do roboty! – mówię, widząc, że zasiada przy ławie – Bierz talerze i rób śniadanie!
Po paru sekundach rozlega się piekielny brzęk talerzy.
– Potłukłeś? – pytam z niepokojem.
– Nie... Wszystkie całe.
– Dobrze, rób kanapki, postawię wodę. Chcesz kawę czy herbatę?
Na razie korzystamy z "państwowego" zaopatrzenia. Widzę zresztą, że jest tu bardzo dużo porzuconej przez backpackersów żywności (poza tą podpisaną w lodówce). Przygotowujemy prowiant na drogę – podróż autobusem potrwa około 8-10 godzin – i dzielimy się zapasami.

Dziś dzień wyjątkowy – spędzimy go osobno jadąc, jak wspomniałem już wcześniej, różnymi autobusami. Mój bilet w Intercity kosztował 4 NZD, bilet Sergiusza kupiony w Naked Bus – również parę dolarów. Natomiast drugi bilet na każdy z tych porannych kursów kosztował już, niestety, po 50 NZD. Jestem pełen obaw, czy Sergiusz wsiądzie do swojego autobusu odjeżdżającego godzinę po mnie spod muzeum. Sprawdzamy komunikację komórkową między sobą i ustalamy, że w razie komplikacji Sergiusz będzie stopował do Dunedin. Wychodzimy.

Dzień jest pochmurny, siąpi deszcz. Brrr!
– No, takiej pogody spodziewałem się cały czas – stwierdza Sergiusz.
Zapina kurtkę pod szyję i zakłada kaptur.
– Będziemy jednak ubierać nieprzemakalne spodnie – mówię widząc ciemniejące szybko nogawki.
Timaru - pomnik Caina Na szczęście mżawka ustaje. W poczekalni Intercity czeka kilka osób. Potwierdzamy, że bagaż jest w cenie biletu. Żegnamy się do wieczora. Siedząc już w autobusie uświadamiam sobie, że mogłem Sergiusza wpuścić na mój bilet – dokumenty nie były sprawdzane. Poszedł jednak już na przystanek Naked Busa. "Musi sobie poradzić" – myślę – "dorosły już jest!".

Intercity to największy nowozelandzki przewoźnik, ma wi-fi, usiłuję wypróbować możliwości mojego aparatu i wysłać zdjęcia do mamy. Udaje mi się zalogować do sieci, ale mogę jedynie zobaczyć stronę internetową Intercity. Nieważne!

Krajobrazy za oknem wciąż płaskie, będę przez parę godzin jechać na południe do nadmorskiego Dunedin. Zwracają uwagę wysokie na 10 metrów i długie czasem na kilkaset metrów żywopłoty rozdzielające pola i pastwiska. Są idealnie równo przystrzyżone. Ileż czasu wymagało wyhodowanie takich płotów, ileż wysiłku wymaga utrzymanie ich. "To twój dziadek sadził żywopłot" – mówi zapewne niejeden Nowozelandczyk do syna. "Ja też będę musiał go strzyc, jak będę duży?" – pyta zapewne niejeden chłopak zadzierając głowę do góry. Cóż! Grodzić swoją własność trzeba. Tradycję taką mamy :) W chińskim Xinjangu będzie to mur z ręcznie formowanych cegieł suszonych na słońcu, w azerskim Kaukazie niewysoki murek wzniesiony z kamieni zniesionych z pastwisk, w zuluskiej wiosce – kolczasta zeriba, a tu, w Nowej Zelandii, gigantyczny żywopłot. Zdumiewająca jest chęć Nowozelandczyków do ingerencji w krajobraz. I nie dotyczy to tylko wspomnianych żywopłotów. Oto malownicza dolina, w poprzek której, wzdłuż miedzy, posadzono długi rząd topoli. Zamiast zostawić je w spokoju, ktoś przyciął równo ich wierzchołki...

Dojeżdżamy do Ashburton, pierwszej miejscowości na trasie Christchurch - Dunedin - Queenstown. Miasteczko "starożytne" - bo założone przez kapitana Josepha Thomasa. Przed zatrzymaniem się na dworcu, kierowca zapowiada czas postoju, opisuje położenie toalety. Czasem zabawia się w przewodnika mówiąc kilka zdań na temat danej miejscowości. Sympatyczne.
Krajpobrazy z Otago Wykorzystując każdą okazję, by przejść się po najbliższej okolicy i pstryknąć parę fotek. W miastach i po drodze widać wiosnę. W ogródkach i na skwerach kwitną krzewy i drzewa owocowe. Często są to magnolie, azalie, migdałowce oraz rododendrony, które tak mi się ongiś spodobały w Dardżylingu.

W Timaru – trafiam na niewielki skwer z pomnikiem Henry’ego Caina, brytyjskiego kapitana, który przybył swoim szkunerze na wybrzeże w 1857 roku. Obok ustawiono replikę masztu z jego s/v "Pauline". Korzystam z chwili czasu i zaglądam do pobliskiej galerii, w której zgromadzono trochę wyrobów rękodzieła maoryskiego. Uwagę zwracają szlifowane muszle perłopławów oraz zawieszony na ścianie trzcinowy ptak. W tym miejscu cisną się na usta słowa kenijskich Murzynów, którzy wypatrzywszy na drzewie latawiec puszczony przez Stasia i Nel, zastanawiali się: "Ngege? Akuna ngege?" (w suahili: Ptak? Nie ptak?). W istocie - ten maoryski ptak to święty latawiec manu puszczany przez rdzenną ludność - co najmniej od XVI wieku!

W kolejnej miejscowości, Aomaru, mamy 30 minut postoju, wystarczająco dużo, by odbyć spacer nad zatokę i ujrzeć z wysokiego skalistego brzegu bezmiar Pacyfiku. W miasteczku sporo ładnych reprezentacyjnych budynków z teatrem i urzędem miejskim na czele. Sprawia wrażenie zadbanego i myślę, że dobrze się tu żyje jego mieszkańcom. Stać ich z pewnością na rower miejski w promocyjnej cenie 499 dolarów, który został wystawiony przy głównej ulicy. Czas wracać! W drodze na przystanek robię jeszcze fotkę pomnika upamiętniającego udział Nowozelandczyków w II wojnie światowej. Będę musiał kiedyś sprawdzić, ilu ich zginęło na froncie pacyficznym i jak liczną armię wystawiono.

Aomaru Z zainteresowaniem obserwuję ludzi. Jasne, że 85% obecnej ludności to imigranci. Rdzenni Maorysi żyją głównie na północnej, cieplejszej wyspie. Z pewnością ich krew płynie w żyłach niejednego Anglika, Szkota czy Amerykanina, który tu przybył w XVIII i XIX wieku. Trzeba też pamiętać o późniejszych falach imigracji z Azji Południowej i Dalekiego Wschodu. To mieszanka ras daje wielką różnorodność rysów twarzy, trudno więc zdefiniować wygląd "typowego Nowozelandczyka".

Po 6 godzinach dojeżdżamy do Dunedin, stolicy prowincji Otago. Tu muszę przesiąść się do innego autokaru. Dwieście lat historii tego miasta zazwyczaj nie ma znaczenia dla turysty ze Starego Świata. Ważniejsza jest uliczka Baldwin St. znana ze swojego nieprawdopodobnego, 35-procentowego nachylenia. Autobus zatrzymuje się jednak na zbyt krótko, by podejść na tę sławną ulicę. Zresztą, są poważne wątpliwości, czy jest to najbardziej stroma ulica na świecie. Nota bene moim typem jest makabrycznie stroma ulica w La Entrada, w Hondurasie :) Tak czy owak, gdy patrzę na te zbocza zabudowane kolorowymi domkami (co przypomina mi zeszłoroczne Valparaiso), to myślę sobie, że mieszkańcy Dunedin są wdzięczni Thomasowi Wingowi, że wybrał takie miejsce do założenia miasta.

Podróż przeciąga się. Wykręciliśmy teraz na północny-zachód i kierujemy się w stronę gór. Równinny krajobraz staje się coraz bardziej zróżnicowany. Od czasu do czasu na zboczach pagórków widać sady z równo przyciętymi drzewami owocowymi – jeszcze bezlistnymi o tej porze roku.

W Alexandra kolejny, 15-minutowy przystanek. "Co można robić w takim miasteczku?" – zastanawiam się w myśli – "Kilkadziesiąt domów, parę ulic na krzyż, ośrodek kultury i parę sklepów?". Zapoznaję się z osiągnięciami techniki sanitarnej korzystając z pełni zautomatyzowanej toalety. Umieszczony wewnątrz napis "Toilet will be flushed when you begin wash your hands" zachęca do przestrzegania zasad higieny. Kolejny raz przychodzi mi do głowy myśl, że tak mało trzeba, by turyści z sympatią myśleli o Nowej Zelandii – wystarczy postawić darmowe toalety. Winnice na wiosnę

Na horyzoncie pojawiają się ośnieżone góry. Nie przypominają widoków z samolotu lecącego do Christchurch: dzikich, poszarpanych grani. Tu ujrzałem pasmo nagich wzniesień o łagodnych liniach grzbietowych. Niepokoi mnie to: jeśli na tych, stosunkowo niewysokich szczytach jest jeszcze śnieg – to, co będzie później, w sercu gór, w Queenstown, do którego zmierzamy? Czy damy radę w ogóle ruszyć w góry? Dobrze, że dokupiłem te noclegi w hostelach! Niepokojem napawają mnie również liczne płoty rozdzielające pola, zwłaszcza te stojące wzdłuż drogi. Bo płot oznacza explicite czyjąś własność – nie wchodzić! A ja przyzwyczaiłem się do łażenia przez pola, łąki, lasy – tam, gdzie mnie oczy poniosą. Ech, Nowa Zelandia! Tu nie ma tej swobody, która towarzyszyła mi, gdy chodziłem po górach Barguszat w Armenii czy po Alto Plano w Boliwii... No nic, zobaczymy jak będzie.

Wjeżdżamy na kręty odcinek drogi prowadzący wzdłuż jeziora Wakatipu. Jezioro – największe na Wyspie Południowej – ma kilkadziesiąt kilometrów długości i jest wciśnięte między wąskie ściany kanionu. Bliżej głównego pasma Alp rozlewa się szerzej wypełniając swoimi ciemnymi wodami Z-kształtną dolinę. Czuję, że Nowa Zelandia będzie mi się podobać. Nowozelandczycy – też. A przynajmniej niektóre mieszkanki ;-) Siedzi sobie taka miejscowa piękność za mną a jej twarz odbija się w szybie. Uwieczniam ją aparatem.

Została już tylko godzina drogi. Ściemniło się, zachmurzyło. Myślami wróciłem do Sergiusza. Zastanawiam się, czy już dotarł na miejsce, czy też przyjedzie tuż po mnie. Ale oto już widzę światła Queenstown, zajeżdżamy na przystanek przy krótkiej ulicy Athol Street. W miarę szybko odszukuję hostel – jest położony przy głównej ulicy (Shotover St.) – chociaż w sąsiednim hostelu nikt nie słyszał o Naked Bus Hostel.
– Cześć! – mówię do Sergiusza, który właśnie melduje się w recepcji – Wszystko ok?
– Tak, tato.
Pokój nasz jest 8-osobowy, na razie nikogo w nim nie ma. Robimy sobie jedzonko w dużej kuchni. Dominuje tu międzynarodowe towarzystwo.
– No, dobrze. Trzeba by się przejść po mieście – proponuję po wypiciu kawy i herbaty.
– I zrobić zakupy...
Idziemy w stronę jeziora. Miasto tętni nocnym życiem, chociaż jeszcze jest przed sezonem. A może po sezonie – bo wciąż na wystawach otwartych jeszcze sklepów widzimy wyprzedaż nart, desek snowboardowych i kurtek puchowych. Na skrzyżowaniach ulic powiewają tęczowe flagi. Również wiele wystaw jest nimi przystrojonych.
– Ha! Przypomniałem sobie! – śmieję się – przed wyjazdem czytałem, że po zakończeniu sierpniowych mistrzostw w narciarstwie, w Queenstown będą przez tydzień zawody dla gejów, lesbijek i transwestytów...

Przystajemy na drewnianym molo i robimy krótką sesję fotograficzną. Przy brzegu parę zakotwiczonych jachtów, większość z wygaszonymi światłami. Wokół nas rozciągają się czarne wody Wakatipu, gdzieś daleko, po drugiej stronie jeziora ledwo majaczą pokryte śniegiem zbocza gór. Za nami światła Queenstown, dobiega do naszych uszu muzyka z barów. Jest pusto. Grafitowe bezgwiezdne niebo. Teraz dopiero czuję to oddalenie od Krakowa, to zagubienie na końcu świata. Wyobrażam sobie kulę ziemską i linię łączącą dom i nas – tutaj. Wiem, że dalej już w tym życiu nie dotrę – w sensie geometrycznym. Odczuwam jednocześnie radość i ulgę – że się udało. Patrzę wstecz na swoje trampingi, na kolejne wyzwania, które podejmowałem i kolejne granice, które przekraczałem. Czy zaledwie 12 lat temu, gdy leżałem w mongolskim stepie patrząc na rozgwieżdżone niebo, myślałem o Nowej Zelandii? Z moimi możliwościami? Przecież nawet wyjazd za ocean zdawał się wówczas nierealny... Uśmiecham się.
– Chodźmy już – niecierpliwi się Sergiusz – zimno jest.
By dostać się do leżącego na uboczu sklepu Countdown, musimy odbyć dłuższy spacer. Sergiusz sprawnie robi zakupy, ja przypatruję się personelowi. Wszystkie osiem kasjerek to Azjatki. Na zewnątrz reklama. "Countdown: local business owned by local people". Hm...

Wracamy bez pośpiechu do hostelu. Robimy sobie kolację, myjemy i kładziemy się. W dormie, w którym śpimy, jest prawie komplet. Noc jest niespokojna, młodzi ludzi wracają hałasując z imprezy organizowanej w hostelu na parterze. Dodatkowo, parę osób kaszle non-stop.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej