Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Arabia Saudyjska jest inna... | Podsumowanie kosztów
Po północy zgodnie z rozkładem FlixBus zabiera nas do Krakowa. Jest sporo miejsca, mogę pospać. Świt wita nas w Tatrach. Promienie słońca oświetlają ośnieżone zbocza. Ale to, co najbardziej mi się podoba, to widoki czystych poboczy i zadbanych podwórek po przekroczeniu polskiej granicy. "U nas jednak wiele się zmieniło przez ostatnie lata – konstatuję w myśli. Po raz pierwszy przejeżdżam przez tunel pod Luboniem. W Krakowie jestem po 8:00. To już koniec trampingu.
Arabia Saudyjska… Byłem na miejscu przez 11 dni, to oznacza 10 noclegów. Jakieś pojęcie o kraju mogę więc mieć, chociaż to dość specyficzny kraj. Przez ten czas spotykałem bardzo wielu cudzoziemców, co przypomina mi mój tramping po Chinach, kiedy to przez pierwsze dwa tygodnie – podróżując przez ziemie zamieszkane przez Ujgurów i Tybetańczyków – nie spotykałem prawie Hanów tj. „prawdziwych” Chińczyków. Tu było podobnie: Saudyjczycy byli mało widoczni, może skryci w biurach lub za przyciemnionymi szybami swych wypasionych samochodów; na ulicach, w Rijadzie i Absze i innych miastach w oczy rzucały się olbrzymie tłumy imigrantów: Pakistańczyków, Banglijczyków i Hindusów. Zwłaszcza gdy zapadał wieczór, a cudzoziemscy robotnicy kończyli swą pracę koło 18:00. Widok tych biednych chłopaków wracających z tych wszystkich budów, zbierania śmieci, porządkowania ulic, pielęgnowania rabatek i tak dalej, wzbudza refleksje. Cały kraj jest budowany ich rękoma. Arabowie mają ropę, korzystają z tego. To wszystko ociera się o współczesne niewolnictwo. Bo czymże jest niewolnictwo? To przede wszystkim przymus pracy. Można powiedzieć, że Pakistańczyk czy Banglijczyk ma wybór. Ale jeśli chce żyć godnie, musi zarobić godziwe pieniądze. Nie jadą do obcej kulturowo Europy, trafiają tutaj. Tu są przyjmowani, ale są traktowani jednak (nawet biorąc pod uwagę przypadek Sumana) gorzej niż autochtoni. Oni nie dostaną tu eksponowanych stanowisk, nie będą prowadzić oficjalnie firmy, muszą kryć się ze swoimi interesami. A te wszystkie piękne budynki, to wszystko, co jest piękne, zostało wybudowane przez tych robotników z Trzeciego Świata. To jest jednak przykre, o tym często się nie pamięta. Może ci wszyscy Pakistańczycy i inni wcale nie są widziani przez Saudyjczyków, może są traktowani jak powietrze, które jest niezbędne, ale zarazem niewidoczne. Nie dostrzegalni zza przyciemnionych szyb w drogich saudyjskich samochodów.
Bez wątpienia Arabia Saudyjska i w pewnym stopniu pewno Emiraty różnią się od pozostałych krajów arabskich: tu obcokrajowiec to nie turysta, lecz najczęściej pracownik, robotnik, wyrobnik. Oczywiście są biali turyści, oni są również eksploatowani ekonomicznie, ale w innym sensie: to są wyższe ceny dla nich, usługi wyższej jakości po zawyżonych cenach, droższe lepsze restauracje hotele. Oczywiście, turystów wykorzystuje do zarabiania pieniędzy wszędzie, tak to jest na całym świecie.
Co można powiedzieć jeszcze o Arabii Saudyjskiej? Z językiem jest tak, że te „doły społeczne” rozmawiają po angielsku, gdyż w Indiach czy Pakistanie to angielski jest językiem komunikacyjnym (oprócz hindu czy urdu, rzecz jasna), a żeby dostać się tu z Pakistanu czy Filipin i podjąć pracę, trzeba znać mowę Szekspira. Arabowie natomiast całkiem niekoniecznie rozmawiają po angielsku – zwłaszcza starsza generacja.
Jeśli chodzi o pustynię, z którą tak bardzo ten kraj się kojarzy, to niewiele jej posmakowałem: nie byłem ani na wielkich ergach Ar-Rab al-Chali, położonej na południu pustyni o powierzchni dwukrotnie większej od Polski, ani nie widziałem położonego na północy Wielkiego Nefudu, który zajmuje niemal 80 tys. km2. Ale też jakoś specjalnie mi na tym nie zależało. Pustyń widziałem wiele różnych: i w Maroku (Sahara), i w Egipcie (Biała Pustynia), i w Chinach (Takla Makan), i w innych krajach; było tego bardzo dużo. W Arabii Saudyjskiej głównie oglądałem pustynię kamienistą w okolicach Nadżranu i Abhy. Gigantyczna powierzchnia pokryta skałami i rumoszem skalnym.
To, co było pozytywne, to darmowe zwiedzanie, w większości bezproblemowy dostęp do pałaców, muzeów i fortów. Darmowy – z wyjątkiem Rijal Alma. Pewnym mankamentem było to, że parę muzeów jest zamkniętych lub w remoncie. Atrakcyjną stroną królestwa Salmana była gościnność: zapraszanie przez miejscowych na fundowane posiłki, do domów czy proponowanie wody. Oczywiście, to wszystko są dla nich jakieś groszowe sprawy, ale jednak stanowią bardzo sympatyczne zachowanie. Podobnie u mojego Sumana: posiłek w jego knajpie to drobna sprawa – dodatkowa porcja sosu czy chlebek to dla niego żaden koszt. Woda jest na szczęście w miarę tania, dwa riale za półtora litra. Napoje gazowane takie jak cola i pepsi są dosyć drogie, kosztują więcej niż w Polsce. Podobnie jak inne produkty spożywcze. Denerwujące jest to, że owoce są tutaj stosunkowo drogie, ale w większości są one uprawiane w warunkach ograniczonej dostępności wody albo sprowadzane z zagranicą, co oczywiście podraża koszty. Kawa i herbata podawane w kubeczkach są tu powszechne. Na pewno nie są to jakoś wyszukane napoje pod względem smakowym, podobnie jak w Indiach są trochę lurowate, aczkolwiek zdarzały się miejsca, gdzie kawa ze śmietanką była pyszna. Ani kawy, ani herbaty tutaj się nie uprawia w dużych ilościach, aczkolwiek mój pryncypał spod Abhy miał swoją miniplantację kawy.
W sumie na miejscu przemierzyłem 2600 kilometrów, z tego:
- 1400 km stopem (0 SAR)
- 220 km autobusem (73 SAR)
- 850 km samolotem (Abha – Rijad, 35 EUR)
- 60 km samochodem (2 dojazdy z/na lotnisko, 130 SAR)
- 70 km na piechotę
Za noclegi zapłaciłem w sumie 130 riali, czyli jakieś 160 zł. Bez dwóch zdań podróżując we dwójkę, koszty hoteli wypadłyby taniej. Ale czy wówczas mógłbym korzystać z namiotu? Zależałoby to zapewne od tego, kim by był mój towarzysz podróży. Do kosztów noclegów wypadałoby dodać drobne prezenty czy upominki, które kupiłem dla moich hostów. Koszty wyżywienia uważam za akceptowalne: parę posiłków w tanich knajpkach i drobne zakupy jedzeniowe w marketach. W sumie na miejscu wydałem około 500 złotych. Największym kosztem, jak wspominałem była e-wiza z ubezpieczeniem zdrowotnym. Podsumowując, mój budżet zamknął się kwotą poniżej 2000 złotych za 12-dniowy wyjazd.
Wyjazd oceniam pozytywnie, był udany. Te drobne niedogodności i problemy, które napotkałem, wynikały z trampingowego charakteru wyjazdu. Zawsze się zdarzają i jestem przyzwyczajony do tego. Czy wrócę do Arabii Saudyjskiej? Zapewne tak…