Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Co za zdzierstwo! | Pakistańczycy wożą mnie po lotnisku | Spotkanie z hostem | Sercowe rozterki Khalida | Nadciąga katastrofa
Jak wspomniałem, wyruszyłem już wczoraj. Pechowo miałem miejsce na nierozkładanych fotelach w ostatnim rzędzie, niewiele pospałem. W Budapeszcie byłem o 5:25, o wiele za wcześnie, by się odprawić. Niestety samodzielna odprawa online to dodatkowy koszt 8000 HUF. Info z Wizz Aira mówiło, że muszę podejść do stanowiska linii lotniczej, w celu sprawdzenia moich dokumentów podróżnych. Zawracanie głowy, bo mojej wydrukowanej wizy saudyjskiej nikt nie chciał oglądać. Notabene wiza jest droga: 425 SAR, a do tego dochodzi jeszcze de facto obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne (100 SAR). W sumie nie wiem, dlaczego, zapłaciłem 658 zł. Pozytywne jest jedynie to, że jest ona ważna przez rok. Może jeszcze się tam wybiorę zimą.
Czas na kontrolę bezpieczeństwa i odprawę paszportową. Odlatujemy w miarę punktualnie o 11:25. Na pokładzie większość pasażerów ma rysy nieeuropejskie, wielu ubranych w tradycyjne muzułmańskie stroje. Czeka nas pięć godzin lotu. To dość czasu, by się zdrzemnąć po nocy w autobusie, ale mam trudności z zaśnięciem. Chłopak w sąsiednim rzędzie czyta książkę zatytułowaną "La Umra". Ani chybi wybiera się do Mekki na małą pielgrzymkę. Hadżdż w tym roku jest dopiero w czerwcu (Dzień Arafat wypada 27.06.2023). Czas mija powoli. Minęliśmy już Morze Śródziemne, przelecieliśmy nad Egiptem. Za oknem nic nie widać – mgła i chmury. A jeszcze przed godziną, gdy wlecieliśmy na obszar Egiptu, mogłem zachwycać się urozmaiconą rzeźbą pustyni na Synaju: dendrytami uedów, żółtymi i pomarańczowymi skałami i czarnymi prostymi wstęgami asfaltowych dróg.
Samolot podchodzi do lądowania w Dżeddzie. W północnej części miasta, w zatoce strzela w górę strumień wody. To najwyższa na świecie fontanna, widoczna zewsząd. King Fahad's Fountain wyrzuca wodę z początkową prędkością 375 km/h na wysokość niemal 300 metrów. To jednak robi wrażenie. Jet d'Eau w Genewie wydaje się mi teraz maleństwem.
Terminal 2, na którym lądujemy, jest przeznaczony dla lotów międzynarodowych. Formalności na lotnisku trwają dobrą godzinę. Najpierw długa kolejka po pieczątkę wjazdową, potem sprawdzają, czy pieczątka jest w porządku. U mnie – była niewyraźna, musiałem zawrócić po ładniejszą. Potem wystałem się w kantorze, by wymienić pieniądze. Oczywiście nikt nie ustawia się w kolejce, chętni pchają się, ile mogą. Gość w kantorze jest jakiś mało rozgarnięty, musi przepisywać dane z paszportów do komputera, idzie mu to nadzwyczaj ślamazarnie. Jak się okazuje, klient przede mną ma paszport rosyjski, co jeszcze bardziej wydłuża czas. I gdy myślę, że to już moja kolej – system komputerowy w kantorze pada. Idę do innego kantoru – trwa przerwa na modlitwę. Kolejny kantor nie chce wymienić mi waluty, bo trzeba mieć rachunek w banku. Wypłacam 500 SAR z bankomatu. Okej.
Na zewnątrz, oczywiście, słyszę: "No bus, only taxi". Usłużny lokals pokazuje mi, gdzie stają zielone autobusy SEPTCO – saudyjskiego pekaesu. Niby jadą na Terminal 1.
– Kiedy?
– Za 5 minut.
– Ile kosztuje bilet?
– Jest darmowy – mówi jakiś ochroniarz – no, prawie darmowy 20 SAR czy coś.
Po 20 minutach czekania odpuszczam i idę na stopa. Kilka ofert od "taksówkarzy" zbywam łagodnie, w końcu zatrzymuje się Pakistańczyk z dwoma innymi pasażerami. Podwiozą mnie na Terminal 1, stamtąd taksówka będzie tańsza. Po chwili sytuacja przestaje mi się podobać. Wyjeżdżamy poza lotnisko 15 kilometrów i… wracamy z powrotem. Okazuje się, że kierowca nie dogadał się z Pakistańczykami, chcieli się dostać na Terminal Hajj, który obsługuje tylko pielgrzymów i jest położony kilometr od Terminalu 2. Stoją tu dziesiątki, jeśli nie setki autobusów jadących do Mekki.
– Stąd łatwiej pojedziesz taksówką – mówi Pakistańczyk.
To bzdura, straciłem tylko kolejne pół godziny. Zagaduję miejscowego, ten zaczepia jakiegoś kierowcę.
– Ok, zawiozę cię do miasta – mówi ten ostatni.
Początkowo ma być za darmo, ostatecznie staje na 50 rialach. Zły jestem, ale co robić. Host czeka na mnie i tak jestem już spóźniony. Tym razem jedziemy prosto do centrum, po drodze jeden z pasażerów dzwoni do hosta, kierowca już wie, dokąd ma jechać. Khalid wychodzi przed swój dom, ale początkowo mnie nie widzi. Kolejne naprowadzanie przy pomocy komórki i witamy się.
– Sorry, że jestem tak późno – tłumaczę się – trochę czasu zeszło mi na lotnisku.
– Nie szkodzi, chodź do domu.
Dom Khalida mieści się za wysokim murem. Dwóch mężczyzn siedzi przy stoliku na podwórku.
– Zanieś swoje rzeczy, rozgość się, potem pojedziemy do restauracji – zwraca się host do mnie i wydaje dyspozycje jednemu z siedzących: Ali, zaprowadź pana do pokoju.
Pokój jest średniej wielkości, a jego jedyne wyposażenie poza szafą stanowi wielkie łóżko. Jest klima i niewielka łazienka. Biorę prysznic i zbiegam na dół. Wsiadamy do jednego z kilku zaparkowanych tu samochodów. Ali otwiera bramę.
– Pojedziemy najpierw po syna – mówi Khalid – chodzi do szkoły muzułmańskiej. Chcę, żeby miał szersze horyzonty.
– A kto decyduje, że dziecko chodzi do takiej szkoły: rodzice czy jest obowiązkowa? – pytam.
– Rodzice, w tym wypadku ja. W tej szkole nie tylko się uczą. Jest dużo zajęć sportowych, rekreacji.
Po kwadransie jazdy zatrzymujemy się pod jakimś budynkiem. Chłopak już czeka, wsiada.
– Salam alejkum – witam się z nim.
Ma około siedmiu lat, nie wygląda na wyszczekanego. Może to kwestia okoliczności spotkania.
– What’s your name? – zachęcam go do rozmowy.
– Przedstaw się: powiedz, jak masz na imię – interweniuje Khalid, widząc, że dziecko milczy.
– My name is Muhamad – słyszymy w końcu.
Odwozimy chłopaka do domu Khalida. Tu się wyjaśnia, że mój nocleg znajduje się w tzw. "willi", a dom rodzinny mojego hosta jest gdzie indziej. Zajmuje go spora, wielopokoleniowa rodzina.
– Mieszkam ze starym ojcem, ma 90 lat. Ciężko choruje, jest niesamodzielny – opowiada Khalid – Opiekujemy się nim z bratem naprzemiennie. Jutro mój dyżur.
Noc, która już dawno zapadła i obce miasto sprawiają, że zupełnie nie wiem, dokąd i którędy jedziemy. Skupiam się zresztą na rozmowie z hostem. Podjeżdżamy pod upatrzoną restaurację, niestety jest w całości zarezerwowana na jakąś imprezę.
– Pojedziemy do restauracji jemeńskiej – decyduje Khalid – tam jest bardzo dobra kuchnia.
Wejście do knajpy mieszczącej się w sporym budynku znajduje się na sporym podwórku. W życiu bym tu nie trafił za dnia. Obsługa wita Khalida jak starego znajomego, zaczynamy od umycia rąk. Siadamy w jednym z wielu boksów na dużym wewnętrznym tarasie. Boksy wyłożone są dywanami, przed wejściem ściągamy obuwie. Kelner podaje menu i rozkłada na dywanie foliowy obrus. Momentalnie przypomina mi się obiad podany w Khorramabadzie w domu Hojata. Tyle że tam siedzieliśmy w kilkanaście osób. Ja zamawiam jakąś sałatkę i jakieś mięsko podawane na metalowej tacy, Khalid – specjał kuchni jemeńskiej: mięsne kulki określane przez niego mianem kebabu. Do tego sałatka warzywna i chlebki. Dostajemy wodę w niewielkich butelkach. Na kawę będziemy musieli poczekać do końca posiłku.
Początkowo rozmowy koncentrują się na ogólnych rzeczach dotyczących podróżowania. Później rozmawiamy o sobie. Khalid jest z pochodzenia Egipcjaninem, mieszka w Arabii Saudyjskiej dłuższy czas. Wcześniej mieszkał w kilku innych krajach, gdzie robił różne interesy. Między innymi w Chinach i Australii. Gdy zaczyna mówić o swojej rodzinie, zaczynam się orientować, że jego dzieciak, którego poznałem, to, że tak powiem, wierzchołek góry lodowej. Synów ma piątkę! I jedną córkę. Żon ma co najmniej dwie, z tym że nie załapałem, czy jednocześnie, czy kolejno. Dość nieoczekiwanie dla mnie rozmowa schodzi na bardzo osobiste sprawy. Khalid zaczyna się zwierzać ze swych rozterek sercowych i chociaż trudno mi się zorientować w całości spraw, staram się mu coś sensownego doradzić. Później wieczorem powie mi:
– Dziękuję ci, że mogliśmy o tym porozmawiać. Jestem ci za to wdzięczny.
Koło 22:00 host odwozi mnie do "willi", sam wróci do swojego domu. Umawiamy się następnego dnia na wpół do jedenastej, pojedziemy do miasta. W "willi" spotykam w przelocie innych mieszkańców: jakieś dwie wschodnioazjatyckie dziewczyny i jakąś parkę. Zdaje się, że wynajmują tu pokoje na dłuższy czas. I gdy już myślę, że dzień się miło zakończył, przytrafia się nieszczęście, które może rzutować na przebieg całego trampingu. Odkrywam, że moja komórka nie ładuje się. Sprawdzam oba posiadane zasilacze i kilka kabelków – nic z tego, nie ładuje. Czyszczę gniazdo USB – bez zmian. To może oznaczać koniec dostępu do poczty, do WhatsAppa, do map i GPS-a, do wszystkich dokumentów, które mam w smartfonie, także niemożność odprawienia się na loty. Jestem załamany. Dawniej jeździłem z dwiema komórkami, ale po to kupiłem smartfon dual sim, aby nie wozić nadmiaru sprzętu. Kilka razy zdejmuję obudowę, w efekcie czego mój wyświetlacz odkleja się od ramki. A niech to! Zestresowany sytuacją zasypiam koło 2:00 w nocy.