Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Wiedeń – Katowice – Kraków

wtorek, 15 IX 2015


Wrażenia po powrocie | To było tak daleko!


Jakie wrażenia po powrocie? Tradycyjnie już powiem „kraj jak kraj” i „wyjazd jak wyjazd”. Skąd ten mój umiarkowany zachwyt? Powodów (jak zwykle) jest kilka. Nowa Zelandia nie jest zbyt egzotycznym krajem; miasta i krajobrazy przypominają Europę (lub Amerykę Północną). Mieszkańcy (poza Maorysami i coraz liczniejszymi imigrantami z Azji) są całkiem zwyczajni: biali i anglojęzyczni.

Brak zachwytów nie oznacza rozczarowania. Kiwistan to kraj piękny, urozmaicony, oferujący sporo atrakcji i bezproblemowy dla turysty (poza wysokimi cenami). Z drugiej strony dochodzi moja rutyna. Trampingów przez ostatnie lata nazbierało się sporo i nawet Nowa Zelandia nie robi takiego wrażenia jak onegdaj Syria. Prawda, powtarzana przeze mnie wielokrotnie, jest bowiem taka, że potrzeba nam nowych i coraz bardziej intensywnych doznań. A mi przede wszystkim zależy na przygodzie, niezwykłych przeżyciach, chociażby na bezpośrednich kontaktach z lokalsami.

W Nowej Zelandii nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, aczkolwiek rozmów z miejscowymi nie brakło. Prócz sympatycznych i uprzejmych mieszkańców natknęliśmy się na całkiem dobry okres pogodowy – padało ze dwa razy do 9:00, raz po południu i raz przez cały dzień. Pozostałe dni były słoneczne lub z umiarkowanym zachmurzeniem. Deszczowe trzy tygodnie miały podobno nadejść dopiero po naszym wyjeździe. Dobrze, że tak było, bo wędrówka z plecakiem w deszczu czy to po górach czy po mieście nigdy nie jest wielką atrakcją.

Pewien wpływ na odbiór Nowej Zelandii miało może towarzystwo Sergiusza, z którym nie zawsze się dogadywałem.

Nowozelandzka przyroda bez wątpienia jest piękna: fiordy, ośnieżone, skaliste góry, subtropikalne lasy porośnięte drzewiastymi paprociami, omszałymi drzewami, łagodne zielone wzgórza z rzędami topól, wulkaniczne stożki i oczywiście termy i gejzery – muszą się podobać.

Jednak tym, co najbardziej dotyka człowieka, w każdym razie mnie, jest uczucie olbrzymiego oddalenia, dystansu, odległości dzielącej od domu, od Polski. Christchurch, do którego lecieliśmy, jest niemal dokładnie po przeciwnej stronie kuli ziemskiej w stosunku do Krakowa. To uczucie, że „dalej już się nie da” (w sensie geometrycznym, nie czasowym) jest przemożne. Nie jest to przykre uczucie osamotnienia czy izolacji, jakie mogło mi towarzyszyć w mongolskim stepie czy na bezkresnym Altiplano; raczej pozytywne emocje osiągnięcia celu, dotarcia do granic.

Myślę, że ten wyjazd będzie wywoływał uśmiech na mojej twarzy a główne skojarzenia kołaczące się po drodze, to będzie „jak tam było daleko”. Takie wyjazdy zmieniają również perspektywę z jakiej się patrzy na coś. Innym się stają pojęcia „długi lot”, „odległa destynacja” (jak ja nie lubię tego określenia!). Podobnie było u mnie po 24-godzinnym spacerze wokół Krakowa i przejściu Szlaku Orlich Gniazd bez zatrzymywania się. Teraz wiem, co to znaczy mieć 200 kilometrów w nogach, a słowa innych o „przejściu długich tras” wywołują u mnie uśmiech (bynajmniej nie politowania).

Co jeszcze mogę dodać? Wyjazd okazał się w miarę tani. Wydałem na wszystko nieco ponad 3150 PLN (bez pamiątek i prezentów). Nie zobaczyłem wszystkiego, co jest przedmiotem zainteresowania typowego turysty – zabrakło czasu (i kasy) na różne atrakcje – ale spokojnie mogłem się bez nich obejść.

No, dobrze, byłem w odległym kraju i co dalej? Najbliższe plany to Filipiny połączone ze zwiedzaniem Emiratów i Omanu. Ale to dopiero w lutym. Wciąż nie udało mi się dotrzeć do Czarnej Afryki, mam nadzieję, że będzie to możliwe w 2016 roku.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej