Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Christchurch – Wellington

środa, 9 IX 2015


Lot do stolicy i długi spacer | Zachwycające muzeum Te Papa Tongarewa | W poszukiwaniu butli i obiadu | Zimny wieczór


Plan na dziś jest następujący: krótki lot do Wellington i zwiedzanie miasta. Wieczorem mamy nocny autobus do Taupo. Zastanawiam się, co będziemy zwiedzać w stolicy. Zastanawiam się to będziemy zwiedzać w stolicy. Na podstawie pobieżnej lektury opisów w sieci, wydaje mi się, że nic ciekawego nie znajdziemy w tym, zaledwie dwustutysięcznym, mieście. Wkrótce się o tym przekonamy.

Lot na pokładzie samolotu linii Jet Star jest faktycznie krótki – zaledwie 50 minut. Alternatywą był 5-godzinny przejazd z Christchurch do Nelson na wybrzeżu i przepłynięcie Cieśniny Cooka promem. Ta opcja byłaby atrakcyjna – można spotkać delfiny – gdyby nie koszt co najmniej 75 NZD od osoby. Bilet lotniczy z 15 kilogramami bagażu okazał się tańszy: 30 + 10 NZD (czyli 130 PLN).

W Wellington jesteśmy o 10:00. Odbieramy bagaże i oglądamy zawieszoną przy wyjściu mapkę, z której wynika, że do miasta jest jakieś 2-3 km.

– Idziemy! –zapada wspólnie decyzja.

Pierwsze wrażenie po opuszczeniu budynku terminalu: wieje! Drugie wrażenie: wieje jak diabli! Nie bez powodu Wellington zwany jest Wietrznym Miastem. Idziemy powoli z pochylonymi głowami. Gdyby nie nasze plecaki, zdmuchnęłoby nas z chodnika. Jest okazja, by przyjrzeć się, jak mieszkańcy stolicy żyją na przedmieściu.

– No, nie zazdroszczę – stwierdzam, oglądając parterowe lub piętrowe domy: obskurne i zaniedbane. Większe wyglądają jak PRL-owskie czworaki.

– Ale ruina! W Polsce ludzie wstydziliby się w takich mieszkać – wtóruje Sergiusz.

Owszem przed domami (i zapewne w garażach) wszędzie stoją samochody, a trawniki są zazwyczaj przystrzyżone, ale same domy wyglądają wyjątkowo licho.

– Może taka dzielnica? – zastanawiamy się – A gdzie indziej jest lepiej?

Dochodzimy do ronda nad zatoką. Tu, Pomnik Wiatru – dojść niezwykły, bo w postaci pęku kolorowych tyczek, kołyszących się takt podmuchów wiatru i wydających nieustanny klekot. Przejść dla pieszych tutaj nie ma – nikt o zdrowych zmysłach nie pokonuje tak długich odcinków pieszo. Przebiegamy pochyleni przez ruchliwe skrzyżowanie.

Zatoka Evansa. Fale z hukiem rozbijają się o kamienisty brzeg. Gdzieś daleko, odległości dwóch kilometrów widać większe skupisko domów – błędnie przyjmujemy, że to centrum. Póki co maszerujemy brzegiem oglądając kolejne kolorowe i poruszające się instalacje przestrzenne. A może to są rzeźby przestrzenne – nie chcę nikogo urazić. Po 40 minutach mam dość!

– Dawaj GPS! – zrzucam ciężki plecak na ziemię.

Rzut oka na mapę i już wiemy.

– To połowa drogi, tato… – z rezygnacją mówi Sergiusz wpatrując się w mapę – tak, na 100%.

Trudno. Najwyraźniej mapa na lotnisku miała złą skalę. Wykręcamy teraz w lewo pod górę, przed nami ma być tunel pod wzgórzem o nazwie Mount Victoria. Zastanawiamy się jedynie, czy będzie tam chodnik dla pieszych. Na szczęście jest, pokonujemy półtora kilometra w mroku i już jesteśmy w samym centrum. To dzielnica Te Aro. Dochodzimy Cambridge St. i skręcamy w prawo, ku marinie. Po drodze mijamy pomnik królowej Wiktorii zaświadczający o tym, jak daleko sięgało Imperium Brytyjskie.

Zerkamy jeszcze na ładnie położony na wzgórzu Mt. Victoria kościół św. Gerarda z początku XX wieku i kierujemy się do Muzeum Narodowego Nowej Zelandii Te Papa Tongarewa. Wejście wskazują dwujęzyczne tabliczki – jedyny jak dotąd zauważony przez nas znak, że ktoś liczy się obecnością Maorysów na tej ziemi. Muzeum, rzecz jasna, jest darmowe i… olbrzymie.

[opis muzeum].

Ponieważ do zamknięcia muzeum są jeszcze trzy godziny, zostawiamy plecaki w szatni z myślą, że wykorzystamy ten czas na spacer po mieście i obiad.

– No i musimy kupić nową butlą – przypominam.

Sergiusz z pewnością jest już głodny, zaglądamy do McDonalda vis-a-vis muzeum. Sergiusz wodzi wzrokiem po menu i stwierdza:

– Oni są nienormalni!

– Nie chcesz jeść?

– Nie za taką cenę!

Jest ze dwa razy drożej niż w Europie, ale przecież wiedzieliśmy o tym i jesteśmy finansowo na to przygotowani.

– Na pewno?

– Tak.

W porządku, na razie posilamy się tym, co mamy. Uprzejmy Wellingtończyk instruuje nas, jak dojść do sklepu ze sprzętem turystycznym. Tam jednak butli nie mają, nie szkodzi przy okazji oglądamy miasto. Cóż, architektura stolicy nie powala. Mieszanka dziewiętnastowiecznej zabudowy z odnowionymi (ale nie wszędzie) elewacjami i nowoczesnych biurowców ze szkła, betonu i aluminium. Trafiamy w końcu na przyzwoite cenowo miejsce – mały, kryty bazar z kilkunastoma chińskimi knajpkami. Solidna porcja pieczonego kurczaka z warzywami kosztuje nas po 7 NZD. Zaglądamy teraz do kilku sklepów z odzieżą turystyczną i sprzętem sportowym i kupujemy tam gaz. Jak zwykle jest dylemat, którą butlę bardziej opłaca się kupić. Biorę większą za 8 NZD, nie chcę, by zabrakło gazu. Szybkim krokiem wracamy do muzeum. Po drodze zerkamy na postmodernistyczny 117-metrowy Majestic Centre – to najwyższy biurowiec w stolicy. – Czekaj – wołam do syna, gdy przechodzimy obok biblioteki uniwersyteckiej – tu jest galeria malarstwa, wchodzimy. – A musimy? – jęczy Sergiusz. – Tak! Szybko oblecimy. Olejne obrazy zgromadzone na parterze wykonane są przez przedstawicieli młodego pokolenia nowozelandzkich malarzy. Spora część podoba mi się. Sergiuszowi chyba też, skoro łaskawie niektóre fotografuje. Na piętrze... trafiamy też...

Odbieramy plecaki z muzeum i szukamy miejsca, by odpocząć i coś zjeść. Gdyby nie ten przenikliwy zimny wiatr, usiedlibyśmy na drewnianym pomoście przy nabrzeżu. Kolejny raz przyznajemy, że Wellington jest stolicą wiatrów. Uciekamy z ławki koło galerii do biblioteki. Dziwne tu zwyczaje! Pełna samoobsługa. Młodzi i starzy wchodzą do środka z torbami, kręcą się między kręcą się między półkami, sami wybierają interesujące ich książki. Ładujemy się i my z plecakami, Siadamy przy centralnie położonych stolikach i tu przez półtorej godziny niejako uczestniczymy w korepetycjach udzielanych przez 25-latkę przy sąsiednim stoliku. Kobieta pomaga licealiście, jak poprawić szkolny esej. W końcu mamy dość, rozgrzaliśmy się i odpoczęliśmy. Za oknem już noc. Mamy jeszcze ze 3 godziny do odjazdu naszego nocnego autobusu do Taupo. Kręcimy się po Frank Kitts Lagoon wśród drewnianych "artystycznych" ławek. Tu, nad zatoką, niedawno kręcono sceny pościgów samochodowych do indyjskiego filmu akcji "Players". Następnie odszukujemy przystanek ManaBusa, by później nie błądzić i dekujemy się w budynku dworca. Drzwi do holu dworcowego i wyjścia na perony są non-stop otwarte, najwyraźniej wellingtończycy są przyzwyczajeni do przeciągów.

– Może masz ochotę na coś ciepłego? pytam Sergiusza.

Znam odpowiedź. Chucha w ręce i kiwa głową.

– Zaraz zrobimy sobie tu herbatę – kontynuują i przyciągam do siebie plecak.

– Nie, tato! Nie tutaj!

Ech! W tak cywilizowanym kraju i ja bym się krępował gotować w tym miejscu. A przecież 20 lat temu nie miałem oporów, by korzystać z butli i palnika na dworcu w Malmö, czy w innych podobnych miejscach. Idziemy pod zadaszony przystanek przed dworcem. Robimy parawan z plecaków – głównie dla osłony przed wiatrem – i po kilku minutach delektujemy się herbatą i kawą. Czas nam się dłuży. Szwendamy się po dworcu, w końcu znajduje się w miejsce przy piecyku.

– Are you OK? Do you need any help? – podchodzi do nas 30-latka – Money? Place to sleep?

Uśmiecham się i tłumaczę, że czekamy na nocny autobus. Czyżbyśmy wyglądali na zgubionych albo bezdomnych?! Ostatecznie godzinę przed odjazdem spędzamy w McDonaldzie w tłumie innych, głównie młodych, turystów czekających na nocny autobus.

Gdzieś koło 4:00 nad ranem dojeżdżamy na przystanek w Taupo. Wciąż jest ciemno, do świtu parę godzin. Pasażerowie, którzy tu wysiadają zostają błyskawicznie przechwyceni przez rodziny lub zamówione taksówki. Po chwili zostajemy sami na przystanku.

– No, to dobranoc – mówię do syna i wyciągam się na ławce.

– Dobranoc.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej