Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Nagarkot - Bhaktapur

środa, 21 III 2007


Trzeba się targować! |Wycieczka do Nagarkot |A wokół kwitły rododendrony... |Zachwycający Bhaktapur |Świątynie na Taumadhi Tola |Jeszcze jeden Plac Durbar |Coś dla starszych dzieci |No chyba zwariowali! |Wieczorny spacer po Thamelu


Nagarkot: tarasy

Dziś musi zapaść decyzja, co do parku narodowego Chitwan. Właściwie Hanka jest zdecydowana jechać z biurem, mi szkoda kasy na pośredników. Z analizy kosztów wynika, że transport, jedzenie i wstęp do parku kosztowałyby nas 45 USD, do tego dochodzą opłaty za przejażdżkę na słoniu, łódką itd. Oferta "zaprzyjaźnionego" z hotelem biura jest za 130 USD za 2 osoby. Czy te wszystkie activities, atrakcje na miejscu, można załatwić samodzielnie za mniej niż 40 USD od osoby? Nie wiem. Nepal okazał się droższy niż przypuszczałem. Jak się później przekonamy, wydawaliśmy średnio 12 USD/osobodzień (bez pamiątek). Porozmawiamy o wszystkim z agentem wieczorem. Obiecał zniżkę.

Na razie w planach mamy wyjazd do Bhaktapur i Nagarkot. Riksza podwozi nas na Bagh Bazar, o 7.30 jedziemy do Bhaktapur za jakieś śmieszne pieniądze (15 rupii/os). Na miejscu jest trochę zamieszania, by jechać dalej trzeba podjechać innym autobusem na drugi, wschodni terminal. Nagarkot: Nepalki
Dlaczego Nagarkot? To miejscowość w górach, z której można obserwować Himalaje, a namówiła nas do tego wyjazdu spotkana wczoraj Argentynka. Dziś jest pochmurno, zresztą będziemy tam stosunkowo późno, ale łudzimy się, że coś zobaczymy. Póki co opuszczamy zielone doliny, wjeżdżamy na zbocza gór. Na tarasach rośnie półmetrowy już ozimy jęczmień(?), kapusta, ziemniaki. Wyżej zaczynają się piękne lasy iglaste. Dominuje tu cedr, są sosny i akacje. Widoki są inne niż w Beskidach, góry jakby większe. Z Bhaktapur do Nagarkotu jest ledwie 18 kilometrów, ale jazda trwa godzinę.
Krajobraz w okolicy Nagarkot zmienia się radykalnie: zbocza są bezleśne uformowane w tarasy, ziemia na nich dopiero co zaorana, posiane zboże jeszcze nie wzeszło. O tym, że jest już wiosna świadczą kwitnące we wsiach i na polach różowe migdałowce.

Jesteśmy na miejscu. Parę domów, sklepów i hoteli. Idziemy 4-kilometrowym szlakiem do Tower - punktu widokowego. Po drodze mijamy jednostki wojskowe, przyzwyczailiśmy się już do stałej obecności żołnierzy w Nepalu. Na zboczach dolin kwitną czerwono rododendrony i biało drzewa owocowe. Jest ślicznie a przede wszystkim cichutko. Droga prowadzi miejscami przez las, a fragmentami po odkrytej wierzchowinie. Posilamy się ciepłymi ziemniakami z soczewicą i tostami z serem.. W końcu jesteśmy na miejscu. Na szczycie wieża widokowa i punkt pomiarowy grawitacyjny - 2152 m n.p.m. Między sosnami bieli się czasza małego obserwatorium astronomicznego, dalej zamglone góry. Himalaje gdzieś daleko na północy... Bhaktipur: strażnik w świątyni Nyatapola
Wracamy. W lesie rozbrzmiewa strzelanina. To wojska rządowe ćwiczą walkę z maoistami. A może rzeczywiście gdzieś trwa potyczka? Przecież dwa dni temu w samym Kathmandu doszło do napadu maoistów na restaurację i rząd zapowiedział "ostateczne" rozprawienie się z bojówkami...

W autobusie do Bhaktapur spotykamy grupę turystów z Japonii. Z niesmakiem obserwuję jak podsuwają lufy swych obiektywów pod nosy nepalskich dzieci. Na szczęście przesiadają się do swego wypasionego dżipa.
W Bhaktapur wysiadamy na wschodnim dworcu i wymijając w ostatniej chwili punkt sprzedaży biletów dostajemy się do starszej części miasta. 22 dolary do przodu! Od tutejszego placu Durbar dzieli nas 15 minut spaceru, ale już na tych odległych uliczkach co i rusz natykamy się na prawdziwe perełki architektoniczne. Rzeźbione drzwi, portale, framugi okien, balustrady i zewnętrzne drewniane panele są naprawdę urocze. Zauważam ciekawą rzecz: to, co nas zachwycało w indyjskim Radżastanie było wykonane w kamieniu, a tu - rzeźbione jest w drewnie. Mijamy kilka ceglanych świątyniek bronionych kamiennymi lwami, a w moment później przechodzimy koło łaźni miejskiej. Dość niezwykłej łaźni, bo w postaci obudowanego zagłębienia, w którym woda wypływa z trzech pięknych rzygaczy w kształcie smoków. To tu Nepalki mogą zrobić przepierkę lub się umyć. A kąpiel jest również niecodzienna, gdyż będąc praktycznie na widoku muszą używać gąbki, by dostać się między luźnymi fragmentami swych sukien do różnych zakamarków ciała. Bhaktipur: relief

I w końcu przed nami zabytkowe centrum. Oczywiście i tu centralny plac zowie się Durbar ;-) Zaczynamy północno-wschodniej części centrum zwanej Taumadhi Tole. Przed nami stoi od trzystu lat olbrzymia, 5-dachowa świątynia Nyatapola. Wchodzimy po stromych schodach strzeżonych kolejno przez parę zapaśników, słoni, lwów, gryfów i bogiń. Moc każdej pary strażników rośnie 10-krotnie. Mimo to udaje się nam dotrzeć do końca schodów. Nie zobaczymy ukrytej wewnątrz bogini Siddhi Lakszmi, gdyż, podobnie jak większość świątyń, i ta jest zamknięta dla turystów. Nie pozostaje więc nic innego, jak obejść ją dookoła zadzierając głowy. Na belkach podtrzymujących dach jak zwykle mnóstwo jest rzeźb i ozdób. Panorama z tego poziomu są wspaniała. Wszędzie wyrastają świątynie, małe, duże, a każdą trzeba będzie obejść, obfotografować, sfilmować. W budynku naprzeciw nas pod samym dachem urządzono kawiarenkę. Turyści piją prawdziwą kawę, dobiega do nas śmiech i dźwięki muzyki. Pozdrawiamy się wzajemnie. Po placu kręci się również sporo białasów, dużo jest też namolnych Nepalczyków.
Schodzimy na plac, mijamy XVII-wieczną, trójpoziomową świątynię Bhairabnath i przez przesmyk między domami dostajemy się na podwórko zajęte przez Til Mahadev Narajan - dwupoziomową świątynię poświęconą Wisznu. Sympatyczny Nepalczyk uśmiecha się do nas; pewnie chciałbyś zdjęcie, chłopczyku, prawda? Jego kolega ma podobne zdanie, bo wdrapał się na kamiennego słonia i pozuje nam. Rzucamy jeszcze okiem na dzwonki zawieszone przed świątynią i mijając kapliczkę Śiwy wracamy na Taumadhi Tole. Tu, przy głównym trakcie turystycznym sporo straganów i kilka mniej ważnych świątyń.
Bhaktipur: Plac Taumadhi Tole

Wydawać by się mogło, że to już wszystko, co było do oglądania. Nic bardziej mylnego! Skręcamy teraz w ciemną i wąską uliczkę i po chwili znajdujemy się na prawdziwym placu Durbar! To tu jest i Pałac królewski i posąg króla z kobrą i dużo, dużo świątyń.
Zaczynamy od pałacu królewskiego zbudowanego przez króla Jaksza Malla. Odszukujemy Złotą Bramę.(Sun Dhoka). Jest istotnie zwieńczona postacią Garudy, lecz wbrew temu, co twierdzi Pascal, wierzchowiec Wisznu wcale nie walczy z wężami. Mało tego! Bogini Teledżu Bhawani umieszczona poniżej, ma jedynie dziesięcioro rąk, o sześć mniej niż wspomina przewodnik. Hm. Mała rzecz a drażni! Wchodzimy na remontowany dziedziniec Pałacu Pięćdziesięciu Pięciu Okien. Dość ciemno tu, niewiele wyjedzie na zdjęciach, zawracamy. I tak, jako obcokrajowcy, nie możemy przejść dalej.
Naprzeciw Złotej Bramy, jak łatwo się domyślić, ustawiona jest kolumna z posągiem króla Bhupatindry Malli. Król jest zdaje się zaczarowany. W czasie mojej obecności król miał bowiem złożone ręce do modlitwy, podczas gdy przewodnik Pascala podaje, że król siedzi z "założonymi ramionami". Czyż to nie jest objaw czarów?
Tuż przy kolumnie stoi biała XVII-wieczna świątynia poświęcona Durdze Watsali, a obok - zawieszony przez króla Dżaja Randżita Mallę dzwon zwany Taledżu. Do świątyni niestety nie da się wejść, sznurek zagradza schody. Trzeba jednak dopowiedzieć, iż ta mała świątynia, postawiona na wysokim cokole z licznymi wieżyczkami i spiczastą sikharą pozytywnie wyróżnia się na tle otaczających ją ceglanych świątyń.
Bhaktipur: Plac Durbar

No dobrze, teraz coś dla starszych dzieci - świątynia Paśupatinath. XVII-wieczny dwudachowy budynek stanowi przepiękne połączenie ceglanego muru z drewnianą rzeźbą. Portale potrójnych ażurowych drzwi są połączone ze sobą, nadproże środkowych drzwi jest ozdobione półkolistą drewnianą płaskorzeźbą pełną zawiłych scen z życia bogów. Ciekawsze są jednak ukośne belki podpierające okap dachu. Znajduje się na nich 36 postaci wielorękich i wielogłowych bogów. Uważne oko dostrzeże na końcu belki niewielkie scenki erotyczne. Brak im elegancji rzeźb z Khajuraho, ale warto zerknąć na ekwilibrystyczne popisy nepalskich pań i panów
Właśnie pod tą świątynią spotykamy kolejny raz wycieczkę Logostouru (Śliwka). Hanka jak zwykle rozmawia z paniami, ja wykorzystuję czas na fotografowanie. Zaglądamy jeszcze do wschodniej części placu. Interesująca jest kamienna świątynia Siddhi Lakszmi, która jest jak gdyby pomniejszoną replika świątyni Nyatapola. Tu również na schodach prowadzących do sanktuarium ustawiono pięć par strażników. Tym razem postacie są niewielkie i niekiedy zabawne - jak choćby rzeźby kobiet z psami i wyrywającymi się z rąk dziećmi. I znów się przyczepię do Pascala: gdzie autorzy przewodnika dostrzegli na schodach wielbłąda? Ja nie widzę ;-)
Nieco dalej na placu znajduje się świątynie Vatsala oraz Phesidega - ta druga również ze strażnikami. Turyści wolą się jednak fotografować przed kamiennymi lwami ustawionymi pośrodku placyku.
Bhaktipur: Plac Durbar

Właściwie możemy już wracać, zwłaszcza że zachmurzyło się i zaczął siąpić drobniutki deszcz. Musimy jeszcze odszukać świątynię Słoni-kochanków znajdującą się w pobliżu świątyni Śiwy i Parwati. Jest ona niewielka i raczej mało ciekawa, wypada jednak zobaczyć płaskorzeźbę z parą kopulujących w pozycji misjonarskiej słoni. Wychodzimy z placu główną bramą starając się dostrzec cenę za wstęp. Hm... 11 USD od osoby? Zwariowali zupełnie!
W pół godziny później wsiadamy do autobusu i opuszczamy Bhaktapur jadąc niezwykłą aleją. Potężne drzewa - dziś dwumetrowej średnicy - posadzone ongiś przy drodze zostały obudowane małymi świątyńkami. Z upływem czasu drzewa się rozrosły, rozsadziły mury kapliczek. Teraz ich fragmenty są wrośnięte w drewno, lub trzymają się w kupie tylko dzięki kolorowym sznurom opasującym pień.

To już tyle zwiedzania miast królewskich. Każdy z trzech placów Durbar (w Kathmandu, Patan i Bhaktapur) okazał się nieco inny, choć ma podobne elementy - choćby posągi króla siedzącego z kobrą przed własnym pałacem. I mimo wcześniejszego zniechęcenia - cieszę się, że dziś tu przyjechałem. Bhaktipur: patchwork

Na drodze do Kathmandu panuje duży ruch, w mieście korki i smog. Przygotowujemy w hotelu jutrzejszy wyjazd do Parku Narodowego Chitwan. Z przedstawicielem biura obgadujemy warunki i szczegóły wyjazdu. Akceptujemy cenę 65 USD za trzydniowy pakiet. Mamy nadzieje na bliskie spotkanie z miejscową przyrodą.

Wieczorem wychodzimy na spacer po turystycznych uliczkach - mnóstwo materiałów, jedwabnych sari, szalów z paszminy lub z wełny jaka... Kolorowo do bólu oczu. Nic tylko kupować i kupować... Kręcimy się dość długo jestem niezdecydowany, w końcu kupuję dwa wełniane szaliki - dla siebie i dla Sergiusza. Wracamy doskonale już nam znaną uliczką Paknajol. Z ciekawością zaglądam do sklepików i warsztatów na parterze domów. Mimo późnej pory, jest przecież ósma wieczór, w wielu miejscach Nepalczycy jeszcze pracują. Oto zakład produkujący bębenki. W kącie i na półkach poukładane starannie bębny damaru. "Namaste!" Uśmiecham się do młodego mężczyzny kończącego właśnie naciąganie skóry na kolejnym bongosie. Nepalczyk pozdrawia nas, bierze gotowy bębenek i odgrywa kilka rytmów dowodząc jakości swych wyrobów. Odszukujemy nasz hotel i zmęczeni zasypiamy. Przed nami trzy dni w Royal National Park Chitwan, później Pokhara i wyjazd do Indii. Bhaktipur: cegły

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej