Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]
Co za chamstwo czyli indywidualiści | Zwiedzamy Alkazar | Rozmyślania o biurach turystycznych|Tajemnice ekonomii europejskiej|Mezquita –jak tu ładnie|Wyjazd do Toledo
Okazuje się, że chamstwo i nieuzasadnione żądania nie znają granic. Przed wejściem do Alkazaru – pałacu królewskiego ludzie zaczęli się domagać, by wchodzić jako grupa. A przecież wiadomo, że grupą nie jesteśmy. No, na przykład nie śpimy w jednym namiocie i każdy je indywidualnie, więc i indywidualnie możemy zwiedzać. Że dzień wcześniej można było zarezerwować? Też mi wymagania! A poza tym, jeśli się chce zwiedzać Europę, to nie można żałować głupich 5 € na taki obiekt. Sknerusy krakowsko-warszawskie! Że było mówione na spotkaniu organizacyjnym, że będziemy wchodzić jako grupa? He, he: a macie to na piśmie? To paszoł!
Ktoś mógłby powiedzieć, że 7 + 5 € na Sewillę i tyleż na Barcelonę to połowa sugerowanych przez organizatora wydatków na wstępy w Hiszpanii i Maroku (Rafał na dzień przed wyjazdem telefonicznie podał mi kwotę 52 $ jako sumę wydatków na zwiedzanie na poprzednim trampingu). No cóż, galopująca inflacja ;-) robi swoje...
Pałac Królewski, którego wartość podkreślali strażnicy z emblematami 'RA' rozstawieni co kilkanaście metrów, jest rzeczywiście wspaniały. Nawet przypadkowe zwiedzanie bez przewodnika w ręce dostarczyło mi dużej przyjemności. Sama architektura kompleksu pałacowego otoczonego wysokimi palmami na pierwszy rzut oka nie jest nadzwyczajna i z zewnątrz trudno przypuszczać, jak różnorodne i ciekawe kryje pomieszczenia. A jednak to jeden z najlepszych przykładów stylu mudejar. I ważny w epoce Wielkich Odkryć Geograficznych. To tu Izabela Kastylijska podejmowała Krzysztofa Kolumba w przerwach między jego wycieczkami do Indii Zachodnich, to tu ustalano z Ferdynandem Magellanem finansowanie jego wyprawy dookoła świata. Real Alcázar de Sevilla był rozbudowywany i przerabiany przez kilkaset lat i zapewne Pedro I el Cruel (czyli Piotr I Okrutny), który rozpoczął budowę alkazaru zapewne by się mocno zdziwił widząc ostateczny kształt pałacu. Z dużego Patio del Leon przechodzę do Cuarto del Almirante. Kilka nic nie mówiących mi płócien, sala z wachlarzami rodem z Japonii (jakże wielu różnych materiałów używano do ich wyrobu) i kilka sal z przedmiotami ze złota, trochę mebli. Dalej wyjście do ogrodów. Oczywiście jest i druga kondygnacja pałacu, ale wstęp na piętro jest za dodatkową opłatą – ach, ci Hiszpanie! I gdy wydaje się, że to już koniec zwiedzania, wchodzi się do drugiego budynku – Palacio Gotico, a tam olbrzymie, znacznie większe od wawelskich arrasy ze scenami z polowań i zdeformowaną mapą krajów basenu Morza Śródziemnego.
Dalsze zwiedzanie to przestronne wnętrza wyłożone "strasznie" kolorowymi kafelkami jak w Topkapi z zawieszonym powyżej nieco spłowiałymi arrasami. A jeszcze wyżej fantastyczne drewniane sklepienie. I znów ogrody z plątaniną ścieżek, z idealnie przyciętymi żywopłotami i szemrzącymi fontannami połączonymi wąskimi kanałami. To tu zmęczeni turyści mogą po południu się zaszyć i poodpoczywać pomiędzy palmami. Ale czas na dalsze zwiedzanie – zapuszczam się do podziemnych łaźni, czy też basenu z efektownie podświetlonym krzyżowym sklepieniem. Dno zbiornika pokrywa warstwa miedziaków, ale widać i większe monety. Wyławiam kilka – no, nie – to kiepska metoda. Pożyczam stojącą przed wejściem szuflę do śmieci, staję na kamiennym obrzeżu i szybko zgarniam monety. Czuję się jak ten Włoch wyławiający gotówkę z fontanny di Trevi. W ogrodach suszę i przeliczam na euro monety. Nnno! Uzbierało się 21 €. Teraz czas na Palacio Mudejar. Tym razem bardziej arabskie wnętrza zdobione delikatnymi koronkowymi wzorami; piękne wewnętrzne podkowiaste przejścia, urocze dziedzińce z grupkami skośnych lub jak mówi Adam płaskorzeźbionych ;-) na wycieczce "Europe in 5 days".
W sumie – całość jest jak najbardziej godna polecenia, zwłaszcza jeśli nie poznało się wcześniej sztuki Maroka.
Ta sytuacja poranna jest kolejnym małym kroczkiem do zmiany mojego zdania o Globtrampie. W dotychczasowych emailach, kartkach pisałem do rodziny i znajomych, że jest to najbardziej udany wyjazd ostatnio. Może zeszłoroczna przygoda z Intertourem obniżyła moje wymagania co do jakości biur podróży. W każdym razie istotnych uchybień, niedociągnięć poza wymienionymi wcześniej nie było. W szczególności godna uznania jest praca pilota i szefa przy dyscyplinowaniu grupy – nie ma żadnego rozłażenia się, spóźniania, nadmiernego przeciągania postojów. Przy tak dużej grupie chyba dla wszystkich jest jasne, że samodyscyplina jest koniecznością. O drugiej kwestii – niedostatecznych funkcji przewodników – pisałem już. Ostatnio często nie chce mi się słuchać czytanych (po raz pierwszy na głos) fragmentów z przewodnika czy też nie dość atrakcyjnie przedstawianych ich własnych interpretacji. Jest to zbyt denerwujące dla mnie – mimo że nie wziąłem ze sobą przewodnika po Hiszpanii. Ludzie, przynajmniej ci z najbliższego otoczenia od kilku dni wyrażają po cichu lub nieco głośniej swe niezadowolenie z niedociągnięć organizacyjnych. Choćby z tego, że można było sprawdzić, że Alkazar od lat jest zamknięty właśnie w poniedziałek. Wyrażają pretensje o błądzenie przy wjeździe i wyjeździe z miasta, np. w Marrakeszu, Sewilli. To czasem drobiazgi (i dlatego milczę), ale kropla do kropli i czara może się przepełnić.
Mam wrażenie, że wielu organizatorów, którzy zrobili biuro z chęci zysku lub postanowili zarabiać na tym, co kiedyś robili sami dla własnej przyjemności – oszołomionych sukcesem finansowym i przyzwyczajonych, że zawsze znajdą się nowi chętni, czasem zapomina o klientach, popadając w rutynę olewając wszystko i wszystkich.
Być może rzecz dotyczy tylko biur bez zhierarchizowanej struktury, bez zagrożenia utratą stanowiska i pracy... Być może całość przedsięwzięcia przerasta ich organizacyjnie (logistycznie). Jakieś wyszukiwanie aktualności w sieci, faksy, emaile, telefony? A po co? Byłem tu, widziałem. Teraz wam, robaczki, to pokaże, a przy okazji zarobię. Nie można obniżyć kosztów? No to zobaczycie!...
Ja wiem, że te słowa mogą być przykre, ale tak to odczuwałem. Ilekroć zastanawiam się tym i WYOBRAŻAM SIEBIE w takich sytuacjach wiem, że robiłbym wszystko, by ludzie byli zadowoleni z mojej pracy. Dlatego, że biorę pieniądze za to, i po prostu dlatego, że tak powinno być w myśl zasady "I do my best".
Teraz dwugodzinna droga do Cordoby. Pierwotnie mieliśmy wyjechać już rano, kilkugodzinne opóźnienie wyniknęło właśnie ze zwiedzania Alkazaru. Ciekawe, czy gdyby nie zdecydowany protest Adama i Ewy, organizator odpuściłby Alkazar? Czy też zwiedzalibyśmy pałac "zewnętrznie"?
Droga do Cordoby prowadzi przez pofałdowany teren pokryty winnicami i gajami oliwnymi. To typowe krajobrazy Andaluzji. Tak się zastanawiam, patrząc na dojrzewające winogrona, dlaczego tu, w Hiszpanii w hipermarkecie kosztują one ok. 9 zł za kilogram, a w Polsce, czy to Geant'ie, czy u przekupki na Kleparzu – 2.5-3.5 złotego? A koszty transportu? Przecież to nie polskie owoce. Albo pomidory – to inny przykład – czy tak trudno wyeksportować do Francji czy Maroka pomidory z Polski, gdzie leżą pod koniec sierpnia po złotówce na straganie? Przecież tych tutejszych żółto-czerwonych bezsmakowych zgniłków po 10 zł jeść się nie da! Tak, ekonomia jest dla mnie pełna tajemnic...
Niespodziewanie przy drodze nad Guadalkiwir wyłania się piękna panorama Cordoby. Jej najważniejszym centralnie położonym elementem jest potężna bryła katedry a właściwie meczetu z X wieku wykorzystywanego przez wiele lat jako kościół katolicki. Wprost pod katedrę prowadzi przez rzekę zabytkowy wieloprzęsłowy most. Nieuregulowane brzegi Guadalkiwir porośnięte są krzakami opanowanymi przez całe stada ptactwa (białe takie i duże :-)) i wraz ze średniowiecznymi murami powyżej pięknie się komponują i jako żywe przypominają mi Carcassonne. Skoro nie jesteśmy grupą, jak stwierdził Szymon, ruszam na zwiedzanie samotnie. Mijam średniowieczną Torre de la Calahore mieszczącą małe muzeum i kamiennym mostem docieram do sławnej Mezquita Catedral. Na obszernym dziedzińcu młodziutkie drzewka pomarańczowe, widoczny znak, że ojcowie miasta chcę podtrzymywać legendę, iż pomarańcze rosną tu "od zawsze" a przynajmniej od XV w. Zakup biletu za 5 € jest nad wyraz przykrą koniecznością. Wchodzę wraz z innymi trampingowcami do wnętrza. To jedyne w swoim rodzaju miejsce. W ciągu ośmiu wieków istnienia było wielokrotnie przebudowywane i rozbudowywane przez muzułmanów i katolików, dając (czasem) świadectwo możliwej koegzystencji obu religii. Lekko tylko oświetlone setki biało-pomarańczowych podwójnych łuków wywierają wrażenie. Musiały również podobać się mojemu historycznemu ulubieńcowi Abd ar-Rahmanowi II i Al-Hakamowi II, skoro zdecydowali się przy rozbudowie zachować tę samą kompozycję. Oczywiście Mezquita to nie tylko kolorowe kolumnady – w centralnej części, pod transeptem znajduje się katolicka kaplica i chór – podobnie jak w katedrze w Sewilli lub w Toledo.
Na dwa miejsca zwróciłem uwagę: w nowszej części meczetu część kolumn, łuków i sklepienia została pokryta typowymi kościelnymi malowidłami (raczej nie freskami) w żywych barwach i tworzy ciekawy kontrast kulturowy z bardziej ascetycznym wnętrzem pozostałej części. Drugie miejsce – postać Jezusa Chrystusa na krzyżu zawieszona na ozdobionej muzułmańskimi ornamentami ścianie kaplicy. Wygląda to tak, jakby katolicy chcieli aż nazbyt dosadnie pokazać, czyja jest świątynia...
W meczeto-katedrze spędzam jeszcze pół godziny snując się między kolumnami i łukami. To miłe. Później przechadzka po Cordobie, niby w stronę zabytkowej synagogi, do której pognali Adam i Ewa. Niby – bo planu miasta nie miałem i ostatecznie tam nie dotarłem. Natomiast zajrzałem do jednego ze sklepów i po raz kolejny przekonałem się, że tylko na handlu szybko i łatwo się dorobić: identyczne pufy, które kupowałem w Rabacie po 7.5 €, tu są po 30 € za sztukę.
Wzdłuż miejskich murów wracam nad rzekę. Ten krótki pobyt w Cordobie był zupełnie satysfakcjonujący dla mnie.
Transfer do Toledo – to kilkaset kilometrów. Jęknąłem, gdy usłyszałem, że dotrzemy na miejsce po 5 godzinach. Rzadko kiedy sobie uświadamiamy, jak wielka jest Hiszpania w porównaniu z Polską.
Toledo wita nas piękną panoramą miasta na wzniesieniu. Lądujemy na kempingu tuż obok Starówki.