Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]
Drapie mnie w gardle | W dżinijskiej świątyni | 108 rzeźb XXIII tirthankary | O haveli, która chciała być wyższa niż pałac | Hindus się żeni! | Noc na hotelowym dachu
Zaspaliśmy. Podobno budzik dzwonił, ja go jednak nie słyszałem. Drapie mnie w gardle po wczorajszej mrożonej pepsi. Oprócz codziennej kawki wypijam więc polski rosołek.
Idziemy najpierw do dżinijskiej świątyni Rikhabdev otwartej dla turystów między 7:00 rano a południem. Podobnie jak przedwczorajsza świątynia w Amber – ta również jest niewielka. Wewnątrz, pośrodku znajduje się garbhagriha (sanctum sanctorum) – malutkie pomieszczenie dla Buddy, przed nim, w antrali – pomiędzy rzeźbionymi kolumnami ustawiony jest mini-stoliczek z kadzidełkami i obowiązkową skarbonką na datki. Każda kolumna ozdobiona jest z czterech stron postaciami przedstawiającymi bogów i boginie. W głównej części świątyni, w mandapie, stoi grupa kolorowo ubranych kobiet. Podeszły właśnie do bocznego ołtarzyka ozdobionego frędzlami i lusterkami. Modlą się, głaszczą marmurowe elementy ołtarza, kłaniają się, coś tam przyśpiewują...
To niewielkie pomieszczenie dla Buddy, o którym wspomniałem wcześniej, mieści jeszcze trzy inne posągi Buddów – widać je przez małe okienka z boków i z tyłu. Zewnętrzne ściany garbhagriha pokryte są niezliczoną ilością posągów i płaskorzeźb rozmieszczonych na kilku poziomach. Wokół biegnie korytarzyk zwany pradakhina, po jego drugiej stronie znajduje się galeryjka z kilkudziesięcioma popiersiami Buddów i hinduskich bogów. Jak widać świątynia Rikhabdev ma "cebulową" strukturę: wewnętrzna budowla otoczona jest ścianami i przykryta dużą sikharą w kształcie cygara.
Spacerujemy sobie po owej galeryjce oglądając posągi, lecz wzrok przyciągają przede wszystkim rzeźby pokrywające wewnętrzną świątynię. Ileż tu postaci w najróżniejszych pozach, ileż tu pięknych półnagich kobiet z idealnie krągłymi piersiami!
W sąsiedniej świątyni Chandraprabhu zwraca uwagę okrągłe sklepienie kopuły pokryte rzeźbami. Równie wspaniałe są zdobienia kolumn i łuków. Nagromadzenie ozdób sprawia, że ich konstrukcyjne znaczenie gdzieś znika, całość sprawia wrażenie wielkiej rzeźby. Obchodzimy wokół główny ołtarz, znów czterech Buddów i rzeźby pokrywające "wewnętrzne" pomieszczenie. Trzeba jednak dopowiedzieć, że ta część świątyni wygląda skromniej niż w Rikhabdev Temple. Można za to wyjść schodkami na galerię i z bliska przyglądnąć się kopule ze stu ośmioma marmurowymi postaciami Pana Parasnatha, syna króla Ashvasena i królowej Vamadevi, a przy okazji XXIII tirthankary.
Dwie kolejne świątynie Parsanath i Sambhavanth dostępne są dla turystów dopiero od 11:00, idziemy więc do hinduistycznej świątyni Laxminath. By się tam dostać, wracamy na plac przed pałacem-muzeum i skręcamy w sąsiednią uliczkę. W niewielkiej świątyni również obowiązuje brak obuwia i... skórzanych pasków. Wnętrza są niesamowicie barwne i pełne wschodniego przepychu. Siadam w kąciku i przyglądam się modlącym hindusom.
Opuszczamy fort i idziemy jeszcze raz do pałacu Mandir. Cena wstępu jest umiarkowana, plączemy się po kilku salach, trochę tu ładnych luster, obrazów przedstawiających pola bitewne, są także portrety maharadżów. Co ciekawe, portrety są dwóch rodzajów, en face i z profilu, w pewnym okresie nastąpiła zmiana stylu.
W drodze do hotelu zahaczamy o kolejne, trzecie już haveli. Salim Singh ki Haveli jest chyba najmniej atrakcyjne, ale ma ciekawą historię. Miał to być najwyższy budynek w Jaisalmerze, architekt zaprojektował dwie podziemne kondygnacje, w których znajdowały się cysterny na wodę noszoną ponoć przez kobiety z odległych ujęć. Budowa postępowała szybko, lecz, gdy maharadża odkrył, że haveli zrówna się wysokością z jego pałacem – kazał rozebrać ostatnie dwa piętra.
Czas pożegnać się ze Złotym Miastem. Jak dotąd Jaisalmer wywarł na nas największe wrażenie. Jedziemy teraz do kolejnego "kolorowego" miasta – Jodhpuru. Po pięciu godzinach drogi autobusem przez półpustynne obszary Radżastanu docieramy do "błękitnego miasta". Pozwalamy naganiaczom zadecydować o naszym noclegu, interesuje nas tylko niska cena. Zanim dojedziemy do centrum trafiamy na korek spowodowany przemarszem orszaku weselnego. Zatrzymuję rikszę i wyskakuję z aparatem. Pan młody wystroił się, nałożył czapkę, zawiesił sobie na szyi sehrę – wieniec z białych kwiatów i dosiadł wierzchowca. Teraz, w towarzystwie kolorowo ubranych czarownych tancerek i hałaśliwej orkiestry jedzie do domu panny młodej. Orszak otoczony jest dziewczętami niosącymi lampiony zasilane energią elektryczną z generatora pchanego na wózku. To moje pierwsze spotkanie z weselnikami, w następnych dniach będzie ich więcej.
Nasz hotelik jest z gatunku "dla Hindusów", znajduje się przy bazarowej hałaśliwej ulicy. Wybieramy pokój na dachu, małej nadbudówce. Z tego miejsca roztacza się fantastyczny widok na fort zbudowany na 125-metrowej skale. Mimo zmęczenia ruszamy na krótki rekonesans. Ulica, przy której mieszkamy, to długi ciąg sklepów z tekstyliami. Ileż tu materiałów, szali, sari! Półki uginają się od bel kolorowych tkanin, wystawy kuszą wyszukanymi wzorami sari i sukni, sklepikarze rozrzucają przed klientami stosy mięciutkich jedwabnych lub wykonanych z paszminy chust. Trudno się jednak Europejczykowi zdecydować, indyjskie wyroby mają zbyt dużo krzykliwych kolorów, zbyt dużo cekinów, złotych lamówek i naszytych koronek.