Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]
Przeludnione, olbrzymie Indie... | Świecidełka szacha Najafa | Przepiękna Bara Imambara
Generalnie Uttar Pradesh wydaje się nam najmniej sympatycznym stanem. Może wynika to z olbrzymiego przeludnienia (721 osób/m2). Liczba zaczepiających nas na ulicy żebrzących dzieci, mężczyzn i kobiet, nachalność tych próśb, jest nie do zniesienia. To samo z rikszarzami, którzy opadają nas stadami i nie zamierzają ustępować. Inna rzecz, że jesteśmy zmęczeni fizycznie i psychicznie podróżą, więc wszelkie niedogodności są bardziej odczuwalne. Po "odpoczynku" w Nepalu bardziej rzuca się w oczy brud, smród i ubóstwo, bardziej przeszkadza hałas.
O 7:00 docieramy do Lucknow (tylko jedna godzina spóźnienia, zadziwiające), zaczynamy od zdobywania biletów na dalszą podróż. Rezerwacja jest czynna podobno od 8:00 (w praktyce wcześniej), a chcemy pojechać kalkuckim pociągiem odjeżdżającym stąd teoretycznie za 40 minut. Szybko się wyjaśnia, że ów pociąg jeździ, co prawda w poniedziałek, ale do Lucknow dociera dopiero we wtorek, czyli jutro. Kupujemy więc bilet na godzinę 16:00 (SL), jesteśmy na liście oczekujących. Początkowo przeraża nas perspektywa spędzenia tylu godzin w niezbyt ciekawym – ja wynika z LP – mieście. Na razie chcemy jechać do Shah Najaf Imambara. A zatem autobus miejski do Hazrat Ganj, a dalej na piechotę – w rosnącym upale – pod bramę grobowca szacha.
Mauzoleum – biały budynek z lekką domieszką błękitu – położone jest w ładnym ogrodzie. Jego ściany aż błyszczą w jasnym słońcu. Przypominają się polskie chaty bielone wapnem z dodatkiem ultramaryny oraz oczywiście indyjski Jodhpur. Chronimy się w cieniu potrójnego rzędu arkad otaczających dziedziniec. Zanim wejdziemy do środka zaglądamy na moment do małej hinduistycznej świątyni ukrytej wśród drzew (kilka starych kolorowych ksiąg na półce).
W przedsionku mauzoleum zwisa z sufitu kilkadziesiąt kolorowych żyrandoli sprowadzonych z Belgii. Ani chybi nawab był fanem elektryczności. Szklane klosze przypominają butelki po winie, ozdobione są kwiatowymi wzorami. Wewnątrz, w wielkiej sali, znajduje się jeszcze więcej tego odpustowego oświetlenia, czujemy się jak w sklepie z lampami. Dozorca-przewodnik opowiada nam o historii tego miejsca i o eksponatach tu zgromadzonych. Jest więc portret szacha, jego ministrów, modele Taj Mahal, książęce kołyski, czarne flagi, oczywiście najważniejsze są grobowce umieszczone pośrodku pomieszczenia. Tu leży zmarły w 1927 roku Nawab Ghazi-ud-din Haidar i jego trzy żony. Grobowce mają postać domków, są ogrodzone kratami i przystrojone. Jeden z nich – młodszej żony – pokryty jest srebrną blachą z misternie wykonanymi wzorami, całość przypomina miniaturową świątynię.
Zabawne wrażenie sprawiają dwa papierowo-sreberkowe świątyńki – przypominają wystawę szopek krakowskich (co prawda w kategorii "debiuty"). Cieć zachęca nas do złożenia datku, daję 20 INR w intencji zrobienia porządnych zdjęć wewnątrz imambary, lecz Indus nie pozwala na nie i pilnuje nas. Na koniec chce jeszcze bakszysz za oprowadzanie. Ze względu na brak drobnych – uciekamy.
Do ogrodu botanicznego jedziemy rikszą. To ledwie kilkaset metrów dalej, ale Hanka jest zmęczona, nie ma sił chodzić w tym upale. Ogród jest otwarty wcześnie rano, tylko przez godzinę (jakiś lokalny kretynizm), podjeżdżamy więc do Sikandar Bagh zajętej przez jakąś wyższą szkołę rolniczą. Tu odpoczywamy w małym ogrodzie założonym przez Wajida Ali Shaha – ostatniego nawaba w Lucknow, obok znajduje się interesująca zabytkowa brama wspomniana w przewodniku.
Kolejną godzinę przeznaczamy na powrót na dworzec, musimy sprawdzić, czy ostatecznie są bilety do Amritsaru. Wszystko w porządku, mamy przydzielone miejsce w sleeperze. Lonely Planet zachęca do odwiedzin Bara Imambara – mauzoleum leżącego w północno-zachodniej części miasta. I znów szybki transfer do Hazrat Ganj, jakaś miła Induska podpowiada, by dalej pojechać w tempo – dużej motorikszy spełniającej funkcję dzielonej taksówki. Po drodze do imambary mijamy sporo pałaców położonych wśród zieleni parkowej – nie miała więc racji Hanka twierdząc, że w Lucknow nie ma gdzie odpocząć.
Mauzoleum jest potężne. Duży dziedziniec przed meczetem, ogrody, po lewej stronie drugi meczet, z którego minaretu dobiega ogłuszająca muzyka. Wnętrze meczetu tonie w zieleni, przed mihrabem kilka grobowców za balustradą. We wnękach ustawione zielone i czarne flagi.
Kusi mnie, by zajrzeć do znajdującego się w narożniku dziedzińca "labiryntu" – ciągu splątanych korytarzy, schodów i pasaży. 250 INR wydaje mi się jednak zbyt wysoką ceną. W ogrodach, na trawie siedzą muzułmańskie rodziny, alejkami spacerują kolorowe Induski. Jakież to wszystko miłe dla oka! Oto trzy kobiety w jednobarwnych sari: żółtym, czerwonym i niebieskim – wyglądają jak trzy kwiaty na tle tej soczystej zieleni,. A tu – trzech przystojnych mężczyzn: każdy w turbanie innego koloru...
Opuszczamy to miejsce z żalem wychodząc przez zachodnią bramę. Na wzgórzu w pobliżu – kolejny biały meczet. Trzeba iść... Wnętrze jest kolorowo dekorowane, ale bez przepychu. Obok dwa małe mauzolea z grobami miejscowych mułłów.
Wracamy na dworzec.