Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Dżedda o poranku | Zachwycam się architekturą tradycyjnych domów | Saudyjczyk naprawia mi komórkę | Khalid oprowadza mnie po mieście | Kawa po arabsku | Nieoczekiwana zmiana planów | Flagowe zawody
Dziś mam jeden tylko priorytet: odzyskać komórkę. Wszystko inne traci na znaczeniu. To śmieszne: jeszcze nie tak dawno mogłem sobie pozwolić na życie bez komórki, śmiałem się z ludzi uzależnionych od smartfonu. A teraz czuję się bez niej jak bez ręki. Oczywiście, dotyczy to konkretnych okoliczności. Dawniej jeździłem z przewodnikiem i mapkami, korzystałem z kafejek internetowych, które poznikały w dobie powszechnego dostępu do internetu. Nie latałem tanimi liniami, w których trzeba się wcześniej odprawiać przez komórkę. Zwyczajnie zmieniły się okoliczności podróżowania, musiałem dostosować się do nowych warunków. Mam jednak nauczkę, że warto mieć ze sobą drugą, choćby prostą, komórkę – zwłaszcza na solowych wyjazdach. A no, właśnie: uświadamiam sobie teraz, że w innej sytuacji strata komórki przez jedną osobę nie jest istotnym problemem dla grupy.
Rano wypijam kawę, coś tam zjadam i koło 7:30 wychodzę. Mam klucz do bramy, więc nikogo nie niepokoję. Dla mieszkańców Dżeddy to dość wczesna pora: ruchu samochodowego na ulicach praktycznie nie ma, spotykam niewielu przechodniów. Idę w kierunku starego miasta, mijając po drodze parę nowoczesnych budynków biurowych i nie mniej nowoczesny biały meczet Jaffali. W elegancko urządzonym parku Al-Arbaeen grupa robotników cudzoziemskich starannie pielęgnuje rabatki. Tu, nad miejskim stawem Arbaeen, ustawiono parę rzeźb, których nowoczesna forma w tym konserwatywnym kraju nieco mnie zdumiewa. Ale oto i medina.
Pomiędzy mało ciekawymi współczesnymi domami z pustaków i betonu widać parę starych kamienic – tradycyjnych domów z charakterystycznymi wykuszami zwanymi tu maszrabijjami, balkonikami, loggiami i okiennicami. Te drewniane ciemnobrązowe elementy, wpadają w oko i, co tu dużo mówić, bardzo mi się podobają. Przypominają nieco zaułki Katmandu, w którym tak się zachwycałem drewnianą architekturą. Tutaj, w Dżeddzie, te kamienice z drewnianymi balkonikami są bardzo zniszczone, futryny połamane, a mury wyglądają jak po trzęsieniu ziemi. Ale wciąż widać kunszt starych snycerzy i stolarzy, którzy zadbali o piękne, dekoracyjne elementy: ażurowe panele, rzeźbione tralki w balustradach i panneau z rozetami.
Pytam sprzedawcę w otwartym już warzywniaku o sklep z komórkami.
– Mam zepsutą komórkę, muszę kupić nową, może być używana…
– Idź prosto do miejsca zwanego Al Basha. Tam znajdziesz sklepy z komórkami.
Po kilkudziesięciu metrach dogania mnie przysłuchujący się wcześniej rozmowie Sudańczyk. I podejmuje rozmowę. Pyta, czy może mi jakoś pomóc. Opisuję swój problem ponownie, a Murzyn potwierdza miejsce, gdzie mogę próbować kupić nową komórkę.
– Skąd jesteś? Jesteś turystą? – dopytuje.
Zaspokajam jego ciekawość. Ismail pracuje przy rekonstrukcji starego miasta.
– To wszystko będzie tu odnowione, te stare domy. Ale wcześniej te nowe, betonowe będą wyburzone, tak by dzielnica odzyskała swoją starą postać.
– Masz na myśli te domy? – wskazuję ręką.
– Tak, będą zburzone, a dzielnica odzyska stary wygląd – potwierdza – A wiesz, że kiedyś było tutaj morze?
Potrząsam głową, a Sudańczyk kontynuuje:
– W ciągu kilkudziesięciu lat miasto przesuwało się w stronę morza, zasypywano coraz większy teren ziemią. Teraz to się zmieni i zostanie odtworzona stara linia brzegowa.
Będzie tu pięknie, mam nadzieję. Z pewnością warto coś zrobić dla uratowania starówki i nadania jej bardziej jednorodnego charakteru. Widzę dużą skalę tego przedsięwzięcia: remonty i budowy trwają w wielu miejscach, a na ogrodzeniach umieszczone są tabliczki z logo saudyjskiego ministerstwa kultury i dziedzictwa.
Żegnam się z sympatycznym Ismailem i idę w kierunku kolejnego centrum handlowego.
Wzdłuż uliczek ciągną się dziesiątki sklepów, jednak spuszczone żaluzje i kłódki na drzwiach sugerują, że jeszcze nie czas na zakupy; podobno otworzą je za godzinę. W kilkupiętrowym centrum handlowym trafiam na kilka sklepów z elektroniką, w tym z komórkami.
– Szukam taniej komórki. Stara się zepsuła, oddam ją do serwisu w moim kraju, ale tutaj potrzebuję prostej komórki tylko na tydzień. – tłumaczę sprzedawcom.
I uprzedzając prezentację wypasionych iPhone’ów, proszę:
– Pokaż mi najtańszy smartfon.
Szybko przekonuję się, że niewielkie mam pole manewru: najtańszy model to Samsung za 380 SAR o parametrach gorszych od mojego zepsutego smartfonu. Alternatywą są używane komórki, ale sprzedawca proponuje naprawę gniazda USB za 50 riali; tylko muszę poczekać na technika. Odkładam decyzję i kilkaset metrów dalej w kolejnym centrum trafiam na większy wybór używanych komórek, a także na gościa, który naprawia komórki.
– Trzeba gniazdo USB wymienić. 50 riali. – stwierdza.
– Ale czy to pomoże?
– Tak, gwarantuję ci, że komórka będzie dobra.
Chłopak wygląda sympatycznie, ale to przecież nie jest równoznaczne z jego kompetencjami. Niewiele mam do stracenia (poza tymi 50 SAR) – decyduję się na naprawę, zwłaszcza że chłopak od razu bierze się do roboty. Mój smartfon zostaje rozbebeszony, a każda wykręcona śrubka i wyciągnięty element wywołuje jęk w głębi mojej duszy. Chłopak wylutowuje gniazdo USB i zakłada nowe, to jednak nie pomaga: komórka wciąż nie ładuje. Z każdą chwilą tracę nadzieję na powodzenie naprawy. Chłopak wyciąga baterie i odpina kabel zasilający wyświetlacz.
– Trzeba przykleić wyświetlacz – tłumaczy i sprawnie przykleja go silikonem.
– Wyświetlacz trzeba będzie wymienić, ma uszkodzone zasilanie. – dodaje.
Zaczynam się złościć, bo odnoszę wrażenie, że chłopak sam urwał to zasilanie wyświetlacza przy odłączaniu przewodu. Na razie Saudyjczyk robi przerwę – idzie się pomodlić, potem zjada posiłek. Czas ucieka, a ja nie wiem, na czym stoję. Znów sprawdza napięcie językiem i ciągle mruczy niezadowolony.
– Poczekaj chwilę – mówi i znika z komórką na pół godziny.
Wraca i przylutowuje jakiś drucik od gniazda USB do wyświetlacza. O dziwo, to pomaga. Wygląda na to, że komórka ładuje.
– Naprawdę działa?! – czuję rozpierającą mnie radość.
Biorę komórkę do ręki i w chwili niemalże ekstazy obściskuję Saudyjczyka.
– Tak się cieszę, dziękuję!
– 80 riali, okay? – chłopak sprowadza mnie na ziemię.
Płacę i biegiem wracam do "willi". Jest już południe, Khalida nie ma, więc na WhatsAppie wysyłam mu wyjaśnienie sytuacji i przeprosiny za spóźnienie.
Godzinę później Khalid się zjawia.
– Z twoją komórką jest okay?
– Tak, trochę mnie to kosztowało…
– Ale jest już dobrze. No, to pojedziemy do miasta. Tylko weźmiemy inny samochód, bo muszę podjechać po płyty gipsowo-kartonowe.
Parkujemy pickupa w starej części miasta i na razie idziemy na spacer. Krążymy po wąskich uliczkach mediny pełnych przechodniów, wśród których trafia się trochę turystów, szczególnie przy suku Al Alawi. Również jest dużo tradycyjnych domów z drewnianymi balkonikami, jednak ta część miasta mediny wygląda na już odnowioną. Są tu sklepy i kawiarenki.
Khalid prowadzi mnie do jakiegoś pałacu – rezydencji, której urządzono muzeum (Matbouli House Museum). Wita się z obsługą, nie płacimy za wstęp (zdaje się, jest on darmowy) i zaczynamy zwiedzanie. A naprawdę jest na co popatrzeć. Pomieszczeń jest chyba kilkadziesiąt, każde o innym przeznaczeniu, wyposażone w piękne meble, dywany, różne akcesoria domowe, także XIX- i XX-wieczne eksponaty. Czuć przepych i bogactwo ówczesnych mieszkańców. Zaglądam do studni w jednym z pomieszczeń, siadam za biurkiem ze stojącym nań globusem, robimy sobie fotki. Fantastyczne miejsce do poznania saudyjskiej kultury.
Zaglądamy teraz do jednej z kawiarenek. Khalid rozmawia przez chwilę z właścicielem.
– Pójdziemy najpierw na górę, tylko nie opieraj się o poręcz – zwraca się potem do mnie.
Klatka schodowa pachnie świeżością, ściany dopiero co są pomalowane. Wspinamy się na czwarte piętro i wychodzimy na dach. Rozciąga się stąd fantastyczna panorama miasta.
– Tutaj nikt nie wchodzi, ale właściciel to mój znajomy, więc mi pozwala.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Jak okiem sięgnąć wokół rozciąga się morze białych i żółtych domów. Te najbliższe z drewnianymi werandami i balkonikami są najstarsze. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i schodzimy na dół.
– Piłeś kawę arabską? – pyta mój host.
Nie jestem pewien. Ale u mnie kawy nigdy dość, więc stwierdzam:
– Nie, raczej nie.
Siadamy przy stoliku, gości na razie tu nie ma. Po chwili właściciel przynosi kawę w metalowym imbryku, do tego daktyle. Khalid rozlewa kawę do niewielkich szklaneczek.
– Jak ci smakuje? – pyta mnie.
– Dobra, całkiem dobra – kłamię w żywe oczy.
Właściwie nie czuję w napoju kawy. Ewentualne zapachy dodatków nie podwyższają mojej oceny. Trudno, nie wszystko musi mi smakować. Khalid zagryza daktylem, zanurzywszy go wcześniej w słodkim białym syropie. Idę w jego ślady i po chwili przy moim talerzyku piętrzy się kupka pestek.
– Moim gościom zawsze radzę, by wzięli nasiona i zasadzili je później w domu.
Posłusznie pakuję pestki z serwetkę. Rozmawiamy o sobie, o swoim życiu zawodowym. Ja opowiadam o innowacyjnych projektach zrealizowanych przeze mnie w ostatnich latach, on, jak się okazuje, jest designerem i projektuje różne wyroby, a jednocześnie handluje z Chinami i innymi krajami. Wygląda na to, że jego interes dobrze się kręci. Powodzi mu się.
Tymczasem w pustej dotychczas kawiarni pojawiło się sporo osób i teraz ładnie urządzone pomieszczenie wypełnia gwar głosów. Na pufach siedzą Saudyjki, czasem uchylą zasłonę z twarzy, by wypić kawę. Pojawili się również turyści z Europy Zachodniej. Jest miło. Khalid na chwilę odchodzi na bok, ma rozmowę telefoniczną, wykorzystuję ten moment, by zapłacić za kawę (35 SAR).
Wracamy teraz do sklepu po płyty gipsowo-kartonowe i podjeżdżamy jeszcze na cmentarz, gdzie znajduje się symboliczny grób Ewy (tej od Adama).
I to tyle wycieczki.
W „willi” pakuję się, jestem gotów ruszyć dziś autobusem do Taif. Siadamy przy herbacie w majlis – wielkim salonie przeznaczonym do przyjmowania gości. Dziękuję hostowi za gościnę i wręczam mu album o Krakowie.
– Pomogę ci kupić bilet – mówi Khalid i wyciąga smartfon.
Okazuje się, że dziś po południu już nie ma kursów lub też bilety są wyprzedane.
– Zostań do jutra, rano pojedziesz. Nocnym autobusem odradzam, stracisz piękne widoki na góry.
To brzmi sensownie, jednak nie chciałbym nadużywać gościnności mojego hosta.
– No...
– Tak będzie lepiej, ale to już zależy od ciebie – stwierdza host, widząc moje wahanie.
– Okej, zostaję do jutra. Dziękuję.
Nie udaje nam się kupić biletów online na następny dzień – strona nie działa dobrze. Khalid proponuje podjechać na dworzec, jedziemy z jakimś jego pociotkiem. Kupuję bilet na 6:30. Trzeba okazać paszport i podać numer lokalnego telefonu. Z tym ostatnim pomaga mi host, podając numer swojej komórki. Płacę 73 SAR.
– A bilet? – zastanawiam się, gdy kasjer oddaje mi paszport – Gdzie jest bilet?
– Nie trzeba biletu, jutro pokażesz tylko paszport – uspokaja mnie Khalid.
Ponieważ mój host zaplanował jakąś rodzinną kolację, proponuję, że tutaj się pożegnamy. Jeszcze raz dziękuję za gościnę.
– Zostaw klucze w salonie – mówi Khalid.
Żegnam się serdecznie z miłym hostem.
Jest godzina 19:00, nie chcę jeszcze wracać do domu, postanawiam zobaczyć największą flagę na świecie*/. Widziałem ją już z daleka podczas przejazdu przez miasto, teraz chcę podejść do niej bliżej. Spacer jest długi, może godzinny, ale mi to nie przeszkadza. Oglądam życie nocne w Dżeddzie. A oto i plac Króla Abdullaha i 171-metrowy maszt z zawieszoną zieloną flagą. Oświetlona 13 reflektorami symbolizującymi tyleż prowincji (governorates) błyszczy wysoko w mroku nocy. Maszt jest o sześć metrów wyższy niż ten, który widziałem w Duszanbe i o siedem metrów wyższy od masztu w Baku. Patrząc na listę najwyższych flag w Wikipedii, dochodzę do wniosku, że trwa tu swoista rywalizacja między państwami. Charakterystyczne, że na rankingowej liście dominują kraje muzułmańskie (obok Północnej Korei, Indii i USA). Robią sobie selfie i wracam do "willi".
Tyle zwiedzania Dżeddy. Miasto podobało mi się, ale nie zachwyciło. Jest zbyt duże, by ogarnąć całość. Starówka, którą od biedy można nazwać mediną, podobna jest do wielu innych, które spotykałem w arabskich krajach. Tradycyjne domy z drewnianymi balkonami i loggiami, mogą się podobać, ale całość mnie nie zauroczyła. Brak tu wyraźnie zdefiniowanej dzielnicy biurowo-handlowej z drapaczami chmur. Owszem, sporo tu wysokościowców (najwyższy to Sail Tower mierzący 240 m), ale są porozrzucane, jakby przypadkowo, w różnych częściach aglomeracji. Za rok, może dwa miasto zyska na atrakcyjności, gdy zostanie dokończony Jeddah Tower. Dziś ta nazwa niewiele ludziom mówi, ale niebawem się przekonają, że ją trzeba znać. Budynek ma liczyć bowiem… 1008 metrów. I oczywiście stanie się najwyższym budynkiem świata, odbierając palmę pierwszeństwa Burdż Chalifa (828 m). Ale to nie koniec. Arabia Saudyjska planuje pobić ten wynik i to dwukrotnie. Ogłoszono konkurs na zaprojektowanie dwukilometrowego wieżowca, który stanie się centrum Rijadu. Oby tylko pomysłodawca, książę Mohammad bin Salman był zadowolony! Dzień był pełen emocji i jestem wymęczony. Jutro muszę wstać przed 5:00, by dotrzeć na dworzec na czas.
___________________________________________
*/ Trzeba jednak odnotować, że dwa lata temu Arabia Saudyjska musiała oddać palmę pierwszeństwa Egiptowi, który zawiesił swą flagę na 202-metrowym maszcie w budowanej nowej stolicy. Ciekawe, czy kiedyś tam dotrę.