Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Abha – wioski k/Abha

wtorek, 14 III 2023


"Chcesz tu spać?" | Posępne krajobrazy | Wódeczkę? Proszę bardzo! | Imigranci budują Saudyjczykom wielkie domy | Podglądanie przyrody | Wędrówka dobiega końca


Abha - meczet

Dziś będzie dzień nieco odmienny od pozostałych – idę na lotnisko. Zabawnie to może brzmi, ale postanowiłem przeznaczyć ten dzień na dotarcie w okolicy lotniska w Absze. Lot mam jutro o 7:25, nie znalazłem taniego hotelu przy lotnisku, mam nadzieję, że trafi się w pobliżu jakieś odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu. Jedyny szkopuł to okoliczność, że lotnisko znajduje się od mojego hotelu w odległości około 30 kilometrów. Nie chcę podjeżdżać okazją, wolę poznać okolice Abhy: przejść się po wioskach, poszukać starych glinianych budynków i wież strażniczych, zobaczyć, jak wygląda życie lokalsów. Może trafi się kawałek pustyni, może będzie okazja sfotografować przyrodę. Jedyne, co mnie niepokoi, to pogoda. W nocy zbudziłem się koło 5:00, wyjrzałem za okno; było sucho, ale z prognozy pogody wynika 60-procentowa szansa na deszcz, zwłaszcza po południu i niemal pewne opady w nocy. Rano dość długo schodzi mi przy pakowaniu plecaka. Ale nie spieszę się aż tak, mam kilkanaście godzin czasu na wędrówkę. Zjadam jeszcze dwie ostatnie chińskie zupki, pół czekolady i popijam kawą. Anuluję noclegi u dwóch hostów w Rijadzie. Odpowiedzieli oni jako pierwsi na moje zapytanie, ale od razu zaznaczyli, że nie są pewni, czy będą w tym czasie w Rijadzie. Rozumiem to, ale trudno oprzeć się na takich hostach, którzy nie są pewni. Dodatkowo od jednego z nich parę dni temu otrzymałem info, że ma lot po południu w dniu, w którym ja przylatuję do stolicy. A przecież potwierdził dwa noclegi(!). Wyruszam dopiero po 8:00. Pierwszy odcinek prowadzi przez północne dzielnice Abhy i nie należy do zbyt ciekawych. Przed sklepami stoją mężczyźni. Ciepło ubrani, drepczą w miejscu lub kucają. To w większości Pakistańczycy lub mieszkańcy Bangladeszu. Być może czekają na ofertę pracy. Jeden z kierowców skarżył się, że zarabia tylko 3.000 SAR miesięcznie. Ci, których widzę na ulicy, mają chyba gorzej. Powoli opuszczam miasto, właściwie to nie wiem, gdzie przebiega jego granica. Dla mnie jest to umownie obwodnica. Zanim ją przetnę, zaglądam do lokalnego meczetu. Jest dość nowoczesny, można by nawet powiedzieć – współczesny. Wewnątrz pusto, nie licząc paru cudzoziemskich robotników naprawiających instalację elektryczną. Mihrab w tym meczecie jest bardzo skromny, natomiast główny żyrandol – imponuje. Ale, generalnie szału nie ma. Zwykły, typowy meczet. Siadam, jak zwykle pod kolumną, i zatapiam się w myślach. Moja pochylona sylwetka wzbudza zainteresowanie młodego mężczyzny.

– Czy chcesz tu spać?

– Nie, chciałem tylko posiedzieć chwilę – odpowiadam.

– Co tu robisz? – dopytuje.

Tłumaczę, skąd jestem i że podróżuję po kraju.

Gdy wychodzę na zewnątrz, mgła na chwilę odsłania minarety. Szybko robię zdjęcia i ruszam dalej. Okolice Abhy - kamienny dom

Jak okiem sięgnąć na okolicznych wzgórzach rozciągają się osiedla – aż po horyzont. Gdy tak rozglądam się wokół, przychodzi mi do głowy jedna myśl: chaos! Tu nie ma mowy o jakiejś zwartej zabudowie, w planowaniu przestrzennym, urbanistyce. Niektóre wzgórza są całkowicie zabudowane, na innych stoi tylko parę dużych bloków. Na szczytach jednego czy dwóch dostrzegam wielkie zabudowania przypominające pałace w Radżastanie.

Spada parę kropli deszczu i wzmaga się wiatr. Szybko naciągam ortalion, nie chcę znów przemoknąć. Tym razem rzeczy w plecaku są zapakowane w worki foliowe. To jednak fałszywy alarm. Wiatr rozgania chmury, ale z dolin wypełza mgła, przesłaniając świat. Powinienem się w końcu do tego przyzwyczaić, wszak Abha zyskała przydomek "Miasta Mgieł"… Zdążyłem jeszcze dostrzec kilka tradycyjnych kamiennych domów na wzgórzu, nim zniknęły w gęstej mgle. Kieruję się w ich stronę. Na razie przechodzę przez mało ciekawe współczesne osiedle. Na ulicach nie ma nikogo: ani przechodniów, ani samochodów. I gdyby jakiś mieszkaniec akurat wyjrzał przez okno i mnie zobaczył – zapewne by się zdziwił, widząc białasa w tak nieturystycznym miejscu. Podobnie zresztą jak mieszkaniec białostockiej wsi – spotykając pod domem Murzyna lub Chińczyka.

Teraz czas na tradycyjne domy. Mają trzy kondygnacje, lekko pochyłe ściany wykonane z szarych bloków kamiennych. Okna są niewielkie z namalowaną wapnem obwódką wokół. Drzwi wejściowe są nieco uchylone, napieram ramieniem, ale czuję, że są zablokowane od wewnątrz. Trudno, nie wejdę. Mogę tylko przyjrzeć się drobnym wzorkom wyrzeźbionym przez lokalnego snycerza w grubym skrzydle drzwi. Sąsiedni budynek nie zachował się w tak dobrym stanie, część ścian kamiennych runęła, dach zapadł się do środka. W pobliżu znajduje się też kilka domów o konstrukcji mieszanej z kamiennym parterem i glinianym piętrem. Wszystkie te domy stoją na wzgórzu, a zasnuwająca je co chwilę mgła nadaje całości posępny wygląd. Stoję tak niczym bohater obrazu Der Wanderer über dem Nebelmeer pędzla niemieckiego romantyka Caspara Davida Friedricha. Świetna sceneria do filmu o duchach.

Po drugiej stronie doliny, wśród ogrodów i poletek, dostrzegam kolejną wieżę i tradycyjny gliniany budynek. Postanawiam tam podejść. Dostęp jest jednak poprzez jakieś gospodarstwa i warsztaty, odpuszczam. Jeszcze nie raz je zobaczę. Okolice Abhy - saudyjska chatai

Dopiero teraz przekraczam obwodnicę. Po prawej mijam spore zbocze z gigantycznymi głazami. Teren jest ogrodzony wysokim płotem, z tym większą ciekawością podchodzę do tablicy ostrzegawczej. Jest to obszar wykopalisk archeologicznych. Prawdopodobnie w początkowej fazie eksploracji, bo nigdzie nie dostrzegam śladów ludzkiej działalności: ani tej sprzed tysiącleci, ani tej dzisiejszej. Po chwili jednak zauważam oznaki współczesnej aktywności i to jakże specyficzne! Bo oto przechodzę na drugą stronę drogi i tu, wśród podobnych skał, znajduję pustą litrową butelkę po wódce. Etykieta "King Robert II Vodka Triple distilled" nie pozostawia wątpliwości, czym się tu raczono. Zakaz spożywania alkoholu w krajach muzułmańskich jest, jak wiadomo, dość powszechny, ale w różnym stopniu przestrzegany zarówno przez rządy jak i samą ludność. Pamiętam, jak poznany Irańczyk opowiadał, że z dostępem do alkoholu nie ma problemu – pod warunkiem, że się wie, do kogo zwrócić. Gdy następnego dnia prezentuję zdjęcie tej butelki mojemu hostowi w Rijadzie, ten mówi: "No pewnie, można kupić, jeśli się chce". Niekiedy te zakazy nie obejmują alkoholi niskoprocentowych: piwa lub wina albo też produkcja i sprzedaż są dopuszczalne ze względów na tradycję lub region. Tak było przykładowo w zamieszkanej przez chrześcijan syryjskiej Malouli, gdzie bez problemu, oficjalnie można było kupić miejscowe wino. Podobnie powszechnie było produkowane i spożywane wino palmowe przez mieszkańców wiosek w Gwinei-Bissau. Tu, w Arabii Saudyjskiej, restrykcje są bardzo silne, a przede wszystkim można się spodziewać surowych kar. Produkcja i handel i spożywanie alkoholu podlegają karze publicznej chłosty, grzywny lub długiego więzienia, któremu w niektórych przypadkach towarzyszy deportacja. 90-procentowy destylat ze sfermentowanej słodkiej wody, zwany pieszczotliwie Siddique, czyli "moim przyjacielem", jest dostępny na czarnym rynku. Trunek ten jest sposobem na życie dla wydobywających ropę ekspatów, daje im pocieszenie w surowym klimacie pustyni Bliskiego Wschodu. Ponoć nie ma nic lepszego niż relaksujący napój alkoholowy pod koniec długiego, ciężkiego dnia w pustynnym słońcu. Jeden z kierowców, z którym jechałem, wspominał, że wielu turystów rezygnuje przyjazdu do jego kraju, gdyż, jak to określił, "nie mogą wytrzymać bez alkoholu". Nie sądzę jednak, by tę znalezioną przeze mnie butelkę opróżnili turyści.

Wzgórze, na które się teraz wdrapuję, pokryte jest wielkimi głazami i prawie pozbawione roślinności. Fotografuję kwitnące suchorośla, cierniste krzewy i agawy. Silny wiatr skłania mnie do zejścia z odsłoniętego terenu i ruszenia w dalszą drogę. Pogoda nieco się poprawia, blade słońce wychodzi zza chmur. Okolice Abhy - gliniana wieża

Dwa kilometry dalej widzę kilka tradycyjnych glinianych i kamiennych budynków, kieruję się więc w ich stronę. Mam teraz okazję przyjrzeć się dokładniej tej architekturze w świetle dnia. To, co się rzuca w oczy, to, przede wszystkim, zwężająca się ku górze sylwetka murów. Nie jest to wyjątkowe rozwiązanie, z takimi budowlami spotykałem się zarówno na Wyżynie Tybetańskiej jak i w inkaskim Machu Picchu. Ja już wcześniej opisywałem, tutaj budynki wykonane są albo w całości z wielkich głazów z grubsza tylko ciosanych, albo z cegieł glinianych formowanych wcześniej w drewnianych skrzynkach. Spotyka się też konstrukcje mieszane: kamienno-gliniane z podstawą wykonaną z kamienia i wyższymi glinianymi partiami.

Podobnie jak w architekturze tybetańskiej, okna i drzwi są obramowane białym kamieniem lub tylko wymalowane na biało. Mury w narożnikach zwieńczone są niewielkimi, często pomalowanymi na biało, szpicami, które nadają niepowtarzalny styl budynkom w regionie Półwyspu Arabskiego. Jednakże najbardziej charakterystyczną cechą odróżniającą saudyjską architekturę od tych, które wcześniej widziałem, są wbudowane w zewnętrzne ściany płytki z łupku, tworzące wystające okapy. Te biegnące wzdłuż ścian okapy mają nie tylko funkcję dekoracyjną, ale – jak się domyślam – zabezpieczają gliniany mur przed degradacją podczas opadów. Gdy uważnie rozglądam się po okolicy, widzę, iż tych budynków jest tu całkiem sporo. Wyeksponowane na wzgórzach lub w skryte w dolinach tworzą czasem skupiska, a czasem stoją w odosobnieniu. Zanim podejdę do kolejnych tradycyjnych domów w sąsiedniej wiosce, przechodzę przez współczesne osiedle. Tu architektura jest, rzecz jasna, całkiem inna. A to, co rzuca się w oczy i robi wrażenie, to nie tyle styl, który można określić jako "mieszany" (złośliwi powiedzą: "nijaki), ale wielkość tych domów budowanych dla saudyjskich rodzin. Tu budynki "jednorodzinne mają po 4 piętra i lekko licząc po kilkadziesiąt pokoi. Mieszkają w nich zapewne rodziny wielopokoleniowe wraz ze służbą. Za wysokim murem otaczającym posesję można czasem dostrzec kilkoro drzwi prowadzących do różnych części domu.

Dochodzi 11:00, w drodze jestem od paru godzin, nie odczuwam specjalnego zmęczenia, a pogoda się utrzymuje, chociaż niebo wciąż zachmurzone. Do lotniska w linii prostej zostało mi około 10 km, ale swoją trasę wyznaczyłem "od wioski do wioski", więc dystans się podwaja. Czasem, by dojść do interesującego miejsca, muszę nadłożyć drogi, bo nie wszędzie da się przejść w miarę łatwo. Właśnie dotarłem do kolejnej grupy gliniano-kamiennych domów w wiosce Al-Mozvin. Są częściowo zrujnowane i nie wyglądają na zamieszkałe. Obok stoją wypasione rezydencje Arabów. Sądzę, los tych starych budowli jest przesądzony: nikt nie lubi mieszkać w brzydkim otoczeniu.

Poczułem w tym momencie lekkie znużenie oglądaniem tych domów: są podobne do siebie, potrzeba mi czegoś nowego! Ale przecież nie widoków budowanych osiedli, które widzę parę kilometrów dalej. To olbrzymie inwestycje z betonu i pustaków. Na niektórych z budów uwijają się pakistańscy lub hinduscy robotnicy, inne, ze sterczącymi w niebo prętami zbrojeń na najwyższej kondygnacji, wyglądają na porzucone. Pomiędzy kwartałami tych bloków i domów biegną osiedlowe drogi. W przeciwieństwie do polskich osiedlowych ulic tutejsze mają często po cztery pasy i szerokie pobocza. I są praktycznie puste! Gdy wychodzę na otwartą przestrzeń, widzę wokół tysiące domów na wzgórzach. Są to dwu- trzy- i czteropiętrowe z białymi zbiornikami na wodę umieszczonymi na dachach. Chociaż osiedla są kolorowe – fasady w kolorze beżowym, pomarańczowym, szarym lub popielatym, to brak zieleni: drzew, a choćby trawy, sprawia, że całość budzi we mnie przygnębiające odczucia: to betonowa pustynia. Zieleni mi trzeba! Asir - wróbel złocisty

Pół godziny później moje potrzeby zostają częściowo zaspokojone. Trafiam na nieużytki porośnięte suchoroślami, krzewami i z rzadka drzewami. Pośrodku tej niezabudowanej przestrzeni wznosi się samotna gliniana wieża. Słońce właśnie wychyliło się zza chmur, wykorzystuję więc moment, by uwiecznić ten fotogeniczny krajobraz. Przyglądam się też małym krzewinkom i krzaczkom. Zwracają uwagę te obsypane niewielkimi, żółtymi owocami. To psianka szara (Solanum incanum L.), ruderalna roślina dość rozpowszechniona w podzwrotnikowej strefie klimatycznej Afryki i Azji. Na niektórych krzakach wciąż wiszą zeszłoroczne pomarszczone i zbrązowiałe od słońca owoce. Nie dziwię się, gdyż owoce są niejadalne zarówno dla ludzi jak i zwierząt. Fotografuję również drobne żółte kwiatuszki, a później skupiam się na obserwacji ptaków, których śpiewy i gwizdy towarzyszą mi przez całą wędrówkę. Muszę powiedzieć, że dwukrotnie zdarzyło mi się być na ptasim "safari" z lokalnym przewodnikiem. To pierwsze "bird watching" miało miejsce w parku narodowym Chitwan w Nepalu. Wspomnienie poniekąd zabawne: miejscowy chłopak z atlasem ornitologicznym w ręku próbował oznaczać miejscowe ptaki. Za drugim razem podziwiałem chłopaka w PN Kiang West w Gambii, którego fenomenalny wzrok pozwalał na wypatrzenie ptaków. Ja osobiście zawsze mam satysfakcję, gdy uda mi się zaobserwować, a przede wszystkim sfotografować zwierzęta w naturalnym środowisku, w tym wypadku ptaki. Zwłaszcza cieszy mnie "ustrzelenie" dużego lub kolorowego okazu. Wówczas jestem wniebowzięty! Zachwycam się widokiem zimorodka siedzącego na gałęzi, pelikana w locie, brodzącego flaminga z głową zanurzoną w płytkiej wodzie, kolibra, który zawisł nad kwiatem, płynących gęsiego kaczek, łabędzi wyginających dostojnie swe szyje, szybującego orła lub jastrzębia. Tu, w Arabii Saudyjskiej, do tej pory widziałem jednak tylko drobne, pospolite ptactwo: wróble, jeżyki i gołębie.

Ale oto na odległej akacji coś się poruszyło, błysnęło żółtą barwą. Zbliżam się powoli, ustawiając zoom mojego aparatu na maksymalne zbliżenie. Niewielki ptaszek jest prześliczny. Jest żółto upierzony, wręcz cytrynowy z brązową główką. Staję dziesięć metrów od drzewa, obserwuję i fotografuję. Obok znajduje się kołyszące się na wietrze gniazdo utkane z trawy. W dolnej części ciemnieje otwór wejściowy. Nie wiem, czy to domek żółtego ptaszka czy jakiegoś innego. Później uda mi się zidentyfikować moją fotograficzną zdobycz jako… wróbla. Jest to, co prawda, występujący tu endemicznie wróbel złocisty (Passer euchlorus), ale pewne uczucie niedosytu czy wręcz rozczarowania się pojawiło. Zachęcony tym spotkaniem, idę dalej, uważnie się rozglądając w poszukiwaniu ciekawostek przyrodniczych. Udaje mi się jeszcze sfotografować synogarlicę budującą gniazdo i parę zwykłych wróbli żerujących na drzewie lub krzewach. Asir - psianka szara

Jest już 15:40, siódma godzina mojej wędrówki. Czuję niewielkie zmęczenie, gdy więc dochodzę do parku w kolejnej miejscowości i widzę soczysty trawnik – rozkładam ortalion i kładę się na 10 minut. Po niebie płyną obłoczki, słońce czasem się pojawia, czasem znika za chmurami, generalnie jest sielsko. Zewsząd dochodzą mnie głosy nawoływań muezinów – czas na popołudniową modlitwę. Kilkadziesiąt metrów ode mnie trzydziestolatek rozłożył koc i się modli. Ciąg dalszy wędrówki i kolejne miasteczko. Poczułem w końcu głód, zaglądam do pierwszej spotkanej knajpki po drodze. Jest całkiem pusto, pytam, czy coś dostanę do jedzenia. Biorę ryż z warzywami i siadam się na pokrytym dywanami podwyższeniu. Chłopak rozkłada folię i zostawia talerze z jedzeniem. Ryż jest wyjątkowo długi, podany z jakimiś ziołami. Do tego, jak zwykle, warzywa. Nie są to wyszukane posiłki, ale porcje są na tyle duże, że wystarczają, by przeżyć. Zresztą mam wciąż jeszcze sześć czekolad i zapas orzeszków arachidowych.

Jestem już zaledwie parę kilometrów od lotniska, więc uważnie rozglądam się za ewentualnym miejscem na rozbicie namiotu. Z mapy wynika, że tuż przy lotnisku jest park z wiatami i tam kieruję swe kroki. Teren okazuje się ogrodzony i, jak tłumaczy mi pracownik, jest zamykany o północy. Drugi teren zielony obok lotniska jest również ogrodzony i niedostępny. Na szczęście pomiędzy parkingami jest sporo trawników otoczonych drzewami. Rozkładam się pod jednym z nich. Noc jest zimna, muszę ubrać dodatkowe ciuchy.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej