Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Kraków-Werona

wtorek-środa, 6-7 VIII 2002


Przejazd przez Alpy | Miłe początki |Kilka godzin w Weronie


Alpy

Pstryk! - dźwięk migawki dotarł do mojej świadomości jako nienaturalne zakłócenie monotonnego szumu silnika autobusu. Adam celował swoim teleobiektywem w wyłaniające się zza kolejnych zakrętów szczyty Alp. Była 5.00 rano, stanowczo zbyt wcześnie bym się zainteresował choćby najładniejszymi widokami. "Boże, jak ja nie lubię jeździć w nocy autokarami" pomyślałem i przekręciłem się na drugi bok. Dwadzieścia godzin podróży z Krakowa w kierunku Werony upłynęło bez nadzwyczajnych sytuacji: kilka granic - jeszcze przedunijnych, zapoznawanie się z najbliższymi sąsiadami. Tak zaczął się mój kolejny wyjazd wakacyjny. Jak pamiętacie, rok temu zarzekałem się po powrocie z Grecji, że to mój ostatni zorganizowany wyjazd. Jednakże pogorszenie sytuacji po 11. IX i inne dolegliwości życia doczesnego sprawiły, że nie wykazałem dość energii, by zorganizować coś na własną rękę. Z drugiej strony - pomyślałem sobie, że Intertour, pożal się Boże, biuro, z którym jechałem w zeszłym roku, jest ewenementem, i takie sytuacje już się nie powtórzą. Zdecydowałem się na Globtramp i tramping "Hiszpania-Maroko". Maroko, niezrealizowany cel sprzed 2 lat, ma być zwiedzane dość gruntownie, choć ominie mnie wejście na Toubkal. Przejazd przez Hiszpanię - kilka głównych miast - da mi wyobrażenie o kraju. W sumie za 1500 zł + 180 $ kempingi (+zwiedzanie, +jedzenie) warto było - uznałem - pojechać.

Obowiązkowy balkon Julii Byłem mile zaskoczony na dworcu w Krakowie: po pierwsze nie jestem tu najstarszy ;-) po drugie moje zapasy żywnościowe nie są największe ;-) Co prawda odbyłem jeszcze kilka kursów do sklepu by uzupełnić zapasy napitków... W sumie załadowałem jedzenia za 250 zł: 20 konserw, zupki, sery, makarony, łakocie, sosy, salami, 2 zgrzewki mineralnej, soki itp. Wziąłem również 3 butle Camping gas CV470 i extra 2 prawie zużyte butle do wykończenia. Ta stosunkowa duża ilość gazu miała mi pozwolić na kulinarną rozpustę w rodzaju gotowania ryżu i smażenia jajecznicy a nie tylko przygotowywanie kawy/herbaty, jak to dotąd bywało. Nie zapomniałem również o luksusowym materacu - mojej jednostce pływającej ;-). No i pojechałem ze swym nowym czerwonym paszportem kupionym w ostatniej chwili przed wizowaniem. W autobusie siadłem obok Czesia-Adama. Zajął moje miejsce przy oknie, ale to jego strata. Mogę przynajmniej swobodnie wyciągać nogi w przejściu. Każdy z nas ma swój namiot, ale będziemy spać w jeszcze innym - pożyczonym od Rafała. Za Cieszynem pilotka-praktykantka wyjaśniła nam, że Czechy to kraj śródlądowy z dobrym dostępem do morza, gęstością zaludnienia 131 osób/km2 oraz dużymi złożami uranu i kaolinu. Na razie było to zabawne; zobaczymy, co będzie dalej.


Adyga

Siedzę sobie teraz na placu przed Castel di S. Pietro górującym nad miastem. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama Werony: tysiące krytych charakterystyczną dachówką domów starówki okolonej rzeką Adige. Zbliża się czas sjesty, przyrządzam więc sobie kawę i robię kanapki. Jestem na półmetku zwiedzania Werony.
Najpierw był spacer całą grupą na Piazza Bra z monumentalną Areną (3.1 €). Ograniczyłem się do obejścia budowli wokół, zwłaszcza, że pilot pozostawił nam tylko pół godziny czasu. A kolejka była długa. Później obowiązkowy balkon Giulietty. Nie mogłem się doczekać aż włoskie pasztety znikną z pola widzenia obiektywu i na balkonie pojawi się ładniejsza Julia ;-) Darowałem sobie obmacywanie piersi stojącego na podwórzu posągu Julii, choć według turystycznych przesądów gwarantuje to powodzenie w miłości (i seksie). Uśmiechnąłem się do tysięcy różnokolorowych napisów na murach podwórka Capulettich. Następnie poszliśmy gdzieś - i coś nawet o tym mówili, ale nic nie zrozumiałem, grhhhhh... Muszę się uzbroić w większą cierpliwość i być bardziej wyrozumiały dla naszych oprowadzaczy... (był to plac Erbe i pl. Signore - wg planu wciśniętego mi w informacji turystycznej).
Werona Dalej - ruszyłem zwiedzać miasto na własną rękę. A zatem kościół S. Anastasia (IX w.) - zajrzałem tu tylko, bo wstęp 2 € (lub 5 € za kilka kościołów hurtem). Dalej katedra S. Maria Matricolare (VIII w.) - spławiłem biletera, który pognał za mną mówiąc mu, że chcę się tylko pomodlić. Tak się wczułem w swą rolę, że ugodzona moim wzrokiem hałaśliwa włoska przewodniczka, która zbyt się zbliżyła do mnie wymamrotała "mi scuzi" i uciekła.
Werona wciąż odkrywała swe uroki, kluczyłem wąskimi uliczkami zaglądając do bram i na zazielenione podwórka. Właściwie co kilka metrów spotykałem jakiś zabytek - a może tylko mi się tak wydawało - ach ci restauratorzy ;-) W każdym razie spacer w kierunku Teatro Romano (I w. p.n.e.) wspominam bardzo przyjemnie. Przeszedłem przez charakterystyczny most św. Piotra, wspiąłem się stromymi schodami pod Castello di S. Pietro zerkając na amfiteatr z góry (obok zamknięte na szczęście muzeum archeologiczne, 4 €). Później próbowałem odszukać internet przy jakiejś uliczce na literę S. Był zamknięty, a przy Manzotti nie miałem drobnych (monety 50-centowe). Zwiedzając kolejne kościoły (na ogół zewnętrznie) dostałem się ponownie w okolice Areny, gdzie zaszyłem się na jakimś podwórku i słuchając dolatującej z ulicy gry na wiolonczeli, uzupełniałem notatki podróżne. Wycofałem się w końcu w kierunku autobusu i, mimo zbyt wczesnej pory na powrót (kierowcy wymownie spoglądający na zegarek), rozłożyłem się na trawniku.
Podsumowując ten gorący dzień powiem: Werona - tak ładnie położona nad Adygą - z pewnością jest warta kilkugodzinnego spaceru.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej


I jeszcze Werona

Arena Arena
Adyga Most na Adydze
Most na Adydze Most na Adydze