Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14]
Świt na pustyni | Śniadanie w oazie | Powrót do Kairu | Nocna jazda do Luksoru
Świt na pustyni. Jak ja to lubię! Słońce chowa się jeszcze za skałami, ale jego promienie oświetlają już na różowo wierzchołki skalnych grzybów. Idziemy na krótką przechadzkę a nasi serwisanci zwijają obóz. Teraz dopiero jestem w stanie w pełni docenić piękno miejsca, w którym przypadło nam nocować. Na pofalowanym piasku widzę ślady fenków przemierzających pustynię w poszukiwaniu pożywienia. Są też ślady bosych stóp, to pamiątka po odwiedzinach między "obozowiskami", które wyrastają tu co wieczór. Wśród piaszczystych łach spotykamy rozległe przestrzenie pokryte nieskazitelnie białym kalcytem. Nie jest on sypki, nie tworzy odłamków, lecz twardą sfalowaną powierzchnię. Ten widok jest niesamowity: pokryta kalcytem okolica wygląda jak zamarznięte morze. Chodzę więc po falach niczym w biblijnej przypowieści i cieszę się, że tu jestem. A naprawdę jest na co popatrzeć! Z równiny wyrastają białe ostańce, grzyby, maczugi, iglice, kopuły mniej lub bardziej urozmaicone skałki. Nie są idealnie białe, mają lekko żółtawy odcień, lecz na tle piasku są olśniewająco jasne. Krążę między skałami, słońce tymczasem wzniosło się na pięć palców ponad horyzont. Jest wyjątkowo cicho i bezwietrznie. Pod odległą skałą ktoś usiadł. Pewno turysta z innego dżipa. Wyciągnął twarz do słońca i też się rozkoszuje tym nieziemskim krajobrazem. Z ociąganiem wracamy do samochodu. Obozowisko jest spakowane, dostajemy po jabłku i ruszamy. Zastanawiam się, czy oznacza to rezygnację ze śniadania. Może dostaniemy w hotelu, tam by było prościej przygotować.
Jedziemy wśród białych ostańców, w kierunku Czarnej Pustyni. Nieoczekiwanie skręcamy z drogi w stronę ergu. Wjeżdżamy na coraz wyższe wydmy.
– Hang on! – woła do nas kierowca.
Łapiemy się uchwytów, jeepem telepie na prawo i lewo. Niezła jazda! Zatrzymujemy się na skraju wydmy. Wokół morze piasku układającego się w barchany. A pomiędzy nimi wystają czarne kopce ostańców. Jedna z długich wydm zachwyca swą falistą linią grzbietowo, a poranne słońce kładzie cienie po jej drugiej stronie, nadając widokowi plastyczność i urok. W niektórych miejscach piasek jest czysty, wówczas tworzą się nieskończone pola wydmowe. W innych miejscach piasek na powierzchni poprzetykany jest czarnymi odłamkami kamieni, przypomina pryszczatą buzię nastolatka. Z radością chłoniemy te widoki, nieustannie zmierzając w kierunku Al-Baharji.
Dość nieoczekiwanie wyrasta przed nami na pustyni pole uprawne. Rosną tu opuncje – klimat widocznie jest bardziej wilgotny lub plantacja jest sztucznie nawadniana. Zbliżamy się do oazy pełnej palm. Tu przystajemy. Uśmiechamy się do bezpańskich z pozoru wielbłądów skubiących mizerną trawę. Ale oto spomiędzy krzaków wyłania się postać chłopaka z motyką na ramieniu. Pewno i wielbłądy są jego. W zagajniku palmowym nasi organizatorzy wypakowują maty, butlę gazową, kanistry z wodą. Już wiem, że czeka nas śniadanie na trawie. Po 20 minutach posiłek jest gotowy, rozsiadamy się na kapach. Arab rozlewa herbatę do szklaneczek, ale ja podstawiam mu swój plastikowy kubek i wypijam swoją kawę. No, teraz to co innego! Dostajemy placki, dżem i arbuza, Egipcjanie też z nami jedzą. Po śniadaniu idę na krótką przechadzkę zostawiając na chwilę Agę sam na sam z panami. Obok plantacji palm daktylowych są tu pola kukurydzy. Dochodzę do jakiegoś przysiółka: kilkanaście ceglanych lub glinianych domów ze zniszczonymi dachami, wśród których kręcą się wielbłądy.
– Piotr! – słyszę z daleka.
Wracam do samochodu. Panowie są już spakowani, ruszamy dalej. Towarzyszą nam znajome już widoki Czarnej Pustyni z poczerniałymi stożkami. Wkrótce dojeżdżamy do miejsca do zbiornika-cysterny z wodą. Miejscowi napełniają kanistry, a mnie zachęcają do wskoczenia do środka.
– No, thanks!
Jakoś wystarczy nam moczenie stóp. Nasz kucharz zdążył już zmyć talerze i garnki, możemy już ruszać dalej.
Hotel w Al-Bahariji wita nas chłodnym cieniem. Odbieramy plecaki.
– Macie autobus o 12:00 – mówi właściciel hotelu – Jak było?
– Super!
Oczywiście, że jesteśmy zadowoleni. Być może wydłużając ten tour do kilku dni, lepiej poznalibyśmy różne ciekawostki pustyni, ale przecież przez ten czas ani chwili nie nudziliśmy się…