Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]
Najbardziej "faszystowska" świątynia | Wciąż się użeram | Chandni Chowk: meczet i gurdwara | Masz kasę – możesz jeść! | Wstrząsające widoki | Drzemka w meczecie | Świętujemy urodziny Proroka | Jeszcze kilka obrazków | Śmigamy na lotnisko
Pożegnanie z Indiami. Z pewnością nie wszystko widzieliśmy w Delhi, w planach było między innymi zoo, chcieliśmy popatrzeć na krokodyle, których zabrakło w Chitwan. Moglibyśmy zobaczyć jeszcze mauzoleum Safdarjanga, grobowiec Hamayuna i Muzeum Narodowe. Jednak absolutnie nie żałuję tego. Widzieliśmy już tak dużo, że czujemy przesyt. W końcu mieliśmy się ograniczyć w stolicy do dużych zakupów... Na deser zostawiliśmy sobie świątynię Lakshmi Narayan.
Wstajemy dziś wyjątkowo późno – o 7:00, zakupy upychamy w plecaku, o dziwo! zmieściły się. Bierzemy motorikszę i za 20 rupii jedziemy na Mandir Marg. Kierowca dużo mówi po angielsku, chciałby nas wozić i później. Hm, jeśli chce – niech czeka. Lakszmi to duży kompleks w tonacji wiśniowo-żółtej. Budynek świątyni ma wiele wież i przybudówek. Wewnątrz dużego hallu ze śpiewającymi ptaszkami znajdują się trzy ołtarze: Durgi, Kriszny z żoną Lakszmi oraz Śiwy. Przypomina się kalkucka świątynia Birla Mandir – ten sam układ bogów, nawet na zewnątrz, na placu przed świątynią, odnajdujemy trąbonosego Ganeśę – po prawej i małpiego Hanumana – po lewej stronie. Ale to, co najbardziej zwraca uwagę w tej świątyni to nagromadzenie swastyk. Jest to najbardziej "hitlerowskie" miejsce w Indiach, jakie widziałem. Ten, liczący 8.000 lat aryjski symbol pomyślności jest obecny i na wieżach, i na balustradzie na piętrze, i w wielu innych miejscach.
Ta sterylnie czysta (przynajmniej na pierwszy rzut oka) świątynia zdaje się być wybudowana tylko do zwiedzania. Jest zupełnie inna od małych świątyń pełnych Indusów – zaśmieconych, przesyconych zapachem kadzidła, wypełnionych dźwiękiem dzwonków i śpiewem modlitw. Przypomina mi piękny, lecz zimny meczet Hassana V w Casablance tak różny od tętniącego życiem meczetu Omajjadów w Damaszku.
W ogrodach świątyni Lakszmi postawiono sporo pomników bohaterom narodowym lub postaciom mitycznym. Jest m.in. Aśoka, także dwa naturalnej wielkości marmurowe słonie. Za świątynią Lakszmi znajduje się kilka mniejszych świątyń. Jedną z nich wybudowano na wzniesieniu, strome schody kończą się nad podłużną sadzawką. Obok – sztuczne głazowisko: posklejane betonem głazy tworzą niewielki pagórek, wewnątrz – groty i korytarze. Podobne obiekty widziałem w Chinach, pod Kunmingiem. Ciekawe...
Zaglądamy do buddyjskiej świątyni stojącej nieopodal przy Mandir Marg. Oprócz starszej kobiety śpiewającej smętnie modlitwę – nic ciekawego. Wracamy rikszą na Pahar Ganj.
– 40 rupii?
– Nie, dam 20 rupii – kręcę głową.
– OK! – kierowca kiwa głową.
Po pięciu minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Płacę, czekam na resztę. Indus udaje, że nie wie, o co chodzi.
– Trzydzieści – mówi.
Nie mam już sił do nich.
– Nie!!! – ryczę – Dwadzieścia!
Dobrze, że to ostatni dzień...
Na Main Bazar kupujemy jeszcze kilka drewnianych drobiazgów – są tak ładne, że chciałoby się je kupować bez końca. Hanka, zachęcana przeze mnie, wciąż szuka sari w brązowym kolorze. Jest, co prawda, niedziela, część sklepów jest pozamykana, lecz w końcu znajduje "swój" materiał. Jest niby zadowolona z sari za 250 INR, ale pięćdziesiąt metrów dalej trafia na ładniejszy (i tańszy) materiał. Hm... Na szczęście nie mamy już rupii przy sobie.
W hotelu przydarza się nieprzyjemny incydent. Chcemy zatrzymać pokój do wieczora (samolot jest o 2:00 w nocy), jednak hotelarze chcą pełną stawkę, jak za dobę. OK, ich prawo! Gdy jednak nie pozwalają zostawić bagażu do wieczora – jestem wyraźnie zły! "To pierwszy taki hotel w Indiach" – mówię Indusowi – "będę o tym pamiętać" – odgrażam się.
Plecak zostawiamy ostatecznie w przechowalni bagażu na dworcu New Delhi. Przy Bramie Adźmerskiej bierzemy rikszę i podjeżdżamy na Chandni Chowk – głównej ulicy handlowej w Old Delhi. Jej początkiem jest meczet Fatehpur, kończy się pod Czerwonym Fortem. Naszym priorytetem jest znalezienie kantoru z walutami, banki są dziś nieczynne. Póki co wstępujemy do wspomnianego Fatehpur Masjid. Meczet pochodzi z połowy XVI wieku, nie oszałamia swym wyglądem, jest przynajmniej żyjący: muzułmanie śpią po kątach, myją nogi przy umieszczonych z boku kranach, modlą się, z kuchni dolatują jakieś przyjemne zapachy... Dajemy sobie pół godziny wytchnienia. Hanka rozmawia z ładną Induską, dziewczę nie jest muzułmanką, pokazuje swój święty obrazek z Kriszną. Ciekawe, na kogo tu czeka?
Chandni Chowk. Zaglądamy do sklepów z ciuchami, materiałami i butami, zajęcie dość dziwne, jako że nie mamy 10 rupii przy duszy. Trafiamy na gurdwarę, świątynię sikhijską. No! tej świątyni nie przepuścimy. Zastanawiam się, czy nasza wspólna sympatia do sikhizmu byłaby równie silna, gdyby nie pierwsze zetknięcie z czarującym Sikhem w Pushkarze? Obmywam stopy przechodząc przez korytko z wodą, kilka schodów i wchodzę do innego świata. Jest tu zupełnie inaczej niż w rozgorączkowanym Amritsarze, inaczej niż w opustoszałym Pushkarze... Tu modlących się jest mnóstwo, ale panuje miła, melodyjna można powiedzieć atmosfera. Wnętrze wyłożone dywanami zajęte jest przez setkę wiernych. Siedzą po turecku, modlą się lub przysłuchują słowom z księgi Guru Granth Sahib. Za stolikiem siedzi Sikh w czerwonym turbanie, rozmawia z podchodzącymi mężczyznami, później powraca do lektury swej księgi. Otoczony jest koszami pełnych kwiatów. Gladiole i skrzący się miniaturowymi lusterkami złoty żyrandol nadają temu miejscu niepowtarzalny wygląd. No i ta muzyka grana przez trzech siedzących z boku Sikhów. Chciałbym tu zostać dłużej, lecz Hanka czeka na mnie na zewnątrz. Przy wyjściu – krótka kolejka chętnych do serwowanego na tekturowych tackach darmowego posiłku.
Idziemy dalej. Oto i Czerwony Fort, miejsce, na którego widok w telewizji będę się uśmiechał... Podobnie zresztą jak do innych miejsc w Indiach. Bo czyż to nie jest miłe uczucie spojrzeć na coś znajomego i pomyśleć sobie: "Tak, tu byłem!"? W kasie "Red Fortu" wymieniam 10 USD (na 430 INR). Z takim majątkiem w kieszeni poczuliśmy wielki głód, idziemy więc coś zjeść. Obiecywaliśmy sobie wytworną kolację na zakończenie trampingu, ale ochota na nią (przynajmniej mi) przeszła. Odnajdujemy knajpkę, bierzemy masalę dosa i masalę paneer, prawdziwą herbatę, a na deser kulfi – lody z wiórkami kokosowymi. Takie mrożone ścinki kokosowe, ale z dodatkiem soku cytrynowego jadłem w zeszłym roku w Iranie. Wodę piję z metalowego kubka – podawane są one zwykle w knajpach dla localsów wraz z uzdatnioną wodę w metalowych naczyniach. W końcu to ostatni dzień w Indiach, trudno przejmować się ewentualną biegunką. Hanka, jak zwykle pije wodę butelkowaną.
Na bazarze przy Czerwonym Forcie natrafiam na sprzedawcę dmuchanych poduszek.
– 200 rupii
Uśmiecham się i powtarzam do znudzenia: "40 rupii", aż Indus zaakceptuje moją cenę. W porządku, ma Hanka poduszkę, jeszcze jedna niepotrzebna rzecz w plecaku.
Następny przystanek proponuję w Meczecie Piątkowym. Tam cień będzie za darmo, przecież nie możemy bez końca chłodzić się w klimatyzowanych sklepach z pamiątkami udając, że chcemy coś kupić za ustaloną, astronomiczną cenę. Przy uliczce z fajerwerkami – tragiczny obraz. Oto przy rynsztoku leży 30-letni Indus, stopy ma powykręcane, nogi podkurczone. Ubrany jest w ledwo trzymające się na nim łachmany. Przez jego ciało przebiegają skurcze i dreszcze. Mężczyzna nachyla się nad ściekiem i zanurza usta. Nabiera cuchnącej cieczy i powoli porusza bezzębnymi szczękami rozmiękczając jakieś jedzenie trzymane w ustach. Nikt nie zwraca na niego uwagi, sklepikarze i przechodnie zajęci są swoimi sprawami. To też jedna z twarzy Indii.
Sto metrów dalej czerwienią się mury meczetu. Przysiadamy na moment na schodach poznaczonych niewielkimi kałużami. To miejsca, gdzie przed chwilą sikały muzułmanki. To naprawdę jest niesamowite – przecież tuż obok są szalety w meczecie... Dziedziniec jest rozpalony niczym patelnia, nie sposób chodzić tu boso, poruszamy się tylko po chodnikach rozłożonych w różnych kierunkach. Siadamy, a właściwie kładziemy się w podcieniach meczetu. Schłodzony wiatr przewiewa między kolumnami, słychać rozmowy indyjskich muzułmanów. Z zewnątrz dobiega do nas gruchanie gołębi licznie okupujących kopuły meczetu. Jest dobrze. Popadamy w godzinną drzemkę. Z błogostanu wyrywa nas głośne wezwanie do modlitwy. Że też musieliśmy ułożyć się pod megafonem!... Mężczyzna w białej galabiji wygania nas z podcieni, siadamy na schodkach w towarzystwie delhijskich studentów. Opowiadamy skąd jesteśmy i tłumaczymy, gdzie leży ten kraj, w którym morduje się krowy.
Rozmawiamy o meczetach.
– W Fatehpur Sikri widzieliśmy również wspaniały meczet.
Chłopcy milczą, nie znają miejsca.
– Byliście w Agrze? – pytam.
– Nie.
Hm, 20-latek nie ruszył tyłka do oddalonego o dwie godziny jazdy najpiękniejszego ponoć miejsca w Indiach? Może go po prostu nie stać na taką podróż?
Właściwie trudno mi powiedzieć, czy Indusi uprawiają turystykę. Ci, których widzieliśmy w hotelach sprawiali wrażenie jadących do rodziny, na pielgrzymkę lub w celach handlowych. Ale może się mylę.
Od strony wschodniej bramy dolatują do nas okrzyki i muzyka. Coś się dzieje. Na schodach, na placu przed meczetem i na sąsiednich ulicach – tysiące muzułmanów. Kilku brodatych imamów przemawia do zgromadzonych z prowizorycznej trybuny. Tłum odpowiada okrzykami i wiwatami. Przez ludzkie mrowie z trudem przeciska się ciężarówka. Na pace grupa kilkunastu mężczyzn wymachuje zielonymi sztandarami. Co chwilę z ciężarówki lecą w kierunku rozradowanych ludzi woreczki z wodą lub pomarańcze. Ot, takie gratisy z okazji święta. Dziś przecież jest ciąg dalszy obchodów rocznicy urodzenia Mahometa przypadającej w dwunastym dniu Rabi'al-Awwal, trzeciego miesiąca muzułmańskiego.
Mieszamy się z tłumem, popychani i zgniatani przedzieramy się w stronę Adjmeri Gate. Wreszcie trochę luzu... Sprzedawca, muzułmanin, przy którym się zatrzymaliśmy zachęca mnie do wiwatowania. Chce bym powtarzał jakieś słowa w hindi...
Wracamy na dworzec. W małych sklepikach pełno ozdobionych świecidełkami papeterii. Zwraca uwagę komplet z dużą swastyką. Ciekawe, czy list w takiej kopercie dotarłby do adresata w Polsce?
16-letni rikszarz proponuje nam swe usługi. Ale, jak taka drobna chudzina byłaby w stanie nas zawieźć na dworzec? Dziękujemy, lecz chłopak wciąż prosi, widać bardzo chce zarobić kilka rupii. Jedzie za nami aż do Bramy Adźmerskiej, a nam serce się kraje... Tu, pod murem bramy, przykucnął mały pucybut ze swym warsztatem pracy. Czeka na klientów, uśmiecha się do nas. Tak sobie myślę, że ciężko jest chyba zrozumieć polskim dzieciom, w jak komfortowej są sytuacji mogąc się uczyć w normalnej szkole...
Zostawiam Hankę przy targowisku pełnym narkomanów korzystających z usług dziadka-dilera i szybkim krokiem obchodzę okoliczne punkty gastronomiczne w poszukiwaniu owych liściastych talerzyków, z których przez ostatni miesiąc jedliśmy uliczne posiłki. Hanka wymyśliła, że takie talerzyki będą miłym urozmaiceniem kolacji podczas brydża w Krakowie. Jak na złość jedzonko na liściach serwuje tylko 12-letni sprzedawca. Chce za 10 talerzyków 20 rupii! Co za tupet!
W powrotnej drodze na targowisko trafiam na kolumnę policjantów uzbrojonych w drewniane pałki i bambusowe tarcze – widocznie wracają z akcji pod Jamma Masdżid. Wymijając ich, pechowo zahaczam kieszenią spodni o jakiś pręt, w wyniku czego nogawka rozdziera się na długości 20 centymetrów. Ozdobione później agrafką spodnie będą mnie upodobniały jeszcze bardziej do indyjskiego włóczęgi.
Odbieram plecak z dworca, 10 rupii jest niewygórowaną ceną nie tylko za przechowanie bagażu, ale i za możliwość zobaczenia 25-centymetrowych szczurów spacerujących między walizkami...