Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Fatalna pogoda – wracam z gór | Milczenie owiec | Dziewczyny jedzą kurczaka | Azerowie szukają mi noclegu | Dokąd ja jadę?!
Budzik wyrywa mnie ze snu o 6:00. W pokoju jest ciemno, ledwo dostrzegam zarys okna. Z niepokojem wsłuchuję się w dźwięk kapiących kropel. Padało zresztą całą noc... O 7:00 jest już na tyle jasno, że mogę zobaczyć... iż nic nie widzę! Mgła dokładnie spowiła świat. Jestem podłamany. Jeśli mgła się nie podniesie, jeśli nie zobaczę jakiś oznak poprawy pogody – będę musiał się wycofać z gór. Koło 8:00 jestem spakowany i po śniadaniu. Rozliczam się z gospodynią, dając jej 5 manatów.
– Pogoda płochaja – bezradnie rozkładam ręce.
Na zewnątrz siąpi kapuśniak, mgła nieco ustąpiła, trochę się przejaśniło, lecz góry szczelnie przykryte są chmurami. Mogłem się tego spodziewać na podstawie długoterminowych prognoz pogody. Decyzja zapada – wyjeżdżam. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Dowiaduję się od mężczyzn ładujących stado owiec do ciężarówki, że autobus do Quby już odjechał jakiś czas temu. Mogę liczyć tylko na okazję. Ustawiam się przy drodze i czekam. Zaciekawiony obecnością samotnego turysty zbliża się do mnie starszy mężczyzna z laską. Ma na sobie marynarkę, czarne półbuty, na głowie wysoką baranią czapę. Wdajemy się w rozmowę. Mężczyzna ma 65 lat, jest Azerem. Przyjechał tu po wojnie i już został. Wspomina z nostalgią czasy Sojuza. Mam wrażenie, że jest ciekawy świata. Ale wiadomo, nigdzie stąd nie wyjedzie, najwyżej do Baku.
– Życie się zmieniło – mówi – jest teraz inaczej.
Wypytuje mnie, skąd jestem, co tutaj robię.
– Tak, piękne tu są góry. To moje góry! A teraz przyjechali ekolodzy, zabraniają strzelać do górskich kozłów!
Odwraca się bokiem i opierając się na lasce, patrzy długo na góry. Potem żegna się i drobnymi kroczkami wraca do wioski.
A ja tymczasem się stresuję. Ja tymczasem się stresuję. Gruba warstwa chmur utrzymuje się cały czas, co utwierdza mnie to w przekonaniu, że dziś nie było warunków do chodzenia po wysokich górach. Niepokoi mnie jednak powrót do "cywilizacji". Przez pół godziny ani jeden samochód tędy nie przejechał. Ale oto powoli, chybocząc się po nierównościach drogi, nadjeżdża ciężarówka z owcami. Azer, z którym rozmawiałem, zatrzymuje laską samochód i przekonuje kierowcę, by mnie zabrał do Quby. Wskakuję do szoferki, ciasno tu we trójkę – trzymam na razie plecak na kolanach. Z paki za mną dolatuje beczenie i tupanie zwierząt. Początkowo jedziemy płaską drogą wyrytą w zboczu doliny. Trafiamy na stado bydła samopas idące asfaltem. Większość krów udaje się nam wyminąć, jeden tylko byczek biegnie przed maską samochodu. Nie sposób go wyprzedzić, droga jest wąska: z jednej strony osuwające się zbocze, z drugiej strony stok schodzący do rzeki. Kierowca trąbi jak oszalały, co jednak tylko pobudza zestresowane zwierzę do szybszego biegu. Zatrzymać skutecznie byczka pomagają dopiero robotnicy usuwający z drogi kamienie, które spadły na jezdnię przez ostatnią noc. Ziemia jest rozmoknięta, osuwa się wciąż i wcale bym się nie zdziwił, gdyby na dalszych odcinkach droga była nieprzejezdna.
Po przekroczeniu mostu na Qudiyalcay teren staje się bardziej górzysty, droga pnie się stromo do góry. Co chwilę słyszę "łubudu!" dobiegające z tyłu.
– Barany! – tłumaczy pomocnik – Barany prygajut.
– Skol'ko ich wieziete? – pytam.
– 100!
Może owiec jest setka, może więcej lub mniej, w każdym razie ciężarówka jest wypełniona kilkoma tonami żywy baraniny. Początkowo ten łomot dochodzący z paki trochę śmieszy, "ależ im tam wesoło". Później, gdy przy kolejnych wzniesieniach niemal fizycznie odczuwamy uderzenia ciał o pudło za nami, kiedy czujemy przewalanie się owiec z burty na burtę, słyszymy zgrzytanie racic o podłogę i żałosne pobekiwanie przechodzące w chrypienie, zaczynam się domyślać, jaki dramat tam się rozgrywa. Przerażone zwierzęta – a jadą przecież w ciemnościach – przy zmianach nachylenia drogi wskakują jedne na drugie, tratując się nawzajem. Przystajemy na zakręcie, nad przepaścią. Dno doliny przesłania mgła, siąpi mżawka. Mężczyźni wysiadają z szoferki i zaglądają do wnętrza paki. Słyszę ich przytłumione głosy, ale treści nie udaje mi się uchwycić. Długo ich nie ma. Widzę we wstecznym lusterku, jak wpychają wystające spod plandeki nieruchome kończyny zwierząt. Potem zapalają papierosa i palą w milczeniu.
Jedziemy dalej. Choć droga zasadniczo biegnie wzdłuż rzeki, to wciąż wjeżdżamy to w górę, to w dół. Teraz znajdujemy się na stromym i krętym odcinku. Chłopak ostrożnie, ale i pewnie pokonuje 180-stopniowe zakręty, który przecież mogą sprawić trudność kierowcy samochodu osobowego, a co dopiero, gdy wiezie się tyle ton ładunku! Droga powoli opuszcza się na dno doliny i gdy zadzieram głowę do góry, widzę tylko skały zasnute mgłą. Tu, na dole, jest całkiem ciemno, choć zbliża się 11:00. Manewrujemy pomiędzy odłamkami skał i kamieniami, które spadły ostatniej nocy. Wkrótce dojeżdżamy do wapiennego wąwozu a za kolejnym zakrętem wyłania się szersza panorama doliny opadającej ku Qubie. Mijamy coraz więcej domów i opuszczonych ośrodków wypoczynkowych. Potem znajomy podmiejski lasek z knajpkami i altankami i już dojeżdżamy na dworzec w Qubie. Płacę 5 manatów i wysiadam. Z paki ciężarówki nie dobiega żaden dźwięk...
Bezpośredniego z autobusu do Seki stąd nie ma, pojadę więc do Baku. Do odjazdu marszrutki mam jeszcze 20 minut, odwiedzam bazar i okoliczne sklepiki. W niewielkiej piekarni przyglądam się pracy cukiernika przyrządzającemu pahlavę – miejscowy przysmak. To słodkie ciasto z jeszcze słodszą polewą. Najpierw na wielkiej stolnicy układa grubą warstwę makaronów wyciskanych z pomysłowego urządzenia. Gdy ciasto osiągnie trzy centymetry, rozsmarowuje masą orzechową. Gotowe olbrzymie ciasto o średnicy niemal jednego metra kroi prostymi cięciami tworząc regularne romby i na koniec każdy kawałek przystraja połówką orzecha włoskiego zwanego tu greckim. Nie mogę sobie odmówić przyjemności skosztowania tego frykasa i kupuję kawałek.
Jedziemy do Baku. Za sąsiada mam 30-latka mówiącego perfekcyjnie po angielsku, wypytuje więc mnie o moją podróż, ja zaś go proszę o przetłumaczenie opisu podręcznika do matematyki, którego fragmenty sobie sfotografowałem w Xinaliq. Znajoma droga nie jest zbyt zajmująca. Nie potrafię jednak ani zasnąć, ani robić notatek. Przeżywam ostatnie wydarzenia, myślę o tych owcach i zastanawiam się nad dalszą drogą. Pogoda wciąż pochmurna, czasem przeleci drobny deszcz. Dobrze, że uciekłem z gór! Podróż kończy się na tym samym dworcu w Baku, z którego wyruszyłem. Marszrutka do Seki jest już stoi, ale odjeżdża dopiero o 15:00. Martwi mnie to, bo droga zajmie z 6 godzin i trudno mi będzie znaleźć nocleg w nocy. Kręcę się jeszcze po dworcu a dokładniej po pasażach handlowych, których jest mnóstwo w budynku. Chcę kupić jakieś prezenty lub pamiątki z Azerbejdżanu. Ciężko coś sensownego znaleźć. Ciuchy, buty, sprzęt AGD, kosmetyki... brak typowej "cepelii". Przecież nie kupię bluzki zapewne wyprodukowanej w Chinach! No dobrze, wracam do marszrutki. Kompletu pasażerów jeszcze nie ma, zajmuję pojedyncze siedzenie po prawej stronie obok kilku dziewcząt 16-, 25-letnich. Bardzo elegancko ubrane, makijaż i manicure. Jadą do Seki lub innej bliższej miejscowości, nie wiem. Zastanawia mnie, czy wracają z weekendowych "występów" w stolicy, bo przecież nie z sobotnio-niedzielnych zajęć na studiach dla pracujących. Dziewczyny są bardzo zajęte sobą, ledwo weszły do środka, już rozłożyły zawiniętego w folię aluminiową gotowanego kurczaka i zajadają go, wybierając co smaczniejsze kąski palcami. Przypomina mi się od razu obrazek z pociągu transsyberyjskiego: Rosjanie wcinający kuricę lub rybę z rozłożonej na stoliku gazety. Ja również zgłodniałem i gdy zajrzał do marszrutki lokalny dostawca fast-foodów, kupuję cieplutkie zapiekane ciasto z ziemniakami. Paluszki lizać!
Ruszamy o trzeciej. Kilka razy sprawdzam w przewodniku, jaką trasą pojedziemy, czy nie stracę jakichś interesujących miejsc po drodze... wygląda na to, że nie. Jasne, że fajnie byłoby poszwendać się po górach w północnym Azerbejdżanie, w regionie, w którym byłem wczoraj lub w okolicach Lazy, po drugiej stronie gór Mychtonian...
Zatrzymujemy się na chwilę w Szemasze (Şamaxı), miasteczka znanego z produkcji dywanów i… zespołu tancerek, które – wynajmowane – uświetniały imprezy w XIX wieku, tańcząc w barwnych strojach ludowych i wybijając takt miedzianymi kastetami na dłoniach. Dziś jest to mało turystyczne, 30-tysięczne miasteczko, ale przez osiemset lat temu było stolicą Szyrwanu – aż do podboju państwa przez perskich Safawidów w początku XVI wieku.
Po trzech godzinach wjeżdżamy na remontowany odcinek drogi, chwilami mkniemy po gładkim nowym asfalcie, ale najczęściej telepiemy się po objazdach i nieutwardzonych drogach. Krajobrazy robią się ciekawsze, znów zbliżamy się do gór. Humor mam jednak nieszczególny: zrobiło się ciemno i chłodno, i wciąż nie wiem, co będzie z noclegiem. Na kilkadziesiąt kilometrów przed Seki wjeżdżamy na obszar niezwykle pofałdowanego terenu. Wyżyna pokryta jest równoległymi garbami i poprzecinana wąwozami. Kolorowe skały muszą pięknie wyglądać w pełnym świetle. Czas pomyśleć o noclegu.
– Znajesz li kokije-nibud’ niedorogije gostinicy w Seki? – pytam młodego mężczyznę siedzącego przede mną.
Moje pytanie ożywia zaspanych pasażerów. Po chwili wszyscy – łącznie z kierowcą – wiedzą, że potrzebne jest mi miejsce do spania.
– ...ili mesto w licznoj kwartire, tak-to łutsze – precyzuję swoje potrzeby.
Zaczepiony mężczyzna naradza się z żoną, dzwoni do znajomego. Chętnie by mnie przyjęli, ale są akurat poza domem.
– Żałko, czto ty nie skazał etogo ransze... – mówi.
Ktoś poleca mi ktoś diewiatietażnik – duży i ponoć tani hotel w centrum, ktoś dzwoni do rodziny. Widać, przejęli się moim losem.