Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Rijad – Ad-Dirijja – Rijad

czwartek, 16 III 2023


Spacer do centrum Al-ʿUlayyā | Kingdom Center i nowe projekty | Którędy do Dirijji? | W średniowiecznym mieście At-Turaif | Arabowie i araby | Shari chce do Polski | Potrzebuję trochę spokoju | Trudna sztuka czytania mapy | Zwiedzam pałac Murabba | Żal mi imigrantów


Rijad: Al Faisaliyah Tower

Oczywiście Suman spał w tym samym łóżku, co ja. Nakrył się kocem. Dobrze, że zrezygnowałem z używania tego koca, bo musielibyśmy spać pod jednym. Klima włączona na full hałasowała całą noc, wiała nam na twarz; ciężko było, budziłem się kilka razy. Męczyłem się w moim cienkim śpiworku, musiałem ubrać swoją puchówkę, by nie zamarznąć.

O 6:30 mam dość, idę się umyć i tak długo się kręcę między pokojem a łazienką, aż Suman się zbudzi. Spakowałem się na drogę, nie mogę jednak wyjść, bo klamka od wewnątrz jest urwana, trzeba otwierać kluczem. Chłopak musi wstać i otworzyć mi drzwi.

– Byłeś już na śniadaniu? – pyta.

No, jak? I jak bym wrócił?

– Nie byłem. Jadę na cały dzień do Dirijji – oświadczam.

– Okay, jedź.

Gdy wychodzę, słyszę jeszcze:

– Finish your breakfast.

Ani myślę. Ruszam szybkim krokiem w stronę centrum. Do przejścia mam około 6 kilometrów, a moim celem głównym celem będzie Kingdom Tower. Stopniowo zbliżam się do wysokich budynków, mijam "odlotowy" budynek saudyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w kształcie odwróconej piramidy, podchodzę pod 267-metrowy Al Faisaliyah Tower z bardzo charakterystycznym elementem na 30 piętrze w postaci olbrzymiej kuli z elegancką restauracją, z której roztacza się 360-stopniowy widok na miasto. Zza niższych budynków wystaje klinowaty 200-metrowy Hamad Tower.

Na ulicach często widzę szklane "akwaria" – to klimatyzowane przystanki autobusowe – podobne do tych, które widziałem w Dubaju. Ku mojemu zaskoczeniu, wszystkie, bez wyjątku, są zamknięte, nie mogę więc dostać się do znajdujących się wewnątrz automatów sprzedających bilety. Po półtorej godzinie jestem już na miejscu. Przede mną Olaya Towers – para wysokościowców (203 i 166 m), a nieco dalej niezwykły Burj Al-Swailem z wklęsłą fasadą. To bardzo atrakcyjna, współczesna architektura. Niestety, te biurowce i hotele nie tworzą jednego centrum biurowo-handlowego, lecz są porozrzucane po całym mieście ze znacznymi odległościami między nimi. Aczkolwiek w tej luksusowej, handlowej dzielnicy – Al-ʿUlayyā – jest ich najwięcej. Jeden z mijanych po drodze budynków – pięciogwiazdkowy Narcissus Hotel and Residence Riyadh – jest z lat być może 80. sądząc po stylu, w jakim został zbudowany. Kojarzy mi się z Empire State Building otoczonym bardziej nowoczesnymi budynkami na Manhattanie. Wewnątrz 280 luksusowych apartamentów. Cena noclegów umiarkowana – od 1400 PLN. Ale można zamówić 5-osobowy apartament suite z łóżkiem king-size za 39.816 PLN. Za dobę, ma się rozumieć. Rijad:  Olaya Towers i Burj Al-Swail

Dochodzę wreszcie do "otwieracza do butelek" , jak popularnie zwany jest Kingdom Center (Tower) ze względu na charakterystyczną "dziurę" w górnej części budynku. Nie jest to najwyższy drapacz chmur w Rijadzie, liczy "zaledwie" 302 metry i mieści luksusowy hotel należący do sieci Four Seasons Hotels and Resorts. Zasłużyłem na chwilę odpoczynku, siadam przed budynkiem, zjadam czekoladę i popijam wodą. Teraz wykręcam na zachód i posuwam się powoli wzdłuż dużej arterii prowadzącej w kierunku obwodnicy. W oddali widzę poskręcaną sylwetkę 50-piętrowego Al Majdoul Tower. Najwyższy, 385-metrowy biurowiec Public Investment Fund Tower wybudowany za miliard dolarów wznosi się również w północnej części stolicy. Dla porównania nasz rodzimy Varso Tower liczy sobie 310 metrów…

Bez wątpienia Arabia Saudyjska stała się liderem we współczesnej architekturze. Posiadając gigantyczne zasoby petrodolarów, jest w stanie ściągnąć do siebie najlepszych projektantów i architektów, a przede wszystkim może zainwestować wielkie pieniądze w niezwykłe projekty. O kilometrowym drapaczu chmur wspomniałem przy okazji pobytu w Dżeddzie. W stolicy natomiast ma powstać New Murabba – ultranowoczesne "miasto w mieście", a jego sercem będzie Mukaab – gigantyczny sześcian o boku 400 metrów z futurystycznym wieżowcem wewnątrz. Fasadę tej spektakularnej struktury ozdobią ornamenty inspirowane tradycyjną arabską sztuką i architekturą. Kto za to zapłaci? Państwo, czyli wszyscy. Cóż to jest 600 miliardów dolarów…? New Murabba wygeneruje 300.000 miejsc pracy, więc inwestycja chyba się opłaci. To jeden z kroków na drodze do uniezależnienia się KAS od dochodów ze sprzedaży ropy naftowej, której zasoby kiedyś się skończą. Innym niesamowitym pomysłem jest Neom – budowa budynku o wysokości 490 metrów, dwa razy więcej niż Pałac kultury i Nauki w Warszawie. Niby żaden rekord, ale budynek ma mieć długość… 120 kilometrów! Będzie się ciągnąć od czerwonomorskiego wybrzeża w głąb półwyspu. Wzdłuż tej największej, godnej faraonów, budowli na świecie będą kursować szybkie pociągi, transportując 5 milionów mieszkańców tego futurystycznego obiektu. Na ścianach tego monstrualnego liniowca mają zostać założone pionowe uprawy żywności, a dla rozrywki mieszkańców przewidziano stadion i marinę dla jachtów. Czy projekt zostanie zrealizowany? Nie wierzę. Rijad: Kingdom Center

Jest 10:00, upał zaczyna narastać. Do Al-Dirijji jest jeszcze 18 kilometrów. Jeśli trzeba – dojdę, ale spróbuję podjechać okazją. Łapię stopa, ale bez przekonania. W końcu zatrzymuje się jakiś Saudyjczyk. Witam się.

– Sorry, nie mówię po arabsku. Jadę do Dirijji.

– Jestem z Al-Dirijja – odpowiada.

– Ja jeżdżę za darmo, weźmiesz mnie for free?

– Za małe pieniądze. 30 riali.

– 20 riali, ok?

– Ok – odpowiada po chwili.

Ruszamy. Chociaż przejazd trwa najwyżej piętnaście minut, to cieszę się, że zdecydowałem się na autostop. Namęczyłbym się, idąc wzdłuż tych ruchliwych arterii. Mój kierowca prawie nie mówi po angielsku, odpuszczam więc próby rozmów. Zresztą nie muszę się wysilać – zapłaciłem za przejazd. W zamian oglądam panoramę Rijadu. Kolejny raz przekonuję się, że to olbrzymia aglomeracja. Z oceanu niskich budynków wyrastają tu i ówdzie wysokościowce. W północnej części miasta nie jest ich wiele, ale zwraca uwagę sylwetka spiralnego budynku Al Majdoul Tower. Ma 50 pięter i jest, po prostu, piękny.

Wkrótce zbliżamy się do ślimaków przy obwodnicy i zaczyna się.

– Ad-Dirijja? – pyta mnie kierowca.

– Tak. Dirijja! Old Dirijja.

Saudyjczyk zachowuje się tak, jakby pierwszy raz jechał tą drogą. Nie wie, w którą stronę skręcić, więc jedzie na wprost.

– Tam był drogowskaz na Dirijję – mówię, wskazując brązową tablicę oznaczającą atrakcję turystyczną.

Jest już za późno, by zmienić pas. Nawet się nie złoszczę. Ograniczam się do jednego westchnięcia. Wysiłki kierowcy, by odnaleźć późniejszą drogę, ostatecznie zostają uwieńczone sukcesem. Mijamy tablicę Ad-Dirijja i w zasięgu mojego wzroku pojawiają się żółte gliniane zabudowania. Płacę i wysiadam.

Do historycznej dzielnicy At-Turaif mam jednak około kilometra. Po drodze mijam współczesne budynki: hotele i siedziby urzędów zbudowane w tym samym stylu, co dawniej. Mają z pewnością inną konstrukcję, ale zewnętrzne żółte ściany i białe obramowania i zwieńczenia ścian są bardzo mylące.

Po 15 minutach jestem na miejscu. Jeden rzut oka na historyczne miasto wystarcza, bym pomyślał: "To mi się będzie podobać!". Strażnik z parasolem chroniącym go od słońca przywołuje mnie do siebie i wskazuje budynek po lewej. Wbrew moim obawom nie ma tam kasy, jest za to sala wystawowa z elektronicznymi planszami informacyjnymi i wielką makietą miasta pośrodku. Tu można sobie uświadomić, jak wielki był XV-wieczny At-Turaif. At-Turaif

Gdy wychodzę z klimatyzowanego budynku, uderza mnie fala gorąca. Nie będzie łatwo. Zapas wody mam ze sobą. Przystaję na chwilę, by ogarnąć całość. Miasto jest gliniane, większość budynków nie ma stropów, a istniejące mury są zakończone zaokrągloną "polewą" z gliny. To bardzo charakterystyczny element tych budowli. Drugim są niewielkie, trójkątne otwory wentylacyjne w ścianach – podobne do tych, które wczoraj widziałem w forcie Murabba. Trwają prace restauracyjne i konserwatorskie. Ekipa robotników w kaskach ochronnych i pomarańczowych kamizelkach pracuje na drewnianych rusztowaniach ustawionych przed pierwszymi budynkami. Psują mi zdjęcia! Ale można się cieszyć, że uratowano to miejsce. Zaledwie 20 lat temu była tu totalna ruina. A przecież jeszcze w XVIII wieku roku miasto było pierwotną siedzibą saudyjskiej rodziny królewskiej i pierwszą stolicą kraju. Do czasu spustoszenia jej przez Turków w 1818 roku… Zaczynam zwiedzanie od lewej strony. Wąska, brukowana uliczka prowadzi mnie do budynku z salami wystawowymi. Po prawej znajduje się salka, gdzie można obejrzeć film o historii tego miejsca, zaś idąc dalej korytarzem, dochodzi się do podwórka z wejściem do skarbca. Zbioru tu skromne: metalowe naczynie z wysypującymi się złotymi monetami, złota biżuteria z turkusami i czerwonymi koralami, złote naszyjniki z filigranowymi łańcuszkami.

Po przeciwnej stronie ulicy budynek z atrium i dwoma krótkimi kolumnadami i ciągiem niewielkich jednoosobowych pokoi. Sąsiedni budynek to meczet Moudi’s Sabala. Wchodzę do środka, tu niewielki dziedziniec, również z kolumnadą, czerwonym chodnikiem i bardzo skromnym mihrabem.

Zagłębiam się w miasto. Przewodnik podpowiada, że At-Turaif zbudowane jest w stylu architektonicznym Najdi. Czyli charakterystycznym dla centralnego regionu Półwyspu Arabskiego. Przyjmuję do wiadomości. Nie widzę tu nadmiaru ozdób na elewacjach, prawdę mówiąc, praktycznie ich nie ma. Interesujące mogą być drewniane rynny wystające z murów –, ale widziałem je już w forcie Murabba. Wszędzie wokół jednakowe gliniane mury, ściany domów, które wychodzą na ulicę, na ogół pozbawione są okien. To, czego mi tu brakuje, to zieleń: ani jednego krzaczka, ani jednego źdźbła trawy. Wygląda to dosyć nieciekawie.

Ale oto i pałac Imama Abdullaha bin Sauda, a raczej to, co z niego pozostało: długa ściana z trojgiem drzwi i trójkątnymi otworami wentylacyjnymi. Przed budynkiem resztki kolumn. Niestety, nie można wejść do środka, obiekt ogląda się z drewnianej platformy, co utrudnia orientację w całości. Ponoć ściany wewnątrz są ozdobione. Jak i czym, trudno powiedzieć. W każdym razie jest to najmłodszy z pałaców z okresu drugiego państwa Saudów. At-Turaif

W kolejnym budynku (zdaje się współczesnym) – duża sala wystawowa poświęcona głównie historii konia na Półwyspie Arabskim. Są więc tu petroglify, na których widać konia, także wojownika na koniu, dalej walczących jeźdźców oraz jeźdźców polujących. Jest manuskrypt (Suhail Book) z okresu II państwa saudyjskiego otwarty na ilustracjach przedstawiających konie, obok manuskrypt Manfie Al Haywan z 1354 r. n.e. zawierający teksty interesujące zapewne każdego arabistę, są siodła końskie i wielbłądzie, a nawet posągi koni.

Kolekcję broni reprezentuje para zakrzywionych noży zwanych tu janabla; noszone przez mężczyzn, były przytroczone do pasa. Są również szable z grawerowanymi głowniami, a także pistolety z inkrustowanymi macicą perłową kolbami oraz strzelby z grawerowanymi zamkami.

Jestem teraz przy północnej granicy miasta. Znajduje się tu łaźnia, a dalej kolejny pałac, choć z wyglądu niczym się nie wyróżnia. W oddali ciągną się gliniane mury otaczające miasto. Na dużym placu koło mnie rozłożone są dywany. Być może były czyszczone i teraz schną. Niektóre z budynków wokół są zagospodarowane, wówczas mają zrekonstruowane stropy, większość jednak to ruina. Zawracam w stronę głównej bramy. Tu widać resztki dużego pałacu z kilkoma rzędami kolumn. Obok pałacu Salwa znajduje się główny meczet Addiriyahów, zbudowany, rzecz jasna, w tradycyjnym stylu Najdi z lokalnego kamienia i cegieł glinianych. Wierzę na słowo, bo z meczetu zniszczonego w okresie najazdu Otomanów niewiele zostało. Z tym wydarzeniem związane jest zabójstwo ówczesnego imama, ale szczegółów nie znam. Poniżej murów znajduje się duża studnia oraz kilka kolumn zwanych Al-Nourah. Wystarczy tego zwiedzania. Zatęskniłem za cieniem i zielenią.

No cóż. Obejrzałem sobie tę, no… Dirijję (ciągle nie mogę zapamiętać tej nazwy). Jej historyczna część, Turaif, jest interesująca, chociaż trochę to miejsce dla koneserów – wszystkie te gliniane domy są tak podobne do siebie, brak tu zdobień i innych ciekawych architektonicznych elementów. Ale ogólnie fajne miejsce. Chociaż budynki są stare, wszystko zostało odnowione. A gdy się chodzi po chodnikach wykonanych z eleganckich płytek, ogląda świeżo wytynkowane czy odmalowane pomieszczenia z instalacjami elektrycznymi i klimą, to czuje się, że to wszystko jest takie mało "original"… Okej, zwiedziłem.

Opuszczam teren średniowiecznego miasta i kieruję się ku widocznym w oddali murom miejskim. Niestety, u stóp miasta rozłożyła się jednostka wojskowa, muszę nadłożyć drogi. Wkraczam do współczesnej Al-Dirijji i po 20 minutach marszu dochodzę do miejsca oznaczonego na mapie znakiem listy światowego dziedzictwa UNESCO. To fragment murów miejskich z bardzo charakterystycznymi blankami i podestem, z którego strażnicy mogli obserwować wroga, a obrońcy odpierać jego ataki. Siadam sobie w cieniu tego historycznego muru i zjadam parę herbatników, dzieląc się okruszkami z mrówkami.

Zastanawiam się jak tu wrócić do miasta tanim kosztem. Na pierwszym odcinku drogi nikt się nie zatrzymuje, na drugim również; na trzecim odcinku zatrzymuje się jakiś facet, ale odpuszczam, bo niedaleko skręca do jakiejś nieznanej mi miejscowości. Za ślimakiem na obwodnicy idzie mi lepiej. At-Turaif

Zabiera mnie 25-latek, ma na imię Shari i jest bardzo sympatyczny. Mówi, że zawsze marzył, by pojechać do Bolandy. Potrzebuje tylko invitation do Polski… Od razu mi się przypomniał mój Bambo z Senegalu, który oczywiście był "teacherem" i chciał, żebyśmy mu załatwili wizę do Europy. Albo przynajmniej kupili bilet na samolot. A ostatecznie dali gotówkę na bilet…

Teraz jest odwrotna sytuacja.

– Pokryję wszystkie koszty, jeśli będziesz miał wydatki przy zaproszeniu.

– Wiesz, nie znam w tej chwili procedur, muszę się dowiedzieć.

– Ja nie mam dużej historii podróżowania, łatwo wizy Schengen nie dostanę.

No, dobrze. Kombinuj, kombinuj.

– Wiesz, w Polsce jest dużo lasów, jezior… Może ci się spodobać. Ale w Europie jest dużo więcej ciekawych państw. Jeśli tam nigdy nie byłeś, to może lepiej zacząć od Włoch lub Hiszpanii. Te kraje są bardziej interesujące niż Polska. Piękne miasta, mnóstwo zabytków…

– Ale ja zawsze myślałem o tym, by pojechać do Polski…

Cóż odpowiedzieć na takie dictum…?

– A ile kosztuje wynajęcie samochodu w Polsce? – chłopak przechodzi do konkretów.

– Około 50 dolarów za dzień, ale to zależy od samochodu – strzelam – nie znam się na tym, bo nie wynajmuję auta w Polsce.

– Aha. A ile kosztuje hotel? Taki średni. Nie najgorszy, ale też nie najdroższy.

– Taki trzygwiazdkowy? – podpowiadam – Koło 40, 50 dolarów. Za dwójkę.

– A lotnisko jak daleko jest w twoim mieście?

– Czy ja wiem? Około 10 kilometrów…

– Tak blisko?! To ja wynajmę samochód na lotnisku i przyjadę do twojego domu.

– A!!! Dobrze – mówię i śmieję się w duchu.

Ale to nie koniec snucia wizji przez mojego nowego przyjaciela.

– Można od ciebie pojechać autobusem do innego kraju?

A, tu cię mam! To chcesz do Polski czy gdzie indziej?

– Można. Są autobusy, są pociągi do Berlina i do innych krajów.

– Ale samochodem też można. To pojedziemy samochodem gdzieś.

– Dobrze. Ale to dosyć odległa sprawa, zobaczę, jak będzie z moim urlopem i tak dalej. Pogadamy na WhatsAppie. Ale najpierw zaproszenie.

Shari ma brata, który mieszka w Chicago, a teraz właśnie przyleciał do Arabii Saudyjskiej i jedzie go odwiedzić. A w ogóle to chyba on nie wygląda na Araba, pytam skąd jest.

– Jestem z Indii. Mieszkałem w Hajdarabadzie. Znasz?

Ech! Hajdarabad, ukochane miasta Ryśka, który jeździ ze swoją żoną wyłącznie na wczasy, ale raz się załapał na wyjazd służbowy do Hajdarabadu i przeżywa do tej pory te Indie.

Ja się zastanawiam, czy powinienem wszystkim podawać ty moje WhatsAppy, ale zawsze przecież mogę ich potem pokasować, poblokować. Spoko. Zawsze mogę przerzedzić te kontakty.

Chłopak zaczyna mnie namawiać na restaurację hinduską, jest gdzieś tu, w pobliżu. Nie mam ochoty, mówię, że jadę teraz do mojego hosta, znajdę sobie później jakąś restaurację.

– Wyrzuć mnie tutaj – proszę, gdy znajdujemy się już w pobliżu.

– Nie, bo na twojej mapie ten host mieszkał gdzie indziej – zauważa spryciarz.

Podrzuca mnie pod samą knajpę Sumana, żegnamy się. At-Turaif -pałac

Pytam o mojego hosta. Podobno jest u siebie, brama jest otwarta, ale nie za bardzo chce mi się wstępować na górę. Pomyślałem sobie: pójdę do parku, położę się na trawie, odpocznę, przeczekując największy skwar. Idę, ale jakiś facet leci za mną, jak się okazuje, kuzyn Sumana. Wkłada palce do buzi, pokazując, żebym coś zjadł. Okej, zawracam, nie wypada odmawiać. Przynoszą mi cieplutkie jedzonko w styropianowym pudełku. Zapewne podgrzali to, co mi przygotowali na śniadanie. W porządku, dziękuję. Kuzyn przynosi wodę, nalewa mi do szklanki niczym kelner w Sheratonie, potem otwierają butelkę pepsi. Czuję się jak jakiś nabab. Oczywiście, tylko ja mam tutaj łyżkę, obok siedzi kilku miejscowych, jedzą ryż palcami. Kurczę! Gość ugniata ryż tak , jakby wyrabiał ciasto i potem ciach! do buzi. Palce ma wysmarowane tłuszczem, dłonie ma wysmarowane – niemal do łokci. No, ja nie mogę! Ale okej, co kraj to obyczaj. Tu obsługa rozkłada kawałek folii przed klientem, w ten sposób nie pobrudzi się ceratki, która jest pod spodem, nie trzeba będzie stołu ścierać brudną ścierką, po której zostałyby smugi. A tak – to pełna kultura jest! Na folii kładzie się talerze i kubki. Gdy dostaje się chlebowe placki, to kawałkiem chleba nabiera się ryż niczym szuflą; gdy nie ma chlebka – ryż ugniata się w kulkę palcami i do buzi! Ale wcześniej powinno się umyć ręce, trzeba o tym pamiętać przy siadaniu do posiłku. Jak się trafi kawałek mięsa z kością, trzeba kosteczkę wyciągnąć. Nie odkłada się jej na brzeg talerza, tylko rzuca na rozłożoną folię, potem obsługiwacz zbiera talerze, a wszystko, co znajduje się na folii, razem z kubkami jednorazowymi, zwija w zawiniątko i wywala. Następny proszę.

Zjadłem. Na koniec mówię, że chcę zapłacić za posiłek.

– Nie, nie! – kuzyn kręci głową.

– Ale ja chcę zapłacić!

– Nie, nie!

– Ja zapłacę…

– Nie, nie, następnym razem.

No, dobrze: trzy razy prosiłem, trzy razy odmawiali. Procedury arabskie zostały dopełnione, dziękuję i wychodzę. Przede mną Crown Plaza Riyadh Palace. Kilkunastopiętrowy budynek w nowoczesnym stylu z olbrzymim półokrągłym podjazdem, zdaje się jeden z lepszych hoteli w tym mieście. I wystarczająco dobry, by sobie usiąść w cieniu drzew przed podjazdem, odpocząć i coś zjeść. Kończę moją podróż. Jest już czwartek, jutro wracam do Europy. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze jutro na lotnisku. Te kwestie transportowe w dużych miastach są dla mnie największym problemem. Wciąż władze różnych miast nie mogą sobie poradzić z organizacją komunikacji publicznej, w szczególności z zapewnieniem transportu publicznego między miastem a lotniskiem. Tu, w Rijadzie, od kilku lat buduje się metro, jedna z linii ma połączyć centrum z lotniskiem. Zapewne całość powstanie szybciej niż pierwsza linia metra w Warszawie. Ponoć ma być otwarte jeszcze w tym roku. Oczywiście nie wszędzie te dojazdy na lotniska są takie trudne: w Krakowie – wiadomo: banał, w Warszawie na Okęciu – podobnie. Łatwy dojazd to znaczy tani, bo przecież zawsze i wszędzie są dostępne taksówki. Ale dla mnie przynajmniej to zawsze ostateczność. W Bandżulu musiałem z Oskarem brać taksówkę w nocy, gdyż faktycznie, mimo naszych prób, nie udało się niczym innym dojechać na kemping. W Mendozie podłączyłem się z Małgosią do taksówki wziętej przez tubylca. Też było późno, a chcieliśmy już dostać się do hostelu. Natomiast miło wspominam dojazd w Tbilisi na lotnisko ¬– za jednego lari. Zdarzało się czasem, że ktoś nas podrzucał za darmo na lotnisko (Auckland) lub szedłem na lotnisko na piechotę: przykładowo w Luksemburgu z Sergiuszem mieliśmy dość czasu na dwugodzinny spacer, a parę dni temu odlot z Abhy poprzedziłem 8-godzinnym trekiem po okolicznych wioskach. Mam nadzieję, że jutro jakoś mi pójdzie. At-Turaif - studnia

Idę do Murabba Palace. Nie mam dostępu do Google Maps. A moja mapka z Lonely Planet jest niedokładna. Ciężko mi się zorientować w ulicach, bo co druga ulica ma imię jakiegoś króla, a tych króli tutaj mieli w cholerę. A jak nie imię króla to syna króla lub księcia. Chodzę więc po dzielnicy, pytam o drogę różnych ludzi. Kręcą mapką w swoich smartfonach na wszystkie strony, tam, gdzie się zatrzyma, taki kierunek wskazują. No, okej, nie wszyscy muszą znać się na mapach, ale miejscowi powinni wiedzieć, gdzie są najważniejsze zabytki w ich mieście. Zwłaszcza że nie mają ich zbyt wiele. Chociaż… w Krakowie też nie znam lokalizacji wszystkich kościołów. Czy ja, na przykład, wiem, gdzie jest kościół św. Szczepana? No, to akurat wiem, ale niekoniecznie dotyczy to wszystkich kościołów. Tu akurat są tylko dwa ważne forty: Masmak i Murabba, czasem im się mylą, więc pokazują mi przeciwny kierunek. Widzę właśnie miejscowego w białej kiecce i laptopem w ręce, wygląda na biznesmena. Pytam o Murabba Palace.

– Which hotel? Which hotel? – powtarza jak katarynka.

Dżizas, gościu, pytam cię o pałac, nie hotel. A on znów swoje…

Zostawiam go i przechodzę przez ulicę. Jakiś samochód próbuje mnie przejechać. Moment! Przecież masz czerwone światło, co za ludzie! Jest na środkowym pasie, ma czerwone światło i skręca w lewo.

Momentami czuję, że mam dość tej Arabii Saudyjskiej, a po chwili zdarza się coś takiego, że odzyskuję wiarę w tych ludzi. Oczywiście, zapytany przez miejscowych, co mi się tu podoba, zawsze odpowiadam tą samą śpiewką, że są tu mili ludzie, pomocni, gościnni i tak dalej. Bo to wszystko prawda! Tak jest, ale zawsze się zdarzają jakieś czarne owce albo jacyś inni niezbyt fajni ludzie, którzy przekreślają te moje pozytywne odczucia. Jak to mówią, jedna łyżka dziegciu potrafi zepsuć smak beczki miodu.

Widzę gościa w białej galabiji i kefiji, siedzi w eleganckim samochodzie. Myślę sobie, może coś więcej kuma.

– Salam alejkum, mówisz po angielsku?

– Alejkum salam, oczywiście.

Przedstawiam problem, pokazując mu mapkę z Lonely Planet. Saudyjczyk odnajduje pałac na swojej mapie Google i pokazuje kierunek.

– Ale tam jest północ – zauważam.

– No tak! – poprawia się i zmienia kierunek na przeciwny – Zgadza się, trzeba iść na południe.

Tyle to ja wiem. Proponuję, żeby pokazał mi na mojej komórce tę lokalizację. Po pięciu minutach poddaje się.

– Wiesz co? Ja cię tam zawiozę.

– Ależ nie trzeba, dziękuję.

– Nie ma sprawy, ja jadę w tamtym kierunku…

Po drodze pyta się, czy dobrze mi się tutaj jeździ. Wyjaśniam, że podróżuje budżetowo.

– Podoba ci się tu?

– Bardzo!

Ot, taka gadka. Na koniec mówi, żebym mu przysłał jakieś zdjęcia.

– Jakie zdjęcia?

– Takie, jakie ci się podobają, ładne.

– No, ale chyba nie widoczki z Rijadu?

– Które chcesz.

– Wiesz, ja nie jestem profesjonalnym fotografem, mam zwyczajne zdjęcia.

– Nie szkodzi, zobaczę, co ci się podoba.

Okej, prześlę ci fotki polskich dziewczyn.

– Jak masz na imię? – pytam, by nie pomylić tych kontaktów na WhatsAppie.

– Sari.

– Dobrze, dostaniesz zdjęcie, Sari.

Podjeżdżamy pod muzeum narodowe. "Co jest grane?" – myślę sobie – "Tu już byłem!". Strażnik jednak tłumaczy, że trzeba przejść przez muzeum, pałac jest po drugiej stronie. Żegnam się z Saudyjczykiem. Rijad:  Murabba Palace

Mijam jakiś budynek, w podziemiach którego widoczne są eleganckie zabytkowe samochody, przechodzę przez plac z bawiącymi się dzieciakami. No i w końcu jest mój pałac. Strażnik pyta, czy mam aparat. Tak, mam.

– To dobrze, bo możesz robić zdjęcia, ale nie filmować komórką.

– Dobrze, proszę pana.

– I żebyś niczego nie dotykał.

– Dobrze, proszę pana.

– I nigdzie nie siadał.

– Tak, proszę pana.

Dżizas! Obiecuję, że będę zwiedzać z zamkniętym oczami.

Pośrodku dwukondygnacyjnego budynku na planie kwadratu znajduje się dziedziniec z wysoką palmą i papugą, którą wypatrzyłem gdzieś na jej czubku. Zwiedzam pałac systematycznie, zaglądając do wszystkich pomieszczeń. Większość z nich jest pusta, ale jest też trochę wyposażonych w eleganckie mebelki; na stołach i półkach trochę pamiątek po właścicielach. W jednym z pomieszczeń znajdują się piękne stoły i wyścielane krzesła, wygląda to jak sala balowa. Oczywiście, żadne tu bale nie odchodziły, raczej jakieś rodzinne nasiadówki. Inny duży pokój wyłożony jest dywanami, rozłożone pufy zachęcają do odpoczynku. Rozsiadam się wygodnie i tak spędzam kwadrans, chłonąc atmosferę tego miejsca. Całość jest w miarę interesująca, chociaż nie ma jeszcze 80 lat. Pałac zbudował sobie król Abdul Azis w 1946 roku. Widocznie dorobił się na wojnie, sprzedając ropę naftową odkrytą na półwyspie w 1938 roku.

Przysiadam na chwilę na dużym placu z myślą, że może pofotografuję ludzi. Jest jednak dość ciemno, robienie zdjęć jest więc utrudnione. Miejscowi piknikują sobie, rozmawiają, spacerują. A dzieci, jak to dzieci, biegają, krzyczą, jeżdżą na rowerkach i grają w piłkę.

Wracam do domu Sumana. Ulice Rijadu ożywiły się. Jak w wielu tropikalnych i gorących miastach, życie towarzyskie zaczyna się dopiero wieczorem. Chociaż… tu w Arabii Saudyjskiej o życiu towarzyskim – przynajmniej w znanym nam sensie – trudno mówić. Młodzi ludzie nie pójdą do klubu na tańce (a przecież jutro mają dzień wolny!), znajome małżeństwa nie spotkają się w knajpie. W dzielnicy imigranckiej na ulicach spotykam mnóstwo ludzi. Niektórzy ubrani w odblaskowe kamizelki, widać, wracają do domów po całym dniu pracy. Grupują się pod knajpkami, rozmawiają, śmieją się. Ci robotnicy z pięciu krajów imigranckich wzbudzają moją sympatię: są młodzi, wyglądają nieco chłopaczkowato. To nie jest taki dobrze zbudowany Polak z kluczem francuskim, który naprawia coś we Francji, czy też wyrośnięty dekarz z Podhala, który w Wielkiej Brytanii i układa dachówki. Te małe chłopaczki wzbudzają sympatię wymieszaną ze współczuciem. Nie zazdroszczę tym imigrantom ich życia. Pewno, że mają tu lepiej niż u siebie, ale ten status podrzędnego mieszkańca kraju jest dla mnie trudny do zaakceptowania. Zapychają tutaj od rana do nocy, żyją samotnie, bez rodzin i kobiet (są tu kobiety z Filipin, ale wiadomo, że nie o to chodzi), gnieżdżą się po kilku w jednym pokoju wynajmowanym przez Arabów, wieczorem idą do swojej narodowej lokalnej knajpy: Pakistańczycy do pakistańskiej, Hindusi do hinduskiej, zjadają jedzonko przygotowane przez swych ziomków.

Tak naprawdę to szkoda gadać. Ja wiem, że niektórzy potem wrócą do domu z mniejszą lub większą kasą, ale co oni mogą zrobić w tym swoim Bangladeszu czy Pakistanie? Wrócą do swojej wiochy, do swojego miasta, ożenią się, zbudują jakąś chałupkę lub tylko ją wyposażą, może kupią samochód? Pewno tak. Nie zazdroszczę im absolutnie.

Czy chciałbym tu powtórnie przyjechać? Ta przygoda z kierowcą wiozącym mnie z lotniska bardzo mnie jednak zdołowała. Poczułem niechęć do Arabii Saudyjskiej. Oczywiście, większość ludzi spotkanych była okej, ale trafiały się przykre sytuacje. Moje odczucia od tamtego momentu są bardzo ambiwalentne. Jeżeli miałbym tu wrócić, to głównie z tego powodu, że mam wizę kupioną na rok i trzeba byłoby ją powtórnie wykorzystać. Być może dla zwiedzenia północnych regionów, w tym Al-'Ula i Mada'in Salih lub jako przystanek do innego kraju, np. Kenii. To jest jakiś pomysł.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej