Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Tekapo – Christchurch

poniedziałek, 7 IX 2015


Świt w górach jest cudowny | Zmiana planów | Kościół Dobrego Pasterza | Parę słów o przyrodzie | Jak dostać się na Półwysep Banks? | Nocleg w ogrodzie


Nad J. Wanaka

Świty w górach są przecudne. Nisko zawieszone słońce oświetla alpejskie szczyty pokryte białym puchem. W dole – ciemne wody jeziora wciskającego się pomiędzy strome, bezleśne grzbiety. Miasteczko, na które patrzę z hostelowego balkonu, wciąż niby jest uśpione: niewiele tu się dzieje o ósmej rano. Tylko, co jakiś czas, podjeżdża samochód na parking przy znajdującym się po sąsiedzku hipermarkecie New World. Stoję tak z gorącym kubkiem kawy w dłoniach i zachwycam się tymi widokami. I cieszę się, że tu jestem. Pogoda zapowiada się dziś rewelacyjnie.

Autobus do Tekapo mamy dopiero o 10:00, dość czasu, by spokojnie się spakować i zrobić ostatnie zakupy. Dziś będzie inaczej niż dotąd – nocleg wypadnie poza hostelem. W końcu! Bo przecież po coś kupowałem namiot... Inna sprawa, że spanie w hostelu jest bardzo wygodne a przede wszystkim jest ciepło i nie trzeba nosić plecaka. Mam nadzieję, że Sergiusz w nocy się nie przeziębi.

Trochę żałujemy, że jesteśmy tak długo w górach na Wyspie Południowej. A raczej tego, że na Wyspie Północnej spędzimy tylko pięć dni. Ale podział czasu na wyspy stał się sztywny od momentu, kiedy kupiłem lot z Christchurch do Wellington. Początkowo miałem nadzieję na wypad z Queenstown do lodowców na zachodnim wybrzeżu – o ile byłyby tanie przejazdy. Niestety, nawet autobusy NakedBus do Fritz Glacier kosztowały po 60 NZD za bilet w jedną stronę. Trudno.

W oczekiwaniu na autobus spędzamy dłuższą chwilę w galerii handlowej. Sergiusz złapał wi-fi i wysyła e-maile.

– Złożyłeś życzenia urodzinowe mamie? – pytam.

– Tak.

– A ode mnie?

– Nie. Trzeba było powiedzieć...

– Mówiłem wczoraj żebyś wysłał życzenia.

– Ale nie mówiłeś, że od ciebie też.

No, masz ci los! Co za dziecko... :-) Nad J. Wanaka

Na miejskiej plaży Koreańczycy, którzy również oczekują na autobus karmią kaczki i mewy. Te ostatnie podlatują, zawisają na moment w powietrzu i wyrywają kawałek bułki z wyciągniętej ręki. Pstrykamy zdjęcia.

Droga do Tekapo wiedzie równiną niemal cały czas. Najbardziej zachwycamy się widokami przy przejeździe w pobliżu jezior lub przy przekraczaniu rzek spływających z gór ku oceanowi. Niebieska barwa wody jest niewiarygodnie intensywna. A gdy trawa się wkrótce zazieleni – muszą to być cudne miejsca.

– Szkoda, że nie pojedziemy już dzisiaj do Christchurch – wzdycham – Napatrzyliśmy się wystarczająco na góry.

– A tam w okolicy Christchurch jest coś ciekawego? – pyta Sergiusz.

– No, nie wiem. Jest tam miejsce, do którego się jeździ, by oglądać wieloryby i na półwysep, gdzie są pingwiny. Ale nie pamiętam dokładnie, gdzie to jest.

– To może zmienimy plany? Pojedziemy dziś dalej, do Christchurch?

– Tak. To byłby dobry pomysł. Trzeba tylko przekonać do tego kierowcę...

Przed nami pojawia się kolejny błękitny akwen. To już jezioro Tekapo. Mijamy po lewej jedną z baz wojskowych. Notabene, mieszkańcy tego kraju nie mogą się pochwalić zbyt silą armią: zero samolotów bojowych, zero czołgów, około stu transporterów opancerzonych, dwie fregaty i parę pomniejszych jednostek... W sumie uzbiera się 9 tysięcy chłopa (i babek). Kiedyś jeszcze wrócę do wojennych sukcesów Nowej Zelandii a teraz zajeżdżamy na duży plac – to miejscowy dworzec autobusowy. Mała komplikacja – okazuje się, że będziemy przesiadać się tu do innego autobusu. Kierowca tymczasem udaje się na posiłek do jednej z kilku restauracji znajdujących się przy głównej ulicy. Odszukujemy go przy stoliku – siedzi z nim kierowca z autobusu do Christchurch i wyłuszczamy sprawę.

– Dobrze, zabiorę was, jeśli będą wolne miejsca. Przyjdźcie za 30 minut na przystanek.

– Super, dzięki.

W miasteczku niewiele jest do oglądania. To może kilkadziesiąt domów na brzegu jeziora. Po drugiej stronie rzeczki dopływającej do Tekapo widać niewielki kamienny kościółek z dzwonnicą. Widok jest naprawdę ładny, prawie tak malowniczy jak Cminda Sameba w Kazbegach. Też w otoczeniu ośnieżonych gór a słoneczna, wiosenna pogoda podkreśla skojarzenia z gruzińską przygodą. Nieco dalej, już za kościołem, widać pomnik Psa. Tak miejscowi pasterze upamiętnili swojego pomocnika. Aby się tam dostać, musimy nadłożyć nieco drogi, by przejść przez nowy most. Z tego starego, znajdującego się na wprost nas, pozostały zaledwie filary. Po chwili jesteśmy na miejscu. Kościół Dobrego Pasterza jest z 1935 roku, to jeden z pierwszych w okolicy. Wewnątrz skromne drewniane wyposażenie, parę ławek, pianino, kamienny ołtarz. Wracamy. W drodze do Tekapo

Przy autobusach zabrały się dwie grupki oczekujących na dalszą drogę. Chętnych do Christchurch jest niewielu, nie ma więc problemu i wsiadamy. Bez większego żalu opuszczamy góry. Oczywiście, moglibyśmy tu zrobić kolejny trek – na przykład w stronę pełnego ryb jeziorka Alexandrina, w pobliżu którego znajduje się Mount John University Observatory wyposażone w niemal 2-metrowy teleskop MOA – ale równie atrakcyjna będzie dla nas wycieczka na Półwysep Banksa!

Krajobraz w dalszym ciągu jest urozmaicony, znów pojawiają się sady i gospodarstwa z wysokimi żywopłotami. Pewne zdumienie budzi w nas obecność długich na sto i dwieście metrów deszczowni na kółkach. Czyżby w tym mokrym kraju brakowało czasem wody?

W Ashburton dostrzegamy niemal równocześnie sklep Vodaphone przy głównej drodze. Mamy 10 minut postoju, pędzimy do sklepu z nadzieją, że tu uda się kupić promocyjną kartę SIM z pakietem internetowym. Początkowo sprzedawca utrzymuje, że nie ma jej już w sprzedaży, ale ostatecznie się znajduje. Za 9 NZD otrzymujemy 500 MB transferu. Sergiusz jest bardzo zadowolony. Szybko wracamy do autobusu.

Krajobraz wypłaszczył się, przejeżdżamy przez nadmorskie równiny. Przekraczamy (ja po raz drugi) mającą swe źródła w Alpach rzekę Rakaia, która jest jednym z najlepszych przykładów rzek roztokowych w Nowej Zelandii. Po minięciu Rakaia Gorge, wody rzeki uspokajają się i rozlewają szeroko tworząc wiele krzyżujących się nurtów pomiędzy odsypami korytowymi. Na tych wysepkach – o ile są trwałe – rozrasta się roślinność a obfitość ryb przyciąga ptactwo wodne – między innymi mewy czarnodziobe (Chroicocephalus bulleri) i rybitwy czarnoczelne (Chlidonias albostriatus). Ale przede wszystkim jest to siedlisko skrętodziobów (Anarhynchus frontalis), które – jako jedyne na świecie – mają dziób przekrzywiony w bok! Właśnie przyleciały tu z Wyspy Północnej na okres lęgowy i krążą nad szerokim korytem rzeki w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogą złożyć swe szare jaja wśród równie szarych otoczaków. A rzeka jest rzeczywiście szeroka. Most, po którym jedziemy liczy 1,75 km długości i jest rekordzistą w tym kraju.

Szybko przelatują kilometry. Zbliżamy się do Christchurch.

– Co robimy? – pytam Sergiusza – Jedziemy do centrum, czy wysiadamy na wcześniejszym przystanku?

– Lepiej wcześniej, łatwiej złapiemy stopa...

Konsultuję się jeszcze z kierowcą, tłumacząc, że zamierzamy stopować do Akaroa. Wysiadamy w Rolleston. Widząc w pobliżu hipermarket Countdown ruszamy tam na zakupy. Potem, na parkingu zaczepiamy gościa wypytując o najlepsze miejsce do łapania okazji. Wygląda dość inteligentnie i widać, że chce nam pomóc. Kieruje nas na skrzyżowanie w kierunku, z którego nadjechaliśmy. Nie ma tu dobrego miejsca do stania, samochody pędzą środkowym pasem, w końcu ktoś się zatrzymuje. Kościół Dobrego Pasterza

– Hi! Are you going in the direction of Akaroa? – pytamy uprzejmie.

– No! But this is the opposite direction!

No, nie! Sprawdzamy lokalizację na mapie Google. Wokół Christchurch rozciąga się pajęczyna głównych i lokalnych dróg. Trudno określić, którędy najłatwiej dostać się w kierunku półwyspu Banks. Zmieniamy miejsce ustawiając się na prostopadłej drodze. Po 40 minutach bezskutecznego machania, ruszamy wzdłuż drogi. Tu samochody pędzą setką, nie ma szans na zatrzymanie. Spotkana w końcu kobieta (a o tej porze są tu pustki) namawia nas, abyśmy przeszli jeszcze dwa kilometry do prostopadłej drogi wylotowej z Christchurch. I tak nie mamy wyboru, więc człapiemy dalej. I kto wie, jak długo musielibyśmy człapać, gdyby nie stacja benzynowa, na której zaczepiamy tankującego kierowcę pytając o dalszą drogę. Tłumaczy dość długo skomplikowaną trasę a my staramy się robić mało inteligentne miny.

– No, to podwiozę was kawałek...

Samochód kombi zawalony jest jakimiś gratami, dłuższą chwilę trwa zrobienie dla mnie miejsca z tyłu. Po kilku kilometrach gdzieś skręcamy, a potem znowu gdzieś. Wygląda na to, że chłopak specjalnie dla nas zboczył ze swojej trasy.

– Jadę do teściowej, nic się nie stanie, jeśli poczeka...

Nowozelandczyk wypytuje nas o sprawy polityczne, o partie w Polsce. Na zewnątrz jest już czarna noc, zdecydowanie nie ma już warunków na autostop. Dobrze, że załapaliśmy się na tego stopa! Chłopak wysadza nas na zakręcie oświetlonym latarnią. Żegnamy się.

– Ależ odludzie! – wzdycham.

– Może spróbujemy jeszcze pojechać dalej? – proponuje Sergiusz.

Machamy jeszcze 15 minut i poddajemy się.

– Trzeba się rozglądnąć za miejscem do spania. Najlepiej byłoby u kogoś w ogrodzie, co?

– Spróbujmy w tym domu naprzeciw – Sergiusz podchwytuje pomysł.

Właśnie z domu ktoś wyszedł i kieruje się do samochodu. Przebiegamy drogę i starając się nie przestraszyć kobiety pytamy o możliwość przenocowania w ogrodzie.

– Ja tu nie mieszkam, mogę oczywiście zapytać gospodarzy, pewnie się zgodzą. Ale mogę was zabrać do swojego domu. Chcecie? Cantenbury

Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Gospodyni, Angielka, która wyszła za Kiwi, upewnia się, czy niczego nam nie potrzeba i życzy nam dobrej nocy. Rozkładamy się pod wysokim, może 6-metrowym żywopłotem, to będzie chrzest bojowy nowego namiotu.

Noc jest chłodna, by nie powiedzieć zimna. Mam na sobie kilka warstw odzieży, mimo to marznę. Czuję, że powietrze uchodzi z mojego dmuchanego materacyka, ale jestem zbyt zmęczony, by się tym zająć. Sergiusz śpi równo.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej