Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Ali zabiera mnie w góry | Na plantacji kawy | Rijal Alma: jestem pod wrażeniem | Not a big deal | Wianek z kraju Qahtanów | Egipcjanin uczy mnie arabskiej wymowy | Wolisz Saudyjkę czy Jemenkę? | Pędzimy przez noc do Nadżranu
W nocy śnią mi się różne rzeczy, ale gdy nastawiony na 6:30 alarm budzi mnie, wszystko zapominam. Muszę wypić kawę! W somnambulicznym transie z przyzwyczajenia chwytam za grzałkę, lecz po chwili uświadamiam sobie, że jestem w hotelu i mogę skorzystać z elektrycznego czajnika. No, nie powiem, żebym się dzisiaj wyspał. Powoli pakuję się, myję i golę. Zajmuje mi to wszystko ponad 30 minut. Myślałem, że wyjadę z miasta nieco wcześniej. Wysyłam jeszcze wiadomość do coachsurfera z prośbą o potwierdzenie noclegu w Rijadzie. W recepcji siedzi dziś inny chłopak, mówię mu, że nie było papieru toaletowego w pokoju. Oczywiście nie rozumie po angielsku, mówi coś do ciecia, pilnującego hotel; ten coś tam mruczy, nieważne.
Staję na wylotówce w kierunku Soudy. Po minucie siedzę już w samochodzie. Chłopak mówi, że dojazd do Rijal Alma jest trudny.
– Jadę tylko tu, do domu – Ali pokazuje mi najbliższe wzgórze.
Kiwam głową.
– Ale spróbuję cię podwieźć kawałek.
– For free?
– Dlaczego w ogóle o to pytasz? Jasne, że for free.
– Wiesz, kierowcy czasem chcieli po sto riali za 100 kilometrów…
Wjeżdżamy drogą, którą wczoraj pokonałem z Amirem. Nasza rozmowa trochę kuleje, chłopak posiłkuje się translatorem.
– Dam ci WhatsAppa – mówi – jak będziesz miał jakiś problem, to ci pomogę.
– Dziękuję.
– Moja siostra zna świetnie język angielski i zawsze będzie mogła mi przetłumaczyć.
Jedziemy coraz wyżej, spodziewam się już, że chłopak wywiezie mnie całkiem daleko, do Soudy.
– To dobrze, że jesteś z Polski.
– Dlaczego???
– Bo Polska to silny kraj – tłumaczy.
W saudyjskich mediach Polska jest przedstawiana jako kraj z potencjałem i silną gospodarką, ponadto jesteśmy spostrzegani jako ci, którzy najwięcej pomogli uchodźcom z Ukrainy. Próbuję mu wytłumaczyć, że to nie do końca jest tak.
– Byłeś w Mekce? – pyta Saudyjczyk.
– Ja nie mogę tam wjechać, nie jestem muzułmaninem…
Ali upiera się, że można, że nie ma problemu.
Kłócić się nie będę. Chłopak jest bardzo sympatyczny, daje mu WhatsAppa. Wywozi mnie wysoko w góry, przejeżdżamy przez te same tereny, które wczoraj widziałem, ale widoki są dzisiaj dużo lepsze. Pogoda się poprawiła, chmury odsunęły, a mgła zniknęła. Na drodze nie ma dużego ruchu, cieszę się więc, że mnie zabrał.
– Podrzucę cię na krzyżówkę i poczekam, aż jakiś samochód cię zabierze – oświadcza chłopak.
– To niepotrzebne, poradzę sobie – próbuję protestować, ale Saudyjczyk pozostaje niewzruszony.
– Odwiozę cię!
Rzeczywiście zatrzymujemy się na krzyżówce, wysiadamy.
– Przepraszam, że nie mogę jechać dalej.
Czasem Saudyjczycy są niesamowici!
Chłopak zatrzymuje samochód skręcający do Rijal Alma. Tłumaczy kierowcy skąd jestem i dokąd jadę. Rozmawiają przez chwilę po arabsku, coś sobie uzgadniają, w każdym razie kolejny kierowca mnie zabiera. Żegnam się serdecznie z Alim. Fajny chłopak!
Do Rijal Alma z krzyżówki jest około 20 kilometrów. Niby niewiele, ale droga jest górska, kręta. Mój kierowca, Jasir, ma dom wysoko w górach, jak się wkrótce okaże, na wysokości 1800 m n.p.m. Proponuje, że najpierw pojedziemy do jego domu – jak zrozumiałem – na kawę. Później się jednak wyjaśnia, że ma tam plantację kawy i musi ją pielęgnować. Saudyjczyk niezbyt dobrze mówi po angielsku, rozmowa trochę kuleje. Prowadzimy zwykłą gadkę, za to widoki są fantastyczne. Chłopak mówi, że Rijal Alma to nie jest jedno konkretne miejsce, ale cały region. Zatrzymujemy się w centrum jakiegoś osiedla, Jasir po chwili wraca ze sklepu z dwiema identycznymi siatkami zawierającymi po dwie puszki coli oraz jakieś batony i sandwiche. Wręcza mi jedną i ruszamy w dalszą drogę. Droga zajmuje nam około pół godziny, mamy do przejechania tylko parę kilometrów, ale droga jest bardzo kręta i stroma. Wskazuje mi swój dom gdzieś wysoko w górze, który to dokładnie – dowiem się, gdy dojedziemy. Co prawda oddalamy się trochę od głównego kierunku mojej jazdy, ale to nie szkodzi. Po prostu wywiezie mnie do siebie i zawiezie z powrotem. Wjeżdżamy 500 metrów do góry, próbuję robić zdjęcia, ale niewiele się udaje na tej krętej drodze. Kierowca się wtedy zatrzymuje i mogę pstryknąć fotkę z panoramą doliny. Dziesiątki, setki zakrętów. Jasir pewnie prowadzi samochód.
– Czym się zajmujesz, jaki masz zawód? – pytam kierowcę.
– Jestem pryncypałem w szkole w Absze.
– I codziennie musisz tą drogą jechać?
– Nie. Na co dzień tam mieszkam z żoną. Mamy mieszkanie w Absze. Tutaj przyjeżdżam tylko raz na tydzień.
Jeszcze jeden stromy podjazd. Jasir zdejmuje łańcuch przegradzający drogę dojazdową do jego posesji i zatrzymujemy się przed sporą hacjendą. Saudyjczyk znika na chwilę w domu, przebiera się w ciuchy robocze i zakłada fikuśny kapelusik. Idziemy teraz na kawową plantację. Poletko Jasira jest niewielkie, może 100 na 10 metrów, rosną tu dziesiątki krzaczków kawowych. Niektóre mają już pół metra wysokości, inne zaledwie 20 centymetrów. Sadzonki kawowca (Coffea arabica L.) są zabezpieczone osłonami z dużych butli na wodę.
Jasir przyciąga długi wąż ogrodowy i podlewa każdą sadzonkę. Trochę mnie to dziwi, bo przez ostatnie dni i tutaj padało, ale przyjmuję, że lepiej wie, co robić. Ja tymczasem chodzę po polu, oglądam różne kwiatuszki, fotografuję.
– To smoke tree – Jasir pokazuje mi jakąś roślinkę.
Przyjmuję do wiadomości. Nie słyszałem o takim drzewie, sprawdzę później, co to za dziwo*/. Facet gdzieś znika, ja biorę się za podlewanie kolejnych sadzonek. Gdy woda w zbiorniku się kończy, idziemy oglądnąć jego włości. Na skraju zbocza pod rozłożystym drzewem powiesił huśtawkę, można się pohuśtać, podziwiając jednocześnie widoki. Zaglądamy też do sadu z drzewkami pomarańczowymi.
– To portugalska odmiana – mówi z dumą w głosie – bardzo dobra.
– To masz swoje owoce, nie musisz kupować w sklepie.
– I kawę też będę miał własną. Ale muszę poczekać kilka lat…
Kończymy obchód posiadłości „mojego” pryncypała. Wracamy do samochodu. W samą porę, bo już zaczynałem się niecierpliwić. Kierujemy się z powrotem początkowo tą samą malowniczą drogą. Od czasu do czasu mijamy gliniane domy oraz kamienne wieże strażnicze i ostatecznie zjeżdżamy do doliny. Po kilku kilometrach jazdy drogą pełną zakrętów i tuneli dojeżdżamy do Rijal Alma. Początkowo Saudyjczyk mówił, że pójdziemy razem do muzeum, ale ostatecznie się wycofał. Zostawia mnie w centrum 900-letniej miejscowości, tuż przy wejściu do fortu Al Elwan, w którym znajduje się utworzone 40 lat temu muzeum.
– Dziękuję za podwózkę i w ogóle za wszystko – mówię na pożegnanie.
– Było miło cię poznać – odwzajemnia uprzejmości – Do widzenia.
W porządku, było naprawdę bardzo fajnie. Zapowiadał, co prawda, że po dwóch godzinach wraca do Abhy, no, ale najwyraźniej wraca od razu, okej.
Więc jestem teraz sam w Rijal Alma. Słoneczko świeci, na niebie ciapkowate chmury. Jest ciepło, parno. Przede mną zabudowania Al Elwan. Czteropiętrowe budynki na zboczu góry zbudowane są z kamienia, a ich okna mają białe obramowania. To znany mi obrazek z filmów i zdjęć, które oglądałem przed wyjazdem. Jakże się cieszę, że tu dotarłem! Podchodzę do wejścia do muzeum, tu się okazuje, że bilety są po 20 riali.
– Za chwileczkę tu wrócę – mówię.
Na razie idę sobie zobaczyć to miejsce z zewnątrz. Robię parę fotek i czuję znużenie, a jednocześnie radość, że tutaj dotarłem. Zrzucam plecak, ściągam buty i wyciągam się na murku. Słoneczko przygrzewa, jest dobrze. Przerwa trwa z pół godziny.
Kupuję bilet i zaczynam systematyczne zwiedzanie. Pierwsze wrażenie to zachwyt nad starannością i estetyką wykonania murów: ściany są ułożone z szarego kamienia, powierzchnia murów wyrównana i chociaż wielkie głazy nie są idealnie dopasowane, to pomiędzy szczeliny wciśnięto mniejsze, płaskie kamienie tworząc równą płaszczyznę. Podobne rozwiązanie widziałem wczoraj w zamku Shamsan. Druga rzecz, która tu przyciąga moją uwagę, to ozdobne elementy umieszczone nad niektórymi oknami. Mają postać szachownicy o wymiarach 80 × 80 cm i są wykonane z 18 kostek białego kwarcu i mniejszych czarnych gnejsów wciśniętych między białymi polami. Dodatkowo w górnej części szachownicy biegnie biały kwarcowy pasek. Ta kompozycja powtarza się na terenie całego kompleksu. Szerokimi schodami podchodzę do pierwszego budynku w północnej części fortu. Drzwi są otwarte, nie ma strażników ani innej obsługi.
Wewnątrz znajduje się ekspozycja składająca się głównie z broni, narzędzi, ceramiki, domowych urządzeń, biżuterii i ubrań. Zbiory rozmieszczone są w kilku pokojach na dwóch kondygnacjach. Broń to, między innymi, XIX-wieczne zakrzywione szable z grawerowanymi rękojeściami i równie bogato zdobione noże. Kolekcja narzędzi gospodarskich pochodzi zapewne z początku XX wieku, zgromadzona tu ceramika – talerze i miseczki z kolorowymi wzorami – mają nie więcej niż 60 lat. Są tutaj również misy żelazne, żelazka z duszą, imbryki, dzieże, puchary na wodę. Jest i otwarty Koran na pulpicie, także biżuteria wykonana z posrebrzanych łańcuszków, blaszek i koralików. Stylem przypomina tę, którą widziałem nieraz na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej. Uwagę moją zwracają też żelazne odważniki. Kolekcja broni uzupełniona jest o eksponaty dwudziestowieczne: strzelby skałkowe, prochownice i amunicję do nich. Pomieszczenia utrzymane są w biało-zielonej tonacji, pozbawione raczej przepychu. Jedyną ozdobą jest rząd barwnych kafelek obiegający wokół pokój. Ktoś powie: pff, taki szlaczek! A jednak ta dekoracja ścienna to Al-Qatt Al-Asiri, tradycyjnie kobieca licząca wiele wieków forma sztuki uważana za kluczowy element tożsamości regionu Asir. Podobne szlaczki można spotkać w wielu domach w regionie, przede wszystkim w pokojach przeznaczonych dla gości. Praktyka ozdabiania pokojów była przekazywana z pokolenia na pokolenie, podczas „babskich nasiadówek”. Sztuka ta, wzmacniająca więzi społeczne została 6 lat temu wpisana na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO.
Wychodzę na taras na wyższym piętrze. Rozciąga się stąd widok na fort i zabudowania po przeciwległej stronie doliny. Tam również budynki – chociaż współczesne – są zbudowane w podobnym stylu. Przechodzę do wyższych partii fortu, zapuszczam się w różne zakamarki. Nie wszystkie budynki zostały wyremontowane, niektóre pozostają w ruinie i nieporządku. W wielu pomieszczeniach stropy są drewniano-trzcinowe, a ściany i sufit – nieotynkowane. Im bardziej oddalam się od części z ekspozycją, tym bardziej dzikie i posępne spotykam ruiny. Przypominają mi zabudowania w gruzińskich wioskach: w Kazbegach i Wardzi. W kilku miejscach trafiam na niebieskie lub zielone drzwi. Ich drewniane lico wzmocnione żelaznymi sztabami pokryte jest drobnymi wzorkami wyrytymi w grubych dechach.
Przystaję na chwilę, delektując się ciszą i samotnością – jestem teraz jedynym zwiedzającym fort. Muszę przyznać, że miejsce to – chociaż będące celem wycieczek turystycznych – jest pełne uroku. Szkoda tylko, że dziś pogoda pochmurna.
Dochodzi południe, czas się zbierać z powrotem. Nie mam dokładnego planu na dzisiaj. Z pewnością nie będę już nocować w Absze, pojadę dalej na południe w stronę Nadżranu. Dokąd mi dzisiaj uda się dostać – nie wiadomo. Okazję przy parkingu znajduję niemal natychmiast. Jadę z 50-letnim Muhammadem, Saudyjczykiem. Jego samochód, chociaż nie najnowszy, dobrze sobie radzi z pokonywaniem górskiej trasy. Z piskiem opon pokonujemy wąskie zakręty w drodze do Soudy. Od czasu do czasu kierowca zatrzymuje się przy osobach zbierających śmieci na poboczu. Czasem zamieni parę słów, czasem tylko się przywita, lecz za każdym razem wręcza butelkę wody i paczkę ciastek. Ma ich zresztą spory zapas w samochodzie. Początkowo nie rozumiem tych sytuacji, ale dochodzę do wniosku, że "mój" Saudyjczyk z dobroci serca pomaga tym ciężko pracującym imigranckim pracownikom. Podjeżdżamy pod jeden z przydrożnych barów. Muhammad woła przez uchylone okno sprzedawcę i proponuje mi kawę lub herbatę.
– Nie, dzięki nie trzeba – kryguję się jak zwykle.
– Słuchaj, tu wszyscy piją kawę, jak proponują, to po prostu trzeba to przyjmować. To jest drobiazg. Not a big deal, understand?
– Okay.
– To jaką chcesz kawę?
– Zwykłą czarną. Bez cukru.
Dostaję kawę z ziołami. Trzy rodzaje liści pływają w kubku. Rozpoznaję tylko miętę. Saudyjczyk podaje mi nazwy pozostałych, potem macha ręką i zamienia kilka słów ze sprzedawcą, a ten przynosi gałązki tych trzech rodzajów ziół. Rzeczywiście różnie pachną. Muhammad proponuje, żebym sobie je wziął do Polski. Po wysuszeniu będę mógł dodawać do kawy.
Ruszamy dalej. Przejeżdżamy znów „drogą z małpami” i zaczynamy zjazd ku miastu.
– Mamy do wyboru dwie drogi: bezpośrednio do Abha lub pośrednią – mówi mój kierowca – którą drogą chcesz jechać?
Nie wiem, co ma dokładnie na myśli.
– Zdecyduj sam – proponuję.
Po chwili zjeżdżamy z głównej drogi w prawo. Saudyjczyk wciąga powietrze głęboko do płuc.
– Tu jest lepsze powietrze! Lepiej się oddycha – pokazuje gestem pachnące łąki. W pewnym momencie zatrzymuje się.
– Picture!
No, rzeczywiście, obok znajduje się kwitnąca wiśnia lub jakaś tarnina. Posłusznie robię zdjęcie obsypanego białym kwieciem krzewu. Przypomina mi się mój jordański driver, który nie znał angielskiego. Podczas objazdu Wadi Rum zatrzymywał swojego jeepa w interesujących miejscach i wołał „Photo!”.
Zorientowałem się właśnie, że jedziemy w kierunku przeciwnym do Abhy. Wjeżdżamy na wąski grzbiet, po obu stronach drogi, w odległości kilku metrów, zbocza stromo opadają w doliny. Zajeżdżamy na niewielki parking, na którym znajduje się już parę samochodów. To Al Sahab Park, popularne miejsce wypadów dla mieszkańców Abhy, a jednocześnie punkt widokowy, gdzie można podelektować się panoramą szerokiej doliny na południowo-zachodnich zboczach grzbietu. Niestety mój kierowca nie uwzględnił jednej rzeczy: jest potworna mgła i właściwie możemy delektować się jedynie mlecznym tumanem przesłaniającym cały świat. Po parkingu kręci się parę dzieciaków, sprzedają wianki zrobione z pomarańczowych kwiatków. Podchodzi do nas 7-latek i próbuje namówić mnie na taki zakup. Muhammad mówi, że nie potrzebujemy, ale ostatecznie bierze od niego wianek i mówi, że to będzie dla mnie gift. Daje chłopakowi swój zestaw, to znaczy wodę i ciastka, które rozdawał wcześniej po drodze pakistańskim robotnikom zbierającym śmieci. Zakłada mi wianek na głowę. Czuję się prawie jak w Waranasi, gdy dostawałem kwiatowe girlandy.
– To nie jest zabawa dzieci – mówi Saudyjczyk – to stary zwyczaj u mieszkańców tych okolic.
To prawda. Kwiatowe wianki, a czasem misternie skonstruowane z ziół, liści i kwiatów nakrycia głowy są czy raczej były często noszone przez mężczyzn z plemienia Qahtani. Dziś Mężczyźni-kwiaty przystrajają swe głowy nie dla urody i zdrowia, lecz by przyciągnąć turystów. Wielu z nich zabiera do domu na pamiątkę wysuszone wianki zrobione z nagietków, bazylii, jaśminu i kozieradki. Qahtanowie, jak wiele górskich plemion w Azji, są dumni ze swej historii i tradycji. Czy są jednak potomkami Izmaela, syna biblijnego Abrahama? Najlepiej to wyjaśnić podczas dorocznego festiwalu „Ludzi-kwiatów”.
Nie ma co tu robić, zjeżdżamy z powrotem w dolinę. Po drodze mijamy wielu sprzątających, Saudyjczyk podjeżdża do każdego z nich i daje mu zestaw: woda plus ciastka. Ja myślę, że ma w zwyczaju obdarowywać robotników cudzoziemskich, być może są kiepsko opłacanym przez pracodawcę. Może, po prostu, zwyczajnie mu żal tych imigrantów. W każdym razie sympatia do tego gościa u mnie stale się powiększa. Widać już zabudowania Abhy, zostało parę kilometrów krętej drogi. Zaczynam trochę przysypiać, więc sięgam po kawę.
– Kręci ci się w głowie od zakrętów? – pyta się kierowca.
– Nie, mało dziś spałem.
Kiwa ze zrozumieniem głową. Wkrótce dojeżdżamy do obwodnicy wokół Abhy.
– Tu możesz mnie wysadzić, tu jest ok – mówię.
Kierowca jednak gestem pokazuje, abym okazał cierpliwość. Skręca w prawo i zaczyna jechać obwodnicą na wschód.
– Zawiozę cię na lepsze miejsce – zapowiada.
Faktycznie, przyjeżdżamy prawie połowę obwodnicy i w końcu wysadza mnie w przy drodze wylotowej w kierunku Chamis. Dziękuję mu za wspólną podróż i daję mu na pamiątkę magnes z Krakowem. Saudyjczyk chce mi oferować jeszcze szal, którym mnie otulił w górach, ale oczywiście odmawiam.
Następna okazja w stronę Chamis Muszajt jest mało atrakcyjna. Zabiera mnie dwudziestoparolatek nastawiony na zarabianie. Co prawda bierze mnie za darmo, ale po chwili zabiera łebka i podwozi kilka kilometrów. Sytuacja się powtarza, bierzemy dwóch Pakistańczyków, dopiero później trafia się Arab, który jedzie aż do Chamis. Tak więc jedziemy upakowani w piątkę. Mam nadzieję, że facet zrekompensował sobie darmowego pasażera. Gdy pierwsza dwójka wysiada po drodze, zaczyna się awantura o zapłatę. Widocznie nie dogadali się dość dobrze, może się nie zrozumieli. Droga jest prosta, pędzimy z dużą prędkością. Tutaj obowiązuje ograniczenie do 120 km/h, nawet gdy przejeżdżamy przez teren zabudowany. W Chamis Muszajt chłopak zawozi mnie na parking i od razu mówi do innych kierowców, że jadę do Nadżran. Na tym placu znajdują się tylko płatne okazje, więc gdy dopadają mnie naganiacze i proponują przejazdu za 200 lub 300 SAR, moją reakcją jest tylko wzruszenie ramion. Odwracam się i idę na wylotówkę z Chamis. Muszę przejść ze dwa kilometry, po drodze mijam interesujący biurowiec w kształcie jajka. Pod sklepem ze sprzętem kuchennym siedzi jakiś Arab. Pytam się, czy zna angielski.
– Tak, trochę mówię.
Siadam koło niego na murku.
– Jesteś stąd?
– Ja z Polski, a ty?
Ibrahim pochodzi z Egiptu, od kilku lat tutaj pracuje. Przed przeprowadzką do Chamis Muszajt pracował w Dżeddzie. Nie narzeka na życie tutaj. Rodziny jeszcze tu nie sprowadził, ale jest dobrze.
Wyciągam komórkę z otwartą mapą.
– Jadę do Nadżranu, ale chciałbym poznać wymowę poszczególnych miast na trasie.
Przyglądamy się trasie na południe. Ćwiczę poprawną wymowę miast po drodze i proszę go, by napisał na kartonie po arabsku nazwy miejscowości Nadżran oraz bliższej – Sarat Abidah.
– Wielkie dzięki – mówię na pożegnanie.
– Powodzenia!
Staję przy drodze, wyciągam planszę i wystawiam kciuk. Nawet sporo samochodów się zatrzymuje, ale wszyscy chcą jechać za kasę. Niektórzy nawet próbują dyskutować ze mną, jak to możliwe, że chcę za darmo, dlaczego nie chce dać pieniędzy. Nie chce mi się tłumaczyć, bo i tak nie znają pojęcia autostopu. W pewnym momencie zatrzymują się nawet trzy samochody i jednocześnie proponują mi podwózkę. Wszyscy chcą pieniądze, w końcu zostaje jeden, który mówi, że mnie weźmie. Upewniam się, czy za darmo – kiwa głową. Niestety, po przejechaniu kilometra kierowca zawraca na rondzie i wiezie mnie w przeciwną stronę.
– Chwileczkę, Nadżran jest z drugiej strony – protestuję.
– Tak, tak w porządku, wszystko jest okej – zbywa mnie.
Myślę sobie: pewno chce podjechać po jeszcze innych łebków. Gorzej, że przy okazji zaczyna mi kłaść rękę na kolanie. Jakiś niewyżyty gej! Sytuacja szybko się wyjaśnia: facet miał na myśli darmową podwózkę tylko na znany mi już parking, skąd są płatne kursy. Jestem wściekły, bo straciłem pół godziny. Mówię mu, żeby odwiózł mnie z powrotem na tamto miejsce, a ten mi każe wysiadać. Awantura na całego. Robi się zbiegowisko, tłumaczę zgromadzonym sytuację, pokazując w komórce tekst po arabsku, że jadę do Nadżran za darmo. Krzyczę na faceta po polsku, bo tak najłatwiej mi wyrażać się dosadnie na temat tego, co czuję w tym momencie. W końcu ustępuję i jak niepyszny wracam na poprzednie miejsce.
Tu zabiera mnie dwóch młodych mężczyzn. Jedziemy, lecz po pięciu minutach nagle zatrzymujemy się. Jestem zdezorientowany, bo chłopaki mówią, że mam się przesiąść do innego samochodu. Nieporozumienie szybko się wyjaśnia – mieli na myśli ich inny samochód, którym pojedziemy razem dalej. Przesiadamy się i w tym samym składzie ruszamy w dalszą drogę. Pytają, czy jadę do Nadżran. Nie jestem pewien, czy dobrze się rozumiemy. W każdym razie odpowiadam, że tam jadę. Po chwili znów się upewniają, czy jadę do Nadżranu. Potwierdzam. Trochę mnie to dziwi, bo mówię to już kolejny raz. Ale poza tym chłopcy są sympatyczni. Mają na imię Zayed i Nurullah.
– Skąd jesteście? Pakistan?
Patrzą na mnie z wyrzutem.
– Z Jemenu!
– Od dawna tu pracujecie?
– To już cztery lata. Najpierw mieszkaliśmy w Nadżranie, teraz w Sarat Abidah.
– Chcecie wrócić kiedyś do Jemenu?
– Tak, oczywiście – odpowiada kierowca i pyta: A ty tu sam, gdzie rodzina?
– W Polsce. Mam tam syna. A wy? Żonaci?
– Nie, nie – śmieje się chłopak – Jeszcze nie.
– W takim razie chcesz za żonę mieć Jemenkę czy Saudyjkę – pytam podchwytliwie.
– Jemenkę. Oczywiście.
Zatrzymujemy się za Zahranem. Oni tu zostają, ja chcę jeszcze stopować. Kupują mi jeszcze kawę w przydrożnym sklepie i robimy sobie wspólne zdjęcia.
– Do zobaczenia, chłopaki!
– Cześć!
Muszę powiedzieć, że mam dziś szczęście do kierowców (poza tym mrukiem, co mnie zabrał do Chamis). Ale co dalej?
Odpowiedź przychodzi po 15 minutach wystawiania kciuka.
– Nadżran?
– Yes!
A zatem – udało się! Jadę z 30-letnim Saudyjczykiem. Jest rozmowny i miły. To dobrze, przed nami jeszcze sto kilometrów. Zmierzch zapada szybko, wokół ciągną się czarne sylwetki nieodległych wzgórz. Na dwóch odcinkach roboty drogowe, zwalniamy, poza tym pędzimy, ile się da. W rozmowie staramy się używać najprostszych słów. Przy trudniejszych Saudyjczyk sięga po smartfon i wpatrzony w ekran wpisuje do translatora słowa lub zdania. Stresuję się, bo jedziemy osiemdziesiątką. Gdy samochód przekracza przypadkowo żółte linie, denerwuję się bardziej.
– Jesteś z Nadżranu? – pytam.
– Nie. Mieszkam w Absze.
– A jedziesz do rodziny czy w interesach?
– Ani to, ani to. Moja znajoma miała operację tam w szpitalu. Jadę ją odwiedzić.
Rozumiem. To bardzo ładnie z jego strony.
Na dziesięć kilometrów przed celem wypatruję miejsca do spania. Nie chcę wjeżdżać do miasta, dziś śpię w namiocie.
– Wysiądę przed Nadżranem – uprzedzam.
Kierowca kiwa głową i kontynuuje rozmowę telefoniczną z kimś z rodziny. Na ostatnim odcinku przed miastem po prawej stronie wyrastają wzgórza, a wysokie skały – o ile mogę dojrzeć w świetle reflektorów – sięgają pobocza. Ciężko będzie tu się rozłożyć z namiotem. Gdy więc pojawia się niewielka kotlina, wołam:
– Stój! Zatrzymaj się tutaj! Proszę…
Z piskiem opon Saudyjczyk hamuje.
– Sorry, ja tu wysiądę. Bardzo dziękuję za podwózkę.
Kierowca jest trochę zdziwiony, ale przyjmuje do wiadomości. Żegnamy się.
Odjeżdża, a ja zostaję sam na tym pustkowiu. Robię szybki skok poza krąg światła z ulicznych latarń i, potykając się na kamieniach, przechodzę przez niewielkie wadi. Tu, na dnie wyschniętego potoku, byłbym nieźle schowany, jest jednak zbyt nierówno. Z trudem wdrapuję się na przeciwległy brzeg i tu mogę w końcu odsapnąć. Przez dłuższą chwilę zastanawiam się, gdzie rozbić namiot. Jakie dokładnie miejsce wybrać? Znajduję niewielki placyk pośrodku kamienistej kotlinki otoczonej wysokimi skałami i rozbijam namiot tuż za mizernym krzaczkiem tak, by nie można było mnie dojrzeć z drogi.
Leżę teraz w namiocie ze sto metrów od szosy prowadzącej do Nadżran. Dobiega mnie usypiający odgłos przejeżdżających samochodów. Światło rzucane przez odległe latarnie sprawia, że w namiocie panuje półmrok. Jest 28-29 °C na moim ciekłokrystalicznym termometrze.
To był długi dzień.
_________________________________________
*/ Nie znam właściwej odpowiedzi. Być może był to perukowiec (Cotinus Mill.), którego delikatne kwiatostany w kolorze jasnobrązowym mogą z pewnej odległości sprawiać wrażenie dymu.