Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Luksemburg – Mediolan

poniedziałek, 21 VII 2014


Złapią czy nie? | Zwiedzamy miasto | W kazamatach | Niespodzianka wyjaśniona | Luksemburscy idioci


[Poranek]

[zwiedzanie miasta]

Jedną z atrakcji stolicy są podziemia miasta zwane tu casemates. Są to podziemne korytarze militarne (głównie kazamaty), które wyciosano w skale pod starym miastem. Ich sieć pierwotnie miała długość ok. 23 km, ale po częściowej rozbiórce fortyfikacji pozostało obecnie ok. 17 km, można je eksplorować. I właśnie znaleźliśmy się przy wejściu zwanym Montée de Clausen. Przyjemność poznawania Luksemburga „od spodu” kosztuje 12 euro. Ja w swoim życiu widziałem już parę takich atrakcji, więc rezygnuję. Namawiam jednak Sergiusza, by skorzystał z okazji.

– W porządku, mogę zobaczyć – stwierdza na koniec.

– Jak się umawiamy?

– Przy wyjściu za godzinę.

Dobrze. A zatem Sergiusz idzie na trasę po podziemiach, ja tymczasem biegam po okolicznych uliczkach fotografując co się uda. Także fortyfikacje, które zwiedza syn.

– Jak było? – pytam później.

Jak dla każdego chłopaka w wieku Sergiusza, podziemne korytarze i lochy są atrakcją. Jest więc zadowolony z wycieczki. Bock Casemates, które zwiedzał są najbardziej znaną częścią podziemi.

– Schodziliśmy po spiralnych schodach, potem przeszliśmy przez galerie obronne, a wyjście było pod mostem Zamkowym – opowiada.

W niektórych korytarzach znajdują się otwory (luke) – pozwalajce spojrzeć na dolną część miasta (Grund) i inne dzielnice Luksemburga.

– Widziałem te okienka z zewnątrz – dopowiadam.

– Była jeszcze duża krypta archeologiczna z jakimiś eksponatami.

Dobrze. Najważniejsze, że się podobało.

Jest już 14:00, czas pomyśleć o reszcie dnia. Od wczoraj Sergiusz domyśla się, że dziś polecimy z Luksemburga. W dalszym ciągu trzymam go w niepewności, dokąd polecimy. Musimy dostać się na lotnisko.

– Podjeżdżamy, czy przyjedziemy?

– Idziemy! – mówi Sergiusz.

– Nie chcesz już zwiedzać?

– Nie, znudziło mi się już, wystarczy.

Okej. Według mapy do lotniska jest około 6 kilometrów z miejsca, gdzie się znajdujemy. Może nie jest to najciekawsza droga, ale mamy sporo czasu, więc ruszamy. Półtorej godziny później jesteśmy na miejscu.

Sergiusz biegnie pod tablicę odlotów i wyszukuje najbliższe połączenia z Luksemburga.

– Lecimy do Mediolanu, tak?

– Tak!

– Aha. A potem? Powiedz!

– A stamtąd dalej to do Szwajcarii – uczciwie przyznaję – Zwiedzimy Mediolan i ruszamy na północ.

– Dobrze.

– No, co? Nie cieszysz się, że lecimy do Włoch?

– Cieszę się…

Sergiusz prawdopodobnie już jest trochę zmęczony wyjazdem. Może chciałby już wracać do domu. Ale przecież powrót z Pragi mamy dopiero za tydzień. Musi wytrzymać!

Lot do Mediolanu easyJetem mamy za półtorej godziny (17:55), wylądujemy na lotnisku Malpensa. Trzeba będzie dojechać do miasta oddalonego o 50 km. Koszt autobusu jest porównywalny z ceną bilety lotniczego. Trudno, mogę się złościć, ale nic na to nie poradzę. I tak się cieszę, że kupiłem lot do Włoch za 15 euro.

Chwilę później humor mam już całkiem zepsuty. Kontrola bezpieczeństwa jest arcydokładna. Gdy wyciągam z saszetki powerbank, ładowarkę i kabelki, celnik zauważa wpięte w materiał dwie igły. Rzuca się na nie z błyskiem w oku.

– Nie wolno!

Próbuję wytłumaczyć, że to zwykłe igły do szycia, niezbędne w podróży. Przecież obok leży kawałek tekturki z nawiniętą nitką.

– Nie wolno!

No, co za idiota! Odbieram mu z ręki igły i ze złością łamię ja na kawałki. Teraz może je sobie zabrać.

Wściekam się zawsze, gdy mi coś odbierają na lotnisku. Czy to będzie taśma do pakowania (przecież mógłbym związać pilota!), czy obcinacz do paznokci (przecież mógłbym oskalpować stewardesę!) czy też resztka keczupu w nieprzepisowym opakowaniu (przecież mógłbym wysadzić samolot!).

Lot przebiega już bez nerwów.

Parę minut po 19:00 lądujemy we Włoszech. To siódmy kraj na naszej trasie. Bilety do Mediolanu kupujemy w autobusie, na dworcu jesteśmy stosunkowo późno. Jest już prawie wieczór i dziś już nie będziemy zwiedzać miasta. Nasz hostel znajduje się nieco poza centrum, zrobimy sobie długi spacer. Zanim znaleźlibyśmy odpowiedni autobus, będziemy na miejscu. W hostelu warunki takie sobie, ale w tym momencie był to najtańszy nocleg w Mediolanie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej