Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14]
Tej części relacji jeszcze nie ma. Dziś powrót.
[opis dnia do popołudnia]
– Jeszcze kilka dni i trafilibyśmy tu z zamkniętymi oczami – mówi Aga.
Idziemy jeszcze na nasz bazarek. Sprzedawcy już nas poznają, chłopcy jak zwykle swoje "Cigarettes?", a my swoje "We don’t smoke". Aga kupuje w piekarni ciastka do domu, ja nie. Nie chcę również niczego do jedzenia na drogę, wytrzymam! Bierzemy natomiast dwie wody. Strasznie dużo pijemy tutaj, jak się później zorientuję na podstawie zakupowych zapisków. Każde z nas wypiło 76 litrów wody lub innych płynów. To 6,3 litra dziennie! Wiele razy w trakcie tego trampingu zastanawiałem się, czy musimy aż tyle pić. Jeśli dobrze pamiętam, w upalnym Iranie a także w Syrii i Jordanii piłem znacznie mniej. Doszedłem wówczas do wniosku, że redukując sensownie spożycie płynów zmienimy swój metabolizm i przestawiamy się pocić. A jak się pije bez ograniczeń, człowiek poci się nadmiernie. Jak naprawdę jest – nie wiem. W hotelu odbieramy plecaki z magazynu.
– To był ciężki i gorący dzień, jestem strasznie zmęczony – mówię do hotelarza.
– Tak dzisiaj jest gorąco nawet dla Egipcjan.
– Jak wy to wytrzymujecie, zwłaszcza kobiety – dziwię się.
– No, ja nie mogę spać bez klimatyzacji – przyznaje mężczyzna.
Pytamy o możliwość skorzystania z prysznica. Nie ma problemu. Ten Egipcjanin naprawdę mi się podoba! Odświeżam się i idę do kafeterii pogadać z hotelarzem.
– Muszę powiedzieć, że pobyt w tym hotelu był naprawdę przyjemny – mówię z przekonaniem.
Pomijam, oczywiście, klatkę schodową. Opowiadam mu, że ludzie na ulicy zniechęcali nas do tego miejsca.
– To naganiacze, oni dostają pieniądze od innych hoteli – tłumaczy mężczyzna.
– Chciałbym polecić twój hostel innym podróżnikom w Polsce – przymilam się.
– Winda będzie za 2–3 miesiące.
He, he a może za pół roku. Nieważne. Grunt, że hostel był tani a warunki znośne. Aga jest już gotowa, żegnamy się. Mężczyzna udziela nam jeszcze wskazówek jak dojechać na lotnisko.
– Za Muzeum Egipskim jest dworzec autobusowy, autobus 356, bilet kosztuje 1 funta...
To wiem. Co jak co, ale komunikacja miejska jest w Egipcie tania. Objuczeni tobołkami ruszamy w kierunku Tahrir. Obyło się bez bakszyszu za przechowanie bagażu, fundujemy więc sobie lody. Po raz kolejny, ale chyba ostatni, mam niejasne uczucie, że ceny są tu podwójne. No, chyba że Egipcjanin z lodami nie zna liczebników angielskich. Dokupujemy jeszcze dwie butelki wody, wiem przecież jak wszystko jest drogie na lotnisku. Na dworcu starszy pan za kontuarem udziela nam wskazówek. Autobus 356 jest już nie jedzie, ale pojedzie autobus 400 z drugiej zatoczki o 20:00. Czekamy. Zajeżdżają kolejne autobusy, mija 21:15 a tu nic. Dyspozytor uspokaja nas. Spokojnie, przyjedzie. No wiem, są korki. Idę jeszcze po prażoną na węglu drzewnym kukurydzę. Jadłem kiedyś taką w zachodnich Chinach, lecz teraz chciałbym, aby Aga spróbowała tego specjału. Średnio jej smakuje, trudno. Nadjeżdża spóźniona czterysetka, jedziemy. Na którymś z kolejnych przystanków dosiada się kobieta z plecakiem. Ani chybi Polka, wygląda na nauczycielkę. Ostatni raz oglądamy kairskie ulice. Mam świadomość tego, że nigdy tu już nie wrócę. Najprawdopodobniej, bo przecież nie odwiedzam powtórnie krajów już poznanych. Po godzinie a może dwóch – straciłem poczucie czasu – przedzierania się przez zakorkowane miasto jesteśmy przy pierwszym terminalu i wskakujemy do gratisowego autobusu, który zawodzi nas na terminal numer 3. Na piętrze w hali odlotów spotykam naszych znajomków. Spokojnie pakujemy plecaki w worki, mamy sporo czasu. I tak wiemy, że samoloty są opóźnione.
– Oby tylko przyleciał ten z Warszawy – mówię.
Czas dłuży się, Aga przysypia a ja wyjadam słonecznik. Przed 5:00 z godzinnym opóźnieniem startujemy. Światła miasta umykają do tyłu, wzbijamy się w czerń nocy.
A więc taki był Egipt! Gorący, męczący, brudny. Ale też zachwycający, niezwykły i na swój sposób swojski. 12 dni na miejscu to oczywiście niedużo, by poznać dobrze kraj, ale przecież nie leżeliśmy plackiem na plaży w Hurghadzie przez dwa tygodnie jak czynią setki tysięcy Polaków. Zobaczyliśmy w zasadzie to, co zaplanowaliśmy. Zabrakło może dwóch dni, by wybrać się na Synaj. Może i czterech, by poznać więcej zabytków środkowego Egiptu. A może jeszcze więcej, by przyjrzeć się codziennemu życiu Egiptu. To wszystko wiem, ale też wiem, że urlopu nie rozciągnie się w nieskończoność a życie jest krótkie. Jak chcę się poznać wszystkie zakątki naszego świata, to muszę skupić się na wybranych miejscach. Egipt był konieczną pozycją w moim dorobku podróżniczym. Jest zbyt ważnym miejscem na mapie kulturowej świata, by go pominąć.
Wracam zadowolony nie tylko dlatego, że wszystko poszło gładko, bez większych problemów logistycznych, nie tylko dlatego, że dotarłem do głównych highlightów w tym kraju. Cieszę się, że nasz wyjazd było urozmaicony, że nie zabrakło w nim i starożytnych cudów świata i bardziej współczesnych architektonicznych perełek; że poznaliśmy egipskie bieguny przyrodnicze: pustkę pustyni i bogactwo rafy koralowej; szczególnie mnie cieszą chwile spędzone w kościele koptyjskim podczas ceremonii ślubu, nocne wizyty fenków, na pustyni, śniadanie w zagajniku palmowym, malowanie dłoni na placu Tahrir podczas wieców. To są właśnie najbardziej wartościowe wspomnienia. Bo te wszystkie zabytki od piramid przez meczety i medresy są jednak czymś pospolitym, czymś, co może być udziałem każdego turysty odwiedzającego kraj faraonów. Niestety wyjazd był ubogi w prawdziwie naturalne spotkania z miejscowymi ludźmi, brakło mi zaproszeń do zwykłego domu, okazji, by się przyjrzeć życiu codziennemu Egipcjan – od środka. Pewnie, że trafiały się sympatyczne rozmowy, jak choćby ta z Islamem w autobusie do Kairu, ale, jakby nie patrzeć, Egipt nie jest łatwym miejscem do nawiązywania bliższych kontaktów. Dominowały mało atrakcyjne dialogi, które poprawnie nazwać trzeba kłótniami. Kłótniami o wszystko. O każdy zakup, o chwilę samotności. To nagabywanie i targowanie się w opinii wielu jest składnikiem kultury egipskiej. Nie jestem tego pewien. Nie widziałem Egipcjanina targującego się, negocjującego cenę zakupu wody w sklepie. Jeśli więc kupujesz towar po znacznie zawyżonej cenie, bo tak policzył ci sprzedawca, to jesteś, po prostu, ofiarą oszustwa a sprzedawca, po prostu, oszustem. Stosujmy jedną miarkę w takich sytuacjach. Jeśli polski taksówkarz policzy za kurs obcokrajowcowi trzy razy więcej, to jest zwyczajnie oszustem żerującym na nieświadomości klienta.