Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Patan

wtorek, 20 III 2007


Wędrówka po ślicznym Patanie | Zachwytów końca brak! | Świątynie na Placu Durbar | Sprytni poddani króla | Kamienne reliefy i rzeźby | Skarby patańskiego muzeum | Warto było! | O fizyce, estetyce i ekonomii | Zagrożone finanse | Przed stupą króla Aśoki | Zakupów ciąg dalszy | Spotkanie z Kumari|Świątynia Gołębia"


Patan: staruszek

Dziś wycieczka do drugiego królewskiego miasta – Patanu. Ale najpierw spacer na ulicę Tridevi Marg. Łatwo się domyślić, że celem będą trzy świątynie. I rzeczywiście, na podwórku stoją tam skromne trzydachowe budynki pomalowane na czerwono. Poświęcone zostały ponoć boginiom Mankamnie, Jawalamai i Dakshinkali. Szybko oblatuję je wokół, na belkach podpierających dachy – scenki erotyczne, prawdę mówiąc nic ciekawego (sic!).

Podjeżdżamy teraz rikszą w okolice Bagh Bazar i wsiadamy do podmiejskiego autobusu. Droga z Kathmandu do Patanu nie jest długa, oba miasta stanowią konurbację. Pół godziny później wysiadamy na placu Pul Chowk i, pomni wczorajszych doświadczeń z płaceniem za wstęp na plac Durbar, idziemy do centrum wybierając nieco okrężną drogę. Pomijając ewentualny aspekt finansowy (do końca nie jestem pewien, czy będą kasy), nasz spacer ma same zalety: unikamy zatłoczonej ulicy Dau Bahal i poznajemy stare miasto od mniej turystycznej strony. Dosłownie, co kilkadziesiąt metrów trafiamy na świątynie, zaglądamy na przepiękne podwórka, by i tam odkryć małe kapliczki, pomniczki i ołtarzyki. Między zwyczajnymi czasem domami trafiają się wspaniałe perełki architektury sakralnej, starutkie świątyńki o dachach porośniętych trawą, z niszczejącymi rzeźbionymi portalami. "Patrz – mówię do Hanki – jaki on piękny!". Wśród wijących się węży siedzi Wisznu. Dwie ręce złożył do modlitwy, drugą parę rozłożył w szerokim papieskim geście. Bóg ma ptasią głowę, a zza pleców wystają skrzydła, może to więc Garuda? Trzy domy dalej – kolejna świątyńka, przy wejściu dwa kamienne lwy, czoła mają ozdobione różową farbą. Drewniane rzeźbione słupy i znów kamienny relief z wężami. Patan: zabawa Na następnym podwórku dzieci bawią się w gonionego. Wiadomo, że najlepiej do tego się nadaje kapliczka w kształcie dzwonu. A teraz niewielki placyk, a na nim dwie, nie, trzy! świątynie. Większa, ceglana i pomalowana na bordowo, ma trzy dachy, ich koniuszki są wywinięte ku niebu, przypomina chińskie pagody. Świątynia, obok której stoję też jest ciekawa, chyba starsza. Na drewnianej belce widzę relief przedstawiający boga zjadającego człowieka. Ani chybi to Narsinha – "człowiek-lew", jeden z awatarów Wisznu. Przed świątynią – charakterystyczna dla Orientu konstrukcja podtrzymująca dzwon. Ma zapewne kilkaset lat, rzeźbiona kamienna rama zwieńczona jest mandalą. Tym razem do źródła buddyjskiej mądrości przyszły nie złote kozły, lecz... dwie małe świnki. Sąsiednia świątyńka zwieńczona sikharą jest również kamienna, właściwie jedynym ładnym elementem jest tu Wisznu wypełniający niewielką niszę na dachu. Nogi złożył w pozycji virasana, chyba cos tłumaczy, bo dłoń ułożył w geście vyakhyana. Na progu przycupnął stary Nepalczyk, zapalił papierosa i nad czymś się zadumał. Twarz ma pomarszczoną, włosy i szczecinę siwiutką. Przyjechał tu chyba na motorze, bo dostrzegam za murem skrawek pojazdu. Rozglądam się po placu i odkrywam... no tak, już wiecie! Czwartą świątyńkę. Jest kopią poprzedniej, tyle tylko, że na jej progu usiadła starsza kobieta. Patan: Plac Durbar

Opuszczamy ten bezimienny dla nas placyk i wąskimi uliczkami idziemy dalej. Znów podwórka z drewnianymi triforiami, kamienne pomniki, drzwi z miniaturowymi scenkami na płycinach. I pomyśleć, że to wszystko występuje tu w takich ilościach! I że jest takie "bezpańskie". My zachwycamy się swymi srebrnymi Drzwiami Gnieźnieńskimi, mieszkańcom Patanu nie starczyłoby życia, by się wszystkim nazachwycać! "Prosiaki z jabłkami!" – Hanka wskazuje mi ręką niewielkie metalowe rzeźby przed kapliczką. Hm, zwierzęta rzeczywiście przypominają świnki, lecz są to szczury! Szyje i nogi mają ozdobione dzwoneczkami, siedzą jak psy i podają łapką... no właśnie? Co to może być? Takie okrągłe? Nieco dalej natrafiamy na zabezpieczony wysokim płotem zabytkowy dom. Jego czarna ściana pokryta jest roślinnymi ornamentami i religijnymi symbolami. Mamy wrażenie, że całe miasto to wielkie muzeum! A przecież jeszcze nie dotarliśmy do placu Durbar! Ale oto i on. Patan: Plac Durbar

Za kamienną bramą z idiotycznym napisem "Welcome" widzę długi rząd świątyń po lewej stronie; prawa strona zajęta jest przez XVII-wieczny królewski pałac. To nagromadzenie świątyń i pomników jest doprawdy zadziwiające. Stoję tak chwilkę, napawam oczy tymi widokami, słucham rozbrzmiewających wokół nawoływań sprzedawców i zwykłego gwaru. Jestem tak podekscytowany, że początkowo nie dostrzegam stojących przy mnie pomników Hanumana, Ganeśi i Narsinhy. Vis-á-vis pomników stoi świątynia Kriszny. Jej trzy kondygnacje to harmonijnie rozłożone na planie ośmiokąta kopułki i kolumny. Tuż za świątynia na podwyższeniu ustawiono dzwon Teledżu. Przekaz zaczerpnięty z Pascala mówi, że głos jego zawiadamiał króla o przybyciu poddanych chętnych do złożenia skargi. No, ja nie chciałbym być tak odrywany od królewskich zajęć! Dopiero kolejna świątynia Hari Śankar, wzbudza moje prawdziwe zainteresowanie. Dach ma trzy poziomy, belki je podpierające pokryte są dużymi kolorowymi postaciami bogów. Spotkać tu można Wisznu w "płonącej" koronie, postacie mają często trzy pary rąk, nogi na ogół skrzyżowane. Jakoś nie dostrzegam tu scen "mąk potępionych", które opisuje Pascal. Pff...!

Między drewnianymi karbowanymi kolumnami siedzą dwie nastolatki. Jedna ubrana całkiem po europejsku, druga w fioletowych spodniach z lycry i w fioletowym cienkim szalu przerzuconym przez ramię. Plotkują. Patan: uczniowie

Przed królewskim pałacem jak zwykle stoi kolumna z posągiem władcy. Tym razem na kolumnę wdrapał się król Joganarendra. Siedzi tam od 307 lat w średniomiłym towarzystwie kobry zwisającej mu nad głową. Gadzina też się chyba męczy – na głowie przycupnął jej ptaszek. Przekaz głosi, że kiedy ptaszek odfrunie król będzie miał kłopoty. I dlatego od lat król po przebudzeniu spoglądał na ten swoisty barometr. Usłużni, a może tylko sprytni poddani króla zrobili mu jednak psikusa – ptaszek w Patanie jest metalowy, nie odleci! Gorzej mieli władcy mieszkający w Kathmandu – istna loteria.

Za kolumną skryła się... hm, czy cokolwiek może się za nią skryć? Więc dobrze, za kolumną stoi niewielka świątynia Wisznu. Jest skromniutka, mało atrakcyjna, tylko na sikharze połyskuje złotem mandala. Na topie ciemny otwór zaprasza do wnętrza.

Obok duża świątynia Wiśwanath poświęcona Śiwie. To raczej pałac z trzema kondygnacjami i podcieniami. Nie muszę już chyba opisywać, jak dekoracyjne są drewniane elementy kolumn. Na parterze między kolumnami rozłożył się starszy Nepalczyk. Podkurczył nogi i śpi. Przed świątynią spotykamy parę słoni z przewodnikami siedzącymi im na karku.

Jest godzina 11:00, w Patanie skończyły się chyba lekcje w szkołach, gdyż na placu zaroiło się od dzieciaków. Mali Nepalczycy ubrani są w szkolne mundurki, białe bluzeczki pod granatowymi sweterkami, zielone spódnice, białe-zielone krawaty. Rozsiedli się na stopniach świątyń, rozmawiają o swoich sprawach.

Zaglądam do Manga Hiti – miejskiej łaźni zlokalizowanej przy muzeum. Trzy kamienne rzygacze doprowadzają swymi krokodylowymi głowami wodę do korytka. Łaźnia ma niby kształt lotosu, brakuje mi jednak wyobraźni, bo nijak mi ten basen kwiatu nie przypomina. Patan: Nepalka

Ostatnią świątynią na Placu Durbar, którą dokładniej poznamy będzie, pochodząca z 1637 roku, Kriszna Mandir. Przekaz głosi, iż zbudował ją król Siddha Narasigh Mall, pod wpływem snu, w którym pojawił się Kriszna. W kilka lat później bóg pomógł mu pokonać wroga na polu bitewnym. Ucieszony król zbudował replikę świątyni na dziedzińcu Sundari Czauk. Ot, taka zwykła historia koleżeńskich przysług na wysokim szczeblu.

Świątynia-Pałac została zbudowana w stylu indyjskim, jej trzy kondygnacje tworzą zespół pawilonów wspartych na kolumnach, dach zwieńczony piękną sikharą pokryty jest 21 złotymi sterczynami. Parter jest poświęcony Krisznie, pierwsze piętro – Śiwie, drugie zaś – bogowi o nic mi niemówiącym imieniu Lokeszwor. Na kamiennych fryzach pracowicie wyrzeźbiono sceny z Ramajany i Mahabharaty i opatrzono newarskim komentarzem. Znajdziemy tu mnóstwo ciekawych scen, choćby królową przyjmującą hołdy składane przez poddanych, walki groźnych wojowników uzbrojonych w miecze i tarcze lub łuki. Są też i wielorękie bóstwa przedstawione zarówno na kamiennych jak i drewnianych reliefach. Patan: pamiątki

Do muzeum znajdującego się w królewskich zabudowaniach wchodzimy przez Złotą Bramę. Panel nad portalem wykonany jest ze szczerego złota i rzeczywiście jest godny wzmianki w przewodniku. Przedstawia Wisznu w towarzystwie dwóch Ganeśi po bokach; powyżej znajduje się głowa Wisznu połykającego dwa węże. Zanim zdecydujemy się pozbyć w muzeum po 250 rupii (do czego nakłania nas bileter-tajniak), spędzamy chwilę w pałacowych ogrodach.

Dobrze, teraz czas wejść do środka. Na początku trafiamy na kamienne inskrypcje – właściwie widzieliśmy je już przed chwilą, gdy szwendaliśmy się po ogrodzie. Po schodkach wchodzimy na piętro, zaczynamy regularne zwiedzanie. Najpierw gablota z kilkunastoma metalowymi figurkami. Szczegółowe opisy uczą, jak identyfikować licznych we wschodniej kulturze bogów. Obok w gablocie kolejne rzeźby – tu poznajemy znaczenie gestów wyrażanych dłońmi, znaczenie ułożenia rąk i nóg. Muszę przyznać, że bardzo to pouczająca wystawa.

W następnej sali spotykamy wiszące lampy oliwne w kształcie świątyni. Takim cackiem naprawdę można się pozachwycać! W kolejnym pomieszczeniu przedstawiono bogów z hinduistycznego i buddyjskiego panteonu. Rzeźb jest sporo, pokazują różne ich ujęcia. Najpierw Śiwa ze swą małżonką Parwati. Obok czterogłowy Śiwa w postaci lingamu. Patan: kamienny relief

Trochę teriomorficznych przedstawień – mamy więc posąg szczura, to środek transportu Ganeśi. Jest też i sam Pan Trąbalski w różnych ujęciach ;-) W kolejnej części korytarza mamy kolekcję posągów Wisznu. Popatrzmy na tę mosiężną figurkę Wisznu dosiadającego Garudę, swego słonecznego ptaka. Czyż nie jest to piękne?

W ciemnym końcu korytarza ustawiono królewski tron. Oparcie to kłębowisko węży, nogi to lwy, a każdy z nich spoczywa na parze słoni. Cóż za wspaniała menażeria! A dalej Budda w różnych odmianach. Jest i Budda Maitreja i wiele innych. Mi spodobało się bardzo przedstawienie Vajrasattvy i Prajny splecionych w miłosnym uścisku – to zdaje się szóste wcielenie Buddy.

Należy również wspomnieć o ekspozycji pokazującej proces tworzenia metalowej rzeźby metodą traconego wosku. Jeszcze rzut oka na królewski dziedziniec. Mani Keszar Czauk przypomina kathmandzki dziedziniec Nasal Czauk. Wychodzimy. Myślę, że warto było wydać 250 rupii za bilet. Patan: Vajrasattva i Prajna

Sąsiedni, najstarszy w pałacu dziedziniec Mul Czauk jest bardziej interesujący, a to za sprawą kolorowych dużych rzeźb wielorękich bogów na belkach podtrzymujących dachy. Pośrodku placu stoi niewielka (i mało ciekawa) świątyńka Bidya, z boku dziedzińca dwa interesujące posągi bogiń – Jamuny na mitycznym krokodylu zwanym makara oraz Gangi wspartej na żółwiu. Tu również znajduje się, niestety zamknięta świątynia Teleju Bhawani.

No dobrze, czas na zakupy. Ileż tu ładnych rzeczy! Maski z laki, kamienne słonie, metalowe emaliowane puzderka, biżuteria z półszlachetnymi kamykami oprawionymi w pocynowany metal, posrebrzane bransolety z ciekawymi wzorami, noże kukri z pięknymi rękojeściami i równie atrakcyjnymi pochwami... Ja jednak chciałbym kupić dambang – metalową śpiewającą misę. Takie naczynia wykonane ze stopu kilku metali (sprzedawcy mówią o 6-9 metalach) są pięknym przykładem, jak to fizyka wiąże się z ekonomią za pośrednictwem estetyki. Przy czym mam na myśli estetykę akustyczną, nie wizualną – ta ostatnia ma w tym wypadku mniejsze znaczenie. Ale po kolei: misa jak to misa, zwyczajne naczynie pokryte tybetańskim ornamentem, potarte specjalnym kołkiem wpada w wibracje wydając dźwięk. Sprzedawcy-magicy potrafią oczarować klienta płynnymi ruchami i gadką o tajemniczej głosce "om" zaklętej w metalu. Klient rychło się orientuje, że im większa średnica miski tym drgania silniejsze, a głos niższy i pełniejszy. To zwykła fizyka. Im głos pełniejszy, tym przyjemniejszy dla ucha. Niestety, wraz z przyjemnością rośnie cena, tę przykrą prawdę znamy wszyscy ;-) Chcę jednak mieć miskę i basta! Patan: Plac Durbar Ceny wywoławcze już nie robią na mnie wrażenia, obszedłem wszystkie stoiska i wiem, czego można się spodziewać. Wkrótce na placu wszyscy wiedzą, że sahib z dalekiego kraju chce nabyć misę w przystępnej cenie. Gdy przechodzę teraz koło ich stoisk wołają przymilnie "OK, Mister, how much, how much?". Zostawiam ich z tym pytaniem i odchodzę w nadziei, że zmiękną. Idę w kierunku świątyni Kumberśwar, Na ulicy przyczepia się Nepalczyk, chce abym zobaczył jego "Tanghka School". Może później, mój chłopcze, na razie wstępuję do dużego sklepu z żelastwem, większy tu wybór mis. Niestety, sprzedawca nie ma zdolności negocjacyjnych, obchodzę jeszcze kwartał domów i wracam do zaniepokojonej moją nieobecnością Hanki. Sprzedawcy na placu już dojrzeli, wyraźnie cieszą się na mój widok. Jeden z nich pokazuje mi sztuczkę z wodą. Nalewa do dużej dambangu (średnica może 18 cm) wody, i drewnianym kołkiem pociera brzeg naczynia. "mmmmmMMMMM!!!!!!" Dźwięk narasta, powierzchnia wody marszczy się i nagle zaczyna się burzyć, wręcz gotować! Krople wody wyskakują do góry na wysokość 20 centymetrów, rozbryzgują na boki. Niesamowite! Tym razem ta fizyka kosztuje 1000 NPR i wiem, że to dobra cena. Ja jednak zadowalam się mniejszą miską za jedyne 270 rupii. Kupuję jeszcze piękną maskę z laki przedstawiającą Parwati. Hanka nie chce być gorsza i sprawia sobie podobną, tylko większą.

Odszedłem na chwilę od Hanki, by obfotografować kolejną świątynię. Wracam, i z daleka widzę, że nasze finanse są w poważnym niebezpieczeństwie ;-) Hanka kupuje maść "tygrysią" od ulicznego handlarza. Już, już chce płacić za niewielką metalową puszkę sto rupii! Na szczęście zjawiam się i oddaję maść sprzedawcy. Nepalczyk szybko się orientuje, skąd jesteśmy. "Ty Polska, dżindobry!". Wie, że łatwo mu ze mną nie pójdzie. Po chwili wręczam Hance dwie puszeczki za 70 rupii. Patan: Pałac Królewski

Przed powrotem do Kathmandu zdecydowaliśmy się na spacer w kierunku stupy Aśoki. Nim tam jednak dojdziemy trafiamy na nieco zapomnianą Złotą Świątynię zwaną przez buddystów Hiranya Varna Mahaa Vihar. Wejście znajduje się w bramie między domami, tu kasa z biletami po 25 NPR i kolejna brama. A dalej niewielki dziedziniec i... mmmm, znów fantastyczne widoki. Duża świątynia pełna złotych posągów, ornamentów i rzeźb wszelakich. Mnisi w bordowych szatach rozsiedli się w cieniu, czytają jakieś teksty. W głównym ołtarzu trwa drobna naprawa. Nepalczyk mocuje na głowie posągu przepiękną złoto-srebrną koronę wysadzaną kolorowymi kamykami. Obok metalowe rzeźby smoków i liczne figurki Buddy. Jedna ze ścian świątyni pokryta jest złotą blachą. Zza złoconego płotu można spojrzeć na ustawione przy ścianie posągi i znajdujące się na wysokości pierwszego piętra złocone reliefy.

Kumbershwar, część Patanu, przez którą idziemy, nie wygląda na zbyt turystyczną. Nie spotykamy tu białasów, domy jakby bardziej zapuszczone, lecz mieszkańcy jak zawsze kolorowi i uśmiechający się. Ale oto i stupa zwana przez nich thur. Jej biała kopuła ma ze 30 metrów średnicy, z nadbudówki spoglądają na nas sławne oczy Buddy. Stupa zwieńczona jest złotym kolcem, obchodzimy ją wokół, próbując wybrać najlepsze miejsce do zdjęcia. Okazuje się to trudne, gdyż wokół pobudowano mało fotogeniczne kamienice. Ebachi Stupa to jedna z czterech stup w Patanie usypana z rozkazu Aśoki, mauryjskiego władcy Indii, który odwiedził Nepal ze swą córką Charumati w 250 roku p.n.e. Pozostałe stupy znajdują się w Pulchowk, Lagankhel i Teta – narożnikach starożytnego miasta. Ich potężne rozmiary są dziś wyznacznikiem religijnej wagi ówczesnego Patanu. Miejsce, w którym się znajdujemy nie wygląda na zbyt często odwiedzane. Jeśli ktoś by miał ochotę pooglądać religijne obrzędy Śaktów, powinien się tu zjawić podczas nowiu w miesiącu Śrawan (przełom lipca i sierpnia) lub podczas pełni w miesiącu Aświn (przełom września i października). Wracamy. Patan: Złota Śiątynia

Przechodząc już wcześniej obok małej knajpki obiecaliśmy sobie tam wstąpić. Teraz bezbłędnie trafiamy do niej czując smakowite zapachy smażonych na wielkim woku pierożków. Bierzemy sobie po kilka sztuk, dodatkowo garść słodkich makaroników. Siadamy w ciemnym pomieszczeniu i popijając herbatą zjadamy tę skromną przekąskę pod czujnym okiem Nepalczyków.

Czas na powrót do stolicy. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Znów strajk transportu miejskiego! Na głównej drodze Nag Bahal udaje się nam zatrzymać tuk-tuka i ściśnięci między innymi pasażerami dojeżdżamy do Kathmandu.

Zwykle po jednym dniu zaczynam się orientować w topografii miasta. Stolica Nepalu zdaje się być dla mnie wyjątkiem. Nie wyczuwam tego miasta, wciąż muszę dopytywać o kierunek. Dochodzimy do znanego nam placu Durbar i zaczynamy kupowanie pamiątek. Nie mam litości dla jęków sprzedawców, serce mam twarde i kupuję wszystko po "mojej" cenie. Chyba są mocno zaniżone, bo zakup filigranowej mandali na łańcuszku, zestawu łyżeczek do kawy i rytualnego drewnianego noża phurba zajmuje sporo czasu. Nie udaje mi się niestety kupić nepalskiej gry planszowej bagha-chall dla Sergiuszka. Szkoda. Zadowoleni jednak jesteśmy z wcześniejszych zakupów w Patanie.

Mimo że to już popołudnie, słonko na placu zdrowo przygrzewa. Nie spodziewałem się takich upałów tu w marcu. Temperatura nie przeszkadza najwyraźniej nagiemu mężczyźnie śpiącemu na gzymsie Królewskiego Pałacu. To digambara, członek ortodoksyjnego odłamu dżinistów. Dla "odzianych w powietrze" najważniejsza jest asceza i oderwanie od społeczeństwa. Patan: Złota Świątynia

Hm, co by tu teraz robić? Może, by tak spotkać się z nepalską dziewicą? Oczywiście nie pierwszą z brzegu, musi być wyjątkowa! Kilkadziesiąt metrów od nas stoi duża grupa turystów z Japonii. Czyżby oni też mieli ochotę spotkać się z Kumari? Kumari (po nepalsku "dziewica") to oczywiście żywa bogini wybierana spośród dziewczynek należących do grupy śaktów. Wybranka uznawana jest za wcielenie Teleju Bhawani, importowanej bogini z południowych Indii, tej samej, której została poświęcona świątynia w Patanie. Kumari zachowuje swą boskość do czasu menarchy lub... wizyty w nieczystym państwie (w czerwcu 2007 Sajani Shakya została zdetronizowana po powrocie z USA).

Japończycy uzgadniają coś między sobą, może czekają na przewodniczkę, my wchodzimy na podwórko domu Kumari. No cóż, chata bogini nie różni się na pierwszy rzut oka od innych prześlicznych domów w Kathmandu. Drewniane, podcienia, rzeźbione słupy i panele – to dzieło króla Dżaja Prakaśa Malla z 1757 roku. Swoją drogą... jakie to śmieszne przewodnikowe wyrażenie: "król zbudował", przecież on dał tylko kasę! I to zebraną od poddanych! No, dobrze, są już Japończycy, czekamy na naszą dziewicę. Musimy jeszcze schować swój sprzęt – facet w okienku na piętrze pilnuje, by aparaty miały zamknięte obiektywy. Ja zwlekam, czaję się, ale bodygard woła do mnie, sokole oko, psiakrew! No, dobrze, ustąpię, bo wszyscy gapią się już na mnie. OK, teraz czas na Kumari. W okienku obok mężczyzny pojawia się Sajani, dziewczynka wybrana w 2001 roku. Japończycy klaszczą, pozdrawiają żywą boginię. Całość przedstawienia trwa może minutę. Hm, ponoć Kumari dostaje 80 dolarów miesięcznie na swoje utrzymanie. Nic dziwnego, że się skusiła na wyjazd do USA. Jak się skończyło – już pisałem. Patan: łaźnia miejska

Zanim ruszymy na kolejny spacer po stołecznej starówce, przystajemy przy tysiącletnim pomniku Garudy. Robimy sobie zdjęcia. Obok nas kilka przekupek handlujących materiałami rozłożyło swój towar wprost na ziemi. Nepalki przystają, grzebią w stosie kuponów tkanin, przymierzają sari, wiatr rozwiewa im suknie i oglądane materiały... Miły widok.

Idąc ulicą Makhan Tole docieramy na plac Kel Tole. Zaglądamy do świątyni Seto Machhendranath. Nazwa oczywiście nie do powtórzenia, nazywam ją w myśli "świątynią z gołębiami". Trudno określić, czy to świątynia buddyjska, czy hinduistyczna, z pewnością upodobały ją sobie gołębie. Całe stada ptaków obsiadły kapliczki na dziedzińcu, ogrodzenia, kraty, zwieńczenia kopuł i liczne pomniki. Na ołtarzu w głównym budynku widać białego Machhendranathę – dla jednych to Awalokiteśwara, dla innych Śiwa. Obchodzę świątynię dwukrotnie. Raz kręcąc młynkami i oglądając te wszystkie ornamenty i drugi raz – kręcąc krótki filmik. Gotowe, sprawdzamy, czy nie mamy gołębich orderów na sobie i idziemy dalej. Patan: stupa Aśoki

Skręcamy teraz na zachód, mijamy Kilgal Tole z jakąś pagodą i dochodzimy do niewielkiego placyku Yitum Bahal. To ponury zaułek z najstarszym w Kathmandu newarskim dziedzińcem zwanym tu bahal. Przylegająca do placu świątynia Kichandra jest niestety już zamknięta, nie zobaczymy tam rzeźb strasznego Guru Mapy pożerającego niegrzeczne dzieci. Musimy się zadowolić widokiem kapliczki rozsadzonej przez nadmiernie wyrośnięte drzewo bodhi. Zastanawia mnie, dlaczego Pascal uparcie nazywa takie kapliczki czaitjami? Przecież czaitja (chaitya) to duża świątynia z kolumnadą i stupą wewnątrz!

No dobrze, idziemy do domu, dość wrażeń na dziś. Ach, a internet? Zawracamy spod hotelu i siadamy jak zwykle na godzinkę przy komputerze w znanej nam już kafejce. Ceny w stolicy są niskie, 20 NPR/h, nie ma to jak konkurencja.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej