Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Wanaka - Roy's Peak - Wanaka

sobota, 5 IX 2015


Znowu pada! | Wspomnienie po moa | Nowozelandzkie pinot-noir | Wanaka: jak tu ładnie! | Bezproblemowy autostop | Czy zdążymy przed zmierzchem? | Te, co skaczą i fruwają... | Przepiękna panorama z Roy's Peak | Spotykamy polską parę


Nad J. Wanaka

Plan na dziś jest następujący: krótki przejazd do Wanaka, zakwaterowanie w hostelu i wycieczka w okoliczne góry. Po wczorajszej całodniowej wycieczce nie czuję specjalnego zmęczenia. Zjadamy śniadanie, przy okazji zaopatrujemy się kuchni w zapas makaronu z kosza "do wzięcia". Swoją drogą... aż żal, że tyle żywności się tu marnuje: kupi taki turysta keczup lub kilogram soli, zużyje trochę a resztę wyrzuca... Autobus mamy o 8:30, nie ma pośpiechu. Tym razem jedziemy we dwójkę (i tak już będzie do końca trampingu), a naszym przewoźnikiem będzie Naked Bus.

Pogoda po raz kolejny fatalna: pada, zimno i mglisto. Liczymy na to, że się rozpogodzi. Na przystanku przy Athol Street paru przemokniętych turystów; zabiera ich autobus Intercity, nasz autobus trochę się spóźnia. W końcu jest, wsiadamy wraz z zagubioną dziewczyną z Japonii obładowaną gigantycznym plecakiem. Widać, że jest jeszcze przed sezonem turystycznym – w autobusie sporo wolnych miejsc. Ciepły nawiew z klimatyzacji ogrzewa zaparowane szyby. Ostrygojad nowozelandzki

Opuszczamy malowniczy Queenstown. Dziś nie wygląda tak kolorowo jak wczoraj, mgła ścieli się nad jeziorem a szare kłęby chmur zasłaniają grzbiety najbliższych gór. Do Wanaka odległego o 110 km. Droga prowadzi doliną rzeki Kawarau a następnie wzdłuż Clutha River, drugiej co do wielkości rzeki w kraju. To tu, na szerokich przestrzeniach wokół tej rzeki zwanej po maorysku Mata-Au, biegały jeszcze w XV wieku stada moa. Dinornis robustus, największy z nowozelandzkich nielotów osiągał 3,6 metra wysokości. O ile, oczywiście, wyprostował się, bo zwykle obrywał listki z niskich krzaków lub grzebał w ziemi jak współczesny kiwi... W ogóle, to jak myślę o moa, to mi smutno. Mieszkał sobie tu przez 60 milionów lat a jego jedynym zagrożeniem był, wymarły również w XV wieku, orzeł Haasta – jeden z największych drapieżników o rozpiętości skrzydeł dochodzących do 260 centymetrów. Biedny moa! Przeżył zatopienie Wyspy Północnej, przeżył orogenezę alpejską 6 milionów lat temu, nie przeżył jednak najazdu ludzi. Na pocieszenie - dla mnie – wybił go nie biały człowiek, lecz Maorysi, którzy skolonizowali wyspy około 1280 roku... Na marginesie, orzeł Haasta trafił do mitologii maoryskiej pod nazwą pouakai, ptaka-monstrum zjadającego ludzi.

Od czasu do czasu mijamy winnice, rzecz jasna, o tej porze roku jeszcze bezlistne. Ostatnio mam pecha do winnic! Zarówno w Gruzji (2011) i w Argentynie (2015) byłem o nieodpowiedniej porze roku i nie mogłem cieszyć oczu i podniebienia widokiem krzaków winorośli uginających się pod ciężarem dojrzałych kiści. Ech! Zatęskniłem za winnicami na Sycylii (1993) i w Kotlinie Turfańskiej (2005)... Tutejszy region winny Środkowego Otago znany jest z produkcji pinot-noir, odmiany o czerwonych owocach. Dziś to niemal 40 tysięcy ton winogron, ale wszystko zaczęło się w 1860 roku od jednego krzaczka przywiezionego przez poszukiwacza złota, Jeana Ferauda... Oczywiście Francuza, jakżeby inaczej! Owce na Roys Peak

Tu, w prowincji Otago, widać nie tylko winnice, ale i liczne sady. Jedziemy jednak zbyt szybko, by wyraźnie uchwycić w kadrze charakterystyczne V-kształtne pnie drzew uformowane tak zapewne w celu łatwiejszego zbierania owoców. Najciekawsze, a na pewno najładniejsze, są pejzaże z tutejszymi jeziorami. Ten ich błękitny kolor wody jest tak niesamowity, że aż nierealny! W oddali, może pięć kilometrów dalej błyszczą ośnieżone szczyty gór. Bajka.

Na szczęście już się przejaśniło, ciężkie chmury odpłynęły, tylko hen, na wschodzie błyska się i widać ciemne strugi deszczu spływające z chmur. Humory poprawiają się.

Zajeżdżamy na dworzec autobusowy w Wanaka. Właściwie jest to zwykły parking z tabliczką przewoźnika na słupie. Ale jakże ładnie położony parking! Nad wielkim jeziorem otoczonym ośnieżonymi górami, z rzędem kwitnących na żółto drzew i zielonymi trawnikami, na których przysiada wodne ptactwo. Miejsce momentalnie mnie oczarowuje. Błękitne niebo, po którem leniwie przesuwa się parę puszystych obłoków, podkreśla kontrast między Wanaka a porannym Queenstown skąpanym w deszczu. Te żółto kwitnące drzewa to kōwhai, po polsku szupin. Mógłby ktoś powiedzieć: ot, zwyczajne, podobne do akacji, drzewo. Ale nie! Kōwhai jest – obok paproci ponga i metrosiderozy (pōhutukawa) jest narodowym symbolem Nowej Zelandii. Równie ciekawe – bo endemiczne! – są spacerujące po trawie biało-czarne ptaki z długimi, pomarańczowymi dziobami. To ostrygojady nowozelandzkie, w skrócie opisywane jako SIPO (South Island pied oystercatcher - Haematopus finschi). Żywią się zazwyczaj słodko- lub słonowodnymi mięczakami i skorupiakami wydobywanymi z przybrzeżnego mułu. Sokół nowozelandzki

Dzięki wydrukowanym zawczasu mapkom, szybko odnajdujemy nasz hostel X-base należący do sieci Naked Bus z widocznym z daleka charakterystycznym logo "X". Przebieramy się, zostawiamy plecaki w schowku i ruszamy w góry. Celem naszym będzie Roy’s Peak, góra o wysokości 1578 m n.p.m znajdująca się parę kilometrów od miasta.

Ustawiamy się na stopie w kierunku Glendhu Bay, małej miejscowości nad jeziorem Wanaka. Mamy wątpliwości, czy kierowcy mogą się tu zatrzymywać – skrajny pas jest oddzielony od pozostałych przerywaną grubą linią. Chyba jednak jest ok, skoro przed chwilą inny autostopowicz został stąd zabrany. Jakoś po 20 minutach na pobliski parking podjeżdża samochód, nawraca i zatrzymuje się przy nas.
- Gdzie chcecie jechać? – pyta kobieta w średnim wieku.
- Na początek szlaku na Roy’s Peak...
- Wsiadajcie z tyłu!
Przejażdżka jest krótka, miło sobie rozmawiamy. Na tym pierwszym stopie nowozelandzcy kierowcy zaskarbiają z miejsca naszą sympatię. Kobieta bowiem mieszka kilometr za Wanaka, ale specjalnie dla nas wiezie nas na parking znajdujący się 8 kilometrów dalej.
- Powinniście wracać z wycieczki najpóźniej o osiemnastej – radzi – Wtedy dużo samochodów wraca z Treble Cone, ośrodka narciarskiego. Potem już nie ma ruchu.

Wysiadamy na parkingu u podnóża Roy’s Peak, stoją tu dwa samochody, domyślamy się, że jacyś turyści poszli w górę szlakiem tu się zaczynającym. Dziękujemy za podwózkę, Nowozelandka wraca do Wanaka. Wierzchołek masywu spowijają chmury, po drugiej stronie drogi błyszczą wody jeziora Wanaka. By ruszyć ścieżką dalej musimy przejść po drewnianych schodkach na drugą stronę ogrodzenia ciągnącego się wokół pastwiska na zboczu. Z tablicy informacyjnej wynika, że dolne partie Roy’s Peak to teren prywatny i należy trzymać się ścieżki. Zamierzamy!
- Która godzina? – pytam syna.
- Już trzynasta...
- Późno. Nie wiem, czy zdążymy zejść przed zmierzchem... - zastanawiam się
Sergiusz milczy, nie wiem, co myśli.
- W każdym razie dojdziemy do strefy chmur i ocenimy sytuację – decyduję.
Trawersujemy zbocze powoli nabierając wysokości. Droga jest miejscami błotnista, ale staramy się utrzymywać tempo. Wokół żywej duszy, nie licząc owiec skubiących resztki zeszłorocznej trawy.
- To raczej nie są merynosy... - stwierdzamy.
Latem zapewne jest ich więcej: wszystkich w Nowej Zelandii jest zdaje się 50 milionów, dziesięciokrotnie więcej niż mieszkańców. Jezioro Wanaka

Panorama okolic Wanaka robi się coraz ładniejsza. Pokryte w górnych partiach śniegiem grzbiety górskie wciskają się w niebieskie wody jeziora, linia brzegowa jest bardzo urozmaicona. Szosa, którą przyjechaliśmy, jest już niteczką, po której pełzają samochodowe żuczki. Za drogą rozpościera się pas łąk i pastwisk ze stadami krów; dostrzegam również pasiekę. Jesteśmy już 500 metrów nad poziomem jeziora, czeka nas jeszcze sporo wspinaczki.
- Odpoczywamy? – pytam syna.
- Nie, nie trzeba. Chodźmy dalej!
- Dobrze. Wchodzimy tylko do granicy chmur.
Sergiusz przytakuje.

Mija nas para turystów schodzących ze szczytu. Są porządnie ubrani, kurtki puchowe, czapki, rękawice i kijki trekkingowe. Najwyraźniej warunki są tam trudniejsze. Pozdrawiamy się. Po niebie krążą drapieżne ptaki. Obserwujemy je bacząc, czy któryś z nich nie zapikuje w kierunku kicających na łączkach królików. Trudno ustalić, co to za gatunek, dopiero gdy jeden z drapieżników przysiądzie na ścieżce, rozpoznaję w nim sokoła nowozelandzkiego. Notabene, ten endemit bywa mylony z większym i bardziej tu rozpowszechnionym błotniakiem moczarowym. W przeciwieństwie do tego ostatniego nie żywi się padliną a woli zapolować na gryzonie lub - atakując także w locie – na ptaki. Choćby na taką ziębę, która, jakby niepomna zagrożenia, żeruje obok nas wyszukując w ziemi nasiona i owoce głogu.
Jesteśmy już powyżej pastwisk, rozciągają się tu rozległe łąki tussock pokryte kępami traw. Ta formacja roślinna przypomina andyjską punę, tyle że tu dominują trawy z rodzajów Chionochloa, kostrzewa (Festuca), wiechlina (Poa) oraz turzyca (Carex). W drodze na szczyt

Zachmurzyło się i oziębiło się. Strumyk, który płynął wzdłuż ścieżki zlodowaciał, trawy pokrył szron. Miejscami pojawiają się płaty śniegu. Minęła nas kolejna samotna turystka schodząca z góry. Zza zakrętu wyłaniają się kolejne pasma Alp Południowych, odsłania się masyw Mount Aspiring (Tititea), którego wysokość już robi wrażenie: 3033 m n.p.m.! Stąd jest do niego 30 kilometrów, a w parku narodowym leżącym wokół góry znajduje się lodowiec Roba Roya, w pobliże którego chcemy jutro się udać.
- Chmury się podniosły! – zauważam.
- No to wchodzimy na szczyt!
Cieszę się, że nie odpuszczamy. Za zakrętem ścieżka zwęża się, trawersuje południowe zbocza a następnie ostro skręca w lewo. Tu już wszędzie zalega śnieg. Brniemy powoli starając się lekko stąpać po zmrożonej wierzchniej warstwie. Czasem zapadamy się po kolana. Pozostało jeszcze kilkaset metrów do przejścia, wierzchołek z jakąś budką i z masztem jest już widoczny.
- Teraz ostrożnie! Idź za mną – proszę Sergiusza.
Szlak prowadzi po wąskiej grani, z obu stron kilkusetmetrowe przepaście. Sergiusz jednak mnie wyprzedza i ślizgając się po śniegu i błocie pierwszy zdobywa Roy’s Peak. Jest tu z nami para nowozelandzka, bez plecaków, tak jakby wybrali się na spacerek. Robimy sobie zdjęcia i zachwycamy się widokami. Sergiusz karmi herbatnikami jakiegoś ptaszka i robi aparatem zdjęcia panoramiczne.

Droga powrotna jest nieco nużąca – nie lubię wracać po tej samej trasie. Poniżej śniegów i błota przysiadamy na kwadrans i zjadamy posiłek. Jak na razie ruch na drodze utrzymuje się duży, ale czeka nas jeszcze godzina schodzenia. Z pewnym zdziwieniem patrzymy na dwie dziewczyny wchodzące w górę. O tej porze? Ale może nie idą na szczyt...?

Przy parkingu czyścimy buty z błota i ustawiamy się na stopie. Po kilku minutach już jedziemy do Wanaka. Tym razem z dwoma narciarzami. Udzielają nam wskazówek, co obejrzeć jeszcze w okolicy. W hostelu cieplutko, przenosimy przechowalni bagażu bety do pokoju i grzejemy się w kuchni przy kawie i herbacie. Towarzystwo tu również międzynarodowe, sporo skośnookich nastolatek. A może to nie są nastolatki, my Europejczycy mamy trudności z ustaleniem wieku mieszkańców Dalekiego Wschodu. Młodzi ludzie pichcą coś, przy kuchence słyszę mowę ojczystą.
Widok na Wanaka - Cześć! Jak wam leci? – witam się.
Nie są typowymi turystami, spędzili tu już pół roku pracując w różnych miejscach, głównie w hostelach. Teraz "są w drodze", podróżują samochodem zwiedzając Wyspę Południową.
- Czasem spaliśmy w samochodzie, przeraźliwie zimno było! – skarży się dziewczyna.
- Tu ogólnie drogo. Ale jak się kupuje żywność w hipermarketach, to się da wytrzymać – dodaje chłopak.
My robimy sobie makaron z serem. Dodatek sosu pomidorowego Gregg's ma upodobnić danie do spaghetti, jednakże jego dość dziwny smak nie pasuje Sergiuszowi.
- Zjem z cukrem!
- A nie chcesz z jajecznicą? Przecież kupiliśmy jajka...
- Wolę z cukrem.
Ok, oddaję mu „moją” część sera żółtego, niech sobie chłopak poje! Sam zjadam makaron z jajkiem na twardo.

Cieszę się z kolejnego dnia trampingu. Pogoda, chociaż źle się zapowiadała, była dobra, zdobyliśmy jeszcze jedną górę. Jest dobrze. Oby tak dalej!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej