Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Przysłowie marokanskie


Casablanca - Mohammedia

czwartek, 22 VIII 2002


Ewa chce siku | Hassan II: lubimy wszystko co duże, heh! |Pięknie, ale...|Ot - marokańska migawka|"Take a taxi" czyli sztuka pilotowania


Dar od narodu: meczet Hassana II

Przewodniki uprzedzały, że Casablanca to w miarę nowe miasto nie posiadające olśniewających zabytków. To raczej znana w całym świecie nazwa przyciąga tu turystów. A od niedawna również meczet Hassana II - "dar od narodu".
Jedziemy. Ewa chce siku. Przeciska się do pilota ale wraca z kwitkiem: "Czas wolny będzie w Casablance". Za 2h... Wysyła męża, zaczynamy skandować. Nic... :-( Po 30 min Globtramp się poddaje i Ewa zalicza kibelek w miasteczku.

Po przykrym incydencie z sikaniem Ewy z ulgą wysiadamy pod kościołem Sacre Couer w centrum miasta. Czy musieliśmy tu właściwie podjeżdżać? Biała bryła kościoła z taką sobie architekturą i wielką betoniarką i młotami pneumatycznymi wewnątrz. Zdaje się, że wieloletni remont. Będzie ładna hala koncertowa...
Odpoczynek w Parku Ligi Arabskiej. Kurcze! może Marokańczycy mogą tu odpoczywać. Na przykład spacerując i licząc sobie śmieci lub uprawiając jogging między pustymi butelkami... Zrezygnowany siadam na ławce, dosiada się do mnie Abdel-lah, namolny Marokańczyk i coś smęci po hiszpańsku przez pół godziny. Przynajmniej dowiedziałem się jak nazywają się poszczególne części tradycyjnego ubioru arabskiego na Wschodzie i tu na Zachodzie. Odjazd pod meczet Hassana II. Hassan II - imponuje

To miejsce trzeba zobaczyć. Meczet i jego otoczenie imponują przepychem i ogromem. Widać, nie tylko współcześni Polacy są zboczeni na punkcie stawiania dużych świątyń (vide Licheń). Usytuowany nad samym Atlantykiem musi również pięknie prezentować się od strony wody. Potężne bramy i ponad 200-metrowy minaret ozdobione mozaikami lśnią w słońcu napełniając dumą serce każdego muzułmanina. Kilkadziesiąt minut do wejścia upływają na gorączkowych poszukiwaniach właściwych ubrań. Zdziwienie ludzi, że trzeba mieć długie stroje (zwłaszcza kobiety) jest zastanawiające i zamiast zażenowania własną niewiedzą wzbudza agresję ("Skończyłam z panem gadać"). Wejście do meczetu to dla mnie wydatek kolejnych 10 $. (100 DH). Dla p. Tadka próba wejścia na pożyczony ISIC kończy się poszukiwaniem "syna", dla którego kupował bilet. "Co? sami sobie budujcie meczety, nie będę się składać na te marmury!" - denerwuje się Tadeusz. A co mieli powiedzieć Marokańczycy, którym na kilka lat podniesiono podatki, by mogli się złożyć na "dar" dla monarchy? 600 mln dolców a może i miliard? Że można by zbudować 100 szkół? A po co? Przecież każde dziecko ma zagwarantowane, jak nam powiedział nasz feski przewodnik, 2 lata w szkole koranicznej...Asia

Anglojęzyczna przewodniczka oprowadza po meczecie podkreślając wszystko, co "naj" w tym trzecim co do wielkości meczecie świata oraz zwracając uwagę na techniczne "nowinki", tak jakby elektryczne otwieranie drzwi czy równie sprytne opuszczanie 600 kilogramowego żyrandola było cudem techniki a nie zwykłą koniecznością. Meczet jest pusty, nawet marmurowa posadzka pozbawiona jest dywanów. Jakże inne wrażenie wywiera to miejsce od Ommajadów w Damaszku. Tamten meczet był prawdziwszy, żywy, pełen modlących się, siedzących, leżących i klęczących na dywanach muzułmanów. Ten - niczym dostojne muzeum i to w chwili zmiany ekspozycji. Nie mniej jednak sprawia wrażenie. Mieści się tu 50.000 mężczyzn i 10.000 kobiet, przy czym muzułmanki gromadzą się osobno na czymś w rodzaju tarasów ciągnących się wzdłuż osi meczetu na wysokości 5 metrów. Ściany są dekorowane kafelkami, rzeźbione sufity z drewna cedrowego. Centralna część sklepienia jest rozsuwana i musi być co najmniej taką atrakcją jak otwieranie ołtarza Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie. Przez ozdobione kratami okna widać fale Atlantyku.
Podchodzimy pod mihrab przy ścianie meczetu zwróconej do Mekki, później zwiedzamy dolną kondygnację - miejsce ablucji w postaci kilkudziesięciu pięknych fontann z białego marmuru rozmieszczonych między fantastycznie podświetlonymi kolumnami Jeszcze kompleks łaźni z pomieszczeniami o różnej temperaturze i w końcu rzut oka na minaret od środka.
Cóż mogę powiedzieć - mimo braku damasceńskich klimatów - warto poznać meczet Hassana II.

W ramach poszukiwania czynnego banku (co jest w zasadzie niemożliwe po 14.30) zwiedzam okoliczne reprezentacyjne bulwary. Mijam wzruszając ramionami "Casablanca Cafe" - pewnie jedną ze stu o tej samej nazwie, z uśmiechem patrzę na pół tuzina policjantów ochraniających budynek amerykańskiej szkoły językowej a w powrotnej drodze napotykam na orszak rozśpiewanych i rozegranych weselników prowadzonych przez dwóch Marokańczyków siedzących na jednym osiołku. Podobno "second marriage". I z czego tu się cieszyć?... Orszak weselny

O 17.00 wyjeżdżamy w 40 minutową według zapowiedzi pilota drogę na camping w Mohammedii. Tyle zapowiedzi, praktyka (zwłaszcza pilota) jest nieco inna... Gdy, po 2 godzinach jazdy Adam zwraca uwagę, że przejeżdżamy tą samą drogą czwarty raz, przypominają mi się nieśmiertelne słowa Sucharka czy wyczyny, pożal się boże, Intertouru. Ostatecznie kończy się na pilotowaniu taksówką. Rozbijamy się po zmroku. Jest na tyle jednak jasno, by dojrzeć fatalne warunki kempingowe: obsrane kibelki, gówienka na trawie między namiotami. Setki ludzi, namiotów, muzyka nastawiona na full ("A właśnie, że moja ładniejsza!"). Maroko... Kładę się na materacu, zamykam oczy i wydaje mi się, że wciąż jestem na placu Jemaa el Fna. Moje samopoczucie wraca do normy Już tylko lekki ucisk w żołądku nie pozwala mi zapomnieć, iż jestem w pięknym i ponętnym kraju.
Godzinna pogawędka u dziewczyn (Adam znów wraca na noc do naszego namiotu, dziwne)


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej