Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]
Przejazd przez Alpy | Miłe początki | Kilka godzin w Weronie
Pstryk! – dźwięk migawki dotarł do mojej świadomości jako nienaturalne zakłócenie monotonnego szumu silnika autobusu. Adam celował swoim teleobiektywem w wyłaniające się zza kolejnych zakrętów szczyty Alp. Była 5:00 rano, stanowczo zbyt wcześnie bym się zainteresował choćby najładniejszymi widokami. "Boże, jak ja nie lubię jeździć w nocy autokarami" pomyślałem i przekręciłem się na drugi bok. Dwadzieścia godzin podróży z Krakowa w kierunku Werony upłynęło bez nadzwyczajnych sytuacji: kilka granic – jeszcze przedunijnych, zapoznawanie się z najbliższymi sąsiadami. Tak zaczął się mój kolejny wyjazd wakacyjny. Jak pamiętacie, rok temu zarzekałem się po powrocie z Grecji, że to mój ostatni zorganizowany wyjazd. Jednakże pogorszenie sytuacji po 11 IX i inne dolegliwości życia doczesnego sprawiły, że nie wykazałem dość energii, by zorganizować coś na własną rękę. Z drugiej strony – pomyślałem sobie, że Intertour, pożal się Boże, biuro, z którym jechałem w zeszłym roku, jest ewenementem, i takie sytuacje już się nie powtórzą. Zdecydowałem się na Globtramp i tramping "Hiszpania-Maroko". Maroko, niezrealizowany cel sprzed 2 lat, ma być zwiedzane dość gruntownie, choć ominie mnie wejście na Toubkal. Przejazd przez Hiszpanię – kilka głównych miast – da mi wyobrażenie o kraju. W sumie za 1500 zł + 180 $ kempingi (+zwiedzanie, +jedzenie) warto było – uznałem – pojechać.
Byłem mile zaskoczony na dworcu w Krakowie: po pierwsze nie jestem tu najstarszy ;-) po drugie moje zapasy żywnościowe nie są największe ;-) Co prawda odbyłem jeszcze kilka kursów do sklepu, by uzupełnić zapasy napitków... W sumie załadowałem jedzenia za 250 zł: 20 konserw, zupki, sery, makarony, łakocie, sosy, salami, 2 zgrzewki mineralnej, soki itp. Wziąłem również 3 butle Campingaz CV470 i extra 2 prawie zużyte butle do wykończenia. Ta stosunkowa duża ilość gazu miała mi pozwolić na kulinarną rozpustę w rodzaju gotowania ryżu i smażenia jajecznicy, a nie tylko przygotowywanie kawy/herbaty, jak to dotąd bywało. Nie zapomniałem również o luksusowym materacu – mojej jednostce pływającej ;-). No i pojechałem ze swym nowym czerwonym paszportem kupionym w ostatniej chwili przed wizowaniem. W autobusie siadłem obok Czesia-Adama. Zajął moje miejsce przy oknie, ale to jego strata. Mogę przynajmniej swobodnie wyciągać nogi w przejściu. Każdy z nas ma swój namiot, ale będziemy spać w jeszcze innym – pożyczonym od Rafała. Za Cieszynem pilotka-praktykantka wyjaśniła nam, że Czechy to kraj śródlądowy z dobrym dostępem do morza, gęstością zaludnienia 131 osób/km2 oraz dużymi złożami uranu i kaolinu. Na razie było to zabawne; zobaczymy, co będzie dalej.
Siedzę sobie teraz na placu przed Castel di S. Pietro górującym nad miastem. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama Werony: tysiące krytych charakterystyczną dachówką domów starówki okolonej rzeką Adige. Zbliża się czas sjesty, przyrządzam więc sobie kawę i robię kanapki. Jestem na półmetku zwiedzania Werony.
Najpierw był spacer całą grupą na Piazza Bra z monumentalną Areną (3.1 €). Ograniczyłem się do obejścia budowli wokół, zwłaszcza że pilot pozostawił nam tylko pół godziny czasu. A kolejka była długa. Później obowiązkowy balkon Giulietty. Nie mogłem się doczekać aż włoskie pasztety znikną z pola widzenia obiektywu i na balkonie pojawi się ładniejsza Julia ;-). Darowałem sobie obmacywanie piersi stojącego na podwórzu posągu Julii, choć według turystycznych przesądów gwarantuje to powodzenie w miłości (i seksie). Uśmiechnąłem się do tysięcy różnokolorowych napisów na murach podwórka Capulettich. Następnie poszliśmy gdzieś – i coś nawet o tym mówili, ale nic nie zrozumiałem, grhhhhh... Muszę się uzbroić w większą cierpliwość i być bardziej wyrozumiały dla naszych oprowadzaczy... (był to plac Erbe i plac Signore – według planu wciśniętego mi w informacji turystycznej).
Dalej – ruszyłem zwiedzać miasto na własną rękę. A zatem kościół S. Anastasia (IX w.) – zajrzałem tu tylko, bo wstęp 2 € (lub 5 € za kilka kościołów hurtem). Dalej katedra S. Maria Matricolare (VIII w.) – spławiłem biletera, który pognał za mną mówiąc mu, że chcę się tylko pomodlić. Tak się wczułem w swą rolę, że ugodzona moim wzrokiem hałaśliwa włoska przewodniczka, która zbyt się zbliżyła do mnie wymamrotała "mi scuzi" i uciekła.
Werona wciąż odkrywała swe uroki, kluczyłem wąskimi uliczkami zaglądając do bram i na zazielenione podwórka. Właściwie co kilka metrów spotykałem jakiś zabytek – a może tylko mi się tak wydawało – ach ci restauratorzy ;-). W każdym razie spacer w kierunku Teatro Romano (I w. p.n.e.) wspominam bardzo przyjemnie. Przeszedłem przez charakterystyczny most św. Piotra, wspiąłem się stromymi schodami pod Castello di S. Pietro zerkając na amfiteatr z góry (obok zamknięte, na szczęście, muzeum archeologiczne, 4 €). Później próbowałem odszukać internet przy jakiejś uliczce na literę S. Był zamknięty, a przy Manzotti nie miałem drobnych (automat na monety 50-centowe). Zwiedzając kolejne kościoły (na ogół zewnętrznie) dostałem się ponownie w okolice Areny, gdzie zaszyłem się na jakimś podwórku i słuchając dolatującej z ulicy gry na wiolonczeli, uzupełniałem notatki podróżne. Wycofałem się w końcu w kierunku autobusu i, mimo zbyt wczesnej pory na powrót (kierowcy wymownie spoglądający na zegarek), rozłożyłem się na trawniku.
Podsumowując ten gorący dzień powiem: Werona – tak ładnie położona nad Adygą – z pewnością jest warta kilkugodzinnego spaceru.
Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej
| Arena |
| Adyga |
|
| Most na Adydze |