Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Bangkok – Auckland – Christchurch

wtorek-środa, 1-2 IX 2015


Złe prognozy pogody | Z Bangkoku do Auckland | Witaj, Nowa Zelandio! | Pierwsze wrażenia z Christchurch | Krajobraz po trzęsieniu ziemi| Spacer do Ogrodu Botanicznego


Lądowanie w Christchurch

Jest 14:20, gdy lądujemy w stolicy Tajlandii. Ze względu na różnicę w czasie, drugi dzień podróży jest bardzo krótki. Czas upływa nam na szwendaniu się po lotnisku. Mamy cztery godziny przerwy, zbyt krótki okres, by zwiedzić miasto. Także w drodze powrotnej nie planujemy opuszczania budynku portu lotniczego. Sergiusz będzie musiał poznać Bangkok przy innej okazji. Odświeżamy się i relaksujemy na fotelach czy raczej sofach rozmieszczonych na 3 poziomie. Później znajdujemy darmowy internet i po raz kolejny sprawdzamy prognozę pogody w Queenstown i Wanaka.

– Leje a w nocy przymrozki – wzdycham.

– A u mnie prognoza jest lepsza – stwierdza Sergiusz patrząc na swój monitor – tylko w piątek są opady śniegu.

– Spoko, zrobimy sobie fajne wycieczki w góry w Queenstown a potem w Wanaka! Ale w Tekapo przenocujemy w namiocie. Nie pękaj już! – ostrzegam syna – himalaiści i polarnicy śpią na śniegu i nie narzekają.

– No, ale oni mają lepszy sprzęt...

Hm. Nasz ekwipunek jest całkiem dobry! Mając w perspektywie deszczową Nową Zelandię dałem sobie spokój z kolejnymi impregnacjami moich tanich chińskich namiotów i kupiłem małą dwójkę firmy Vango (Helix 200). Poliestrowy tropik z Protex® 70D ma deklarowaną wodoodporność 5000 mm i musi to nam wystarczyć. Sergiusz będzie spać w moim puchowym śpiworze Małachowski Tourist 450, ja – w pożyczonym śpiworze ze sztucznym puchem. On będzie miał matę samopompującą, ja – alumatę, do której po namyśle dokupiłem zwykły materac plażowy. Może wystarczy Centrum handlowe

Lot do Auckland odbywa się na pokładzie boeinga 777. Wśród pasażerów przeważają Nowozelandczycy wracający z wczasów w ciepłej Tajlandii. Dużo wśród nich sympatycznych 50-, 60-latków. Prócz nich, jest tu wielu kolorowych – Indusów, Koreańczyków itd. Taką właśnie „kolorową” sąsiadkę ma Sergiusz.

– My name is Lisa – przedstawia się Tajka, rocznik 1985.

Mieszka od czterech lat w Nowej Zelandii. Śliczne dziewczę ma kilkadziesiąt kolorowych bransoletek na przedramieniu i jest bardzo gadatliwa. Dobrze, że nie usiadłem obok niej!

Dwa ciepłe posiłki podane na porcelanowych talerzykach i z metalowymi sztućcami są czymś wyjątkowym w dobie plastiku. Sergiusz trochę wybrzydza, oddaje mi parówkę i zjada tylko pół jajecznicy. Muszę powiedzieć, że – jak dotychczas – personel Thai Airlines jest najbardziej elegancko ubrany. Zwłaszcza stewardzi, którzy paradują w garniturach.

Za oknem nic ciekawego. Zapadła noc, zresztą skrzydła zasłaniają widoki. Przed nami 10 godzin lotu, który w większości spędzamy w pół-śnie. Sergiusz rano powie, że na ekranie monitora przed sobą widział, jak przelatujemy nad Operą w Sydney. Ładny sen ;-)

Auckland. Podchodzimy do lądowania. Karteczki imigracyjne mamy wypełnione, zadeklarowaliśmy, oczywiście, sprzęt turystyczny, żywność i leki. Nie spodziewamy się problemów. Odbieramy bagaże i ustawiamy się w szybko przesuwającej się kolejce do stanowiska urzędnika imigracyjnego.

– Hello, no fruits, no vegetables, no meat?

– Chocolate only, some sweets.

– Ok. Show me your soles.

Pokazujemy czyściutkie podeszwy naszych butów. Stan namiotu już nie interesuje Nowozelandczyka, odprawa paszportowa i możemy przejść dalej. A dalej oznacza szybki marsz przechodzący w bieg, jako że kolejny lot mamy za godzinę z krajowego terminalu odległego o kilkaset metrów.

Odnajdujemy właściwą bramkę, okazuje się, że będzie otwarta dopiero na pięć minut przed odlotem. Mamy czas na zebranie informatorów i mapek. Zamieniam parę zdań z Polakami wracającymi do kraju.

– Pogodę mieliśmy bardzo ładną – mówi pani w średnim wieku – ani razu nie padało.

Jej słowa pocieszają mnie, ale przecież widzę krople rzadkiego deszczu spływające po szybach. Zobaczymy, jak będzie.

Uwagę moją przyciągają nowozelandzkie stewardesy ubrane w obcisłe spódniczki i fioletowo-czarne (czasem szmaragdowo-czarne) bluzeczki. Wśród wzorków rozpoznaję stylizowany liść paproci pongo – to jeden z symboli kraju. Pomnik przed katedrą

Lot do Christchurch będzie krótki, ale miły ze względu na arcy-śmieszny instruktaż bezpieczeństwa pokazywany nie przez stewardesy, lecz w postaci klipu będącego jednocześnie rapowaną parodią "Facetów w czerni". Przelatujemy nad Cieśniną Cooka wypatrując delfinów lub fok i już jesteśmy nad Wyspą Południową. Ośnieżone pasma Alp Nowozelandzkich (Południowych) wystają ponad morze chmur. No cóż, nie darmo Maorysi nazywają swoją ojczyznę Aotearoa, czyli "kraj białej chmury". Nurkujemy i, po chwili, z białego mleka wyłania się nasz cel: Christchurch – tysiące kolorowych, w większości parterowych, domów rozrzuconych na wielkiej płaskiej przestrzeni.

Nasza lotnicza epopeja dobiega końca: niemal 20000 kilometrów, ponad 23 godziny w powietrzu. Odzyskujemy nasze plecaki zapakowane w mocno już sfatygowane worki na śmieci. Wyciągam z bankomatu 300 NZD (karta VISA do rachunku w EUR).

– Masz tu 70 dolarów, na początek wystarczy.

– A muszę brać? Ty trzymaj pieniądze.

– Nie marudź. Jak się zgubisz, będziesz musiał jakoś przeżyć.

Pozostało jeszcze dotrzeć do hostelu. By oszczędzić na bilecie do autobusu nie wsiadamy na lotnisku, lecz kilkaset metrów dalej, na rondzie (prowadzą tu namalowane na chodniku ślady kiwi). Półgodzinna podróż przez przedmieścia zabudowane schludnymi domami z zadbanymi ogrodami kończy się na przystanku Christchurch Bus Interchange (3,5 NZD). Stąd już jakieś 25 minut do hostelu „Around the World Backpackers”.

W centrum wciąż widać zniszczenia po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło miasto w 2011 roku. Cóż, wzdłuż Nowej Zelandii przebiega granica pomiędzy wielkimi płytami tektonicznymi: Pacyficzną i Australijską i ich tarcie o siebie nieodwołalnie będzie powodować wstrząsy... Mijamy zrujnowany kościół i kilka budów. Nasz pokój w hostelu to czteroosobowy dorm. Wygląda skromnie, ale przecież był to najtańszy w mieście a zarazem najdroższy podczas naszego wyjazdu nocleg. 189 złotych. Cóż... Nowa Zelandia nie będzie nas rozpieszczać cenami.

Gorący prysznic, odświeżamy się po długiej drodze, kawa, chińska zupka i idziemy oglądać miasto. Naszym podstawowym celem jest jednak zakup butli z gazem. Zanim dojdziemy do marketów położonych w południowej części miasta, podchodzimy pod anglikańską katedrę. Również ta XIX-wieczna budowla (ukończona w 1904 roku) ucierpiała podczas trzęsienia ziemi. Fronton kościoła runął i jest obecnie prowizorycznie zabezpieczony stalową konstrukcją. Zarządzająca kościołem biskupka Victoria Matthews postanowiła rozwalić budowlę do końca i wznieść coś lepszego. Oczywiście decyzję oprotestowano a prawne przepychanki trwały dłuższy czas. Miasto zapewne odbuduje katedrę – przecież każdy zabytek w państwie, którego nowoczesna historia liczy zaledwie 200 lat, jest na wagę złota! Katedra

Główny Urząd Pocztowy znajdujący się po przeciwnej stronie placu jest już odnowiony. Trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu kataklizm go zniszczył. 60-krotny zoom mojego aparatu pozwala mi przeczytać na kolorowym herbie „Honi soit mal y pense” oraz “Dieu et mon droit”. Czyżby to Francuzi założyli Christchurch?! Jak jednak później sprawdzę - nie! Historia miasta jest bardziej skomplikowana. Najpierw w 1848 roku dwóch rzutkich panów z Anglii, Edward Gibbon Wakefield i John Robert Godley, założyło Canterbury Association, którego celem było zorganizowanie transportu do Nowej Zelandii i założenie na Wyspie Południowej kolonii. Odkupili od New Zealand Company ziemię po 25 szylingów za hektar i sprzedali ją tak zwanym Canterbury Pilgrims po... 150 szylingów za hektar. Zysk miał być przeznaczony na cele publiczne. Osiedleńcy przybyli czterema parowcami (s/s Randolph, s/s Cressy, s/s Sir George Seymour oraz s/s Charlotte Jane) właśnie tu, do ujścia rzeki Lyttelton. A potem już poszło wszystko dobrze... Aż do serii trzęsień ziemi w latach 2010-2012...

W drodze do sklepów mijamy kolejne place budowy. Robotnicy – w części zapewne importowana z Azji tania siła robocza – uwijają się wśród betonowych pali i stalowych dźwigarów. Wygląda na to, że mieszkańcy chcą wykorzystać okazję, by przebudować i unowocześnić swoje miasto.

Butle Campingas z gwintem oraz butle przebijane są dostępne bez większych problemów. W drugim z odwiedzonych sklepów sportowych trafiamy na odpowiednie dla nas ceny: 6 NZD za małą butlę jest do przyjęcia. W pobliskim sklepie "Countdown" zaopatrujemy się w prowiant na kolację i jutrzejszą drogę.

– Nie jest ci zimno? – pytam Sergiusza. Sam już przemarzłem, bo ubrałem się zbyt lekko a wieje jak diabli.

– No... trochę tak.

– Ok, wracamy szybko do hostelu a potem przejdziemy się w stronę muzeum.

Pół godziny później, już w ciepłych kurtkach i polarach, dziarsko maszerujemy przez miasto. Zaglądamy do centrum handlowego, które mieści się w starej zajezdni tramwajowej, obfotografowujemy zabytkowy tramwaj. Jak w wielu krajach bez długiej historii, w Nowej Zelandii, pielęgnuje się wszystko co ma ponad sto lat. A jednocześnie eksponuje się nowoczesną sztukę. I to wszędzie: graffiti na ścianach, monstrualne meble na trawniku, mniej lub bardziej abstrakcyjne rzeźby na skrzyżowaniach. Najciekawszy dla mnie był pomnik ku pamięci tych, którzy zginęli w lutym 2011 roku: 185 pomalowanych na biało krzeseł ustawionych w rzędach. Ta niezwykła (podobno tymczasowa) instalacja robi wrażenie poprzez bezpośredniość przekazu. Przechodzień, spoglądając na puste krzesła, widzi jednocześnie wszystkich już nieobecnych.

Pomnik ofiar trzęsienia ziemi Canterbury Museum mieści się w 145-letnim neogotyckim budynku w zachodniej części miasta i jest darmowe - jak wiele innych miejscowych przybytków kultury. I chociaż wiedzieliśmy, że będzie o tej późnej porze zamknięte, przyszliśmy tu, aby zlokalizować przystanek NakedBusa, z którego jutro odjedzie Sergiusz. Ja natomiast wyruszę do Queenstown inną linią – Intercity - z innego przystanku. To, oczywiście pewna dla nas niedogodność, ale chcieliśmy skorzystać z najniższych cen promocyjnych biletów (po 1 sztuce na każdy kurs).

Korzystając z okazji zaglądamy jeszcze do ogrodu botanicznego. Szkoda, że zapada zmierzch, niektóre kwiaty musimy fotografować z lampą błyskową. Może jeszcze tu wrócimy za dnia?

Oglądamy jeszcze ładnie oświetlony most na miejskim kanale i równie fotogeniczny łuk czy też bramę miejską. Pora wracać do hostelu. Tu już cieplutko, gwarno. Towarzystwo międzynarodowe, ale co mnie trochę dziwi – głównie mężczyźni. Z późniejszych rozmów wynika, że niektórzy z nich pracują w Christchurch i traktują hostel jako... hotel robotniczy ;-)


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej