Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Odri – Tetowo – Skopje

piątek, 27 VII 2012


Miłosne igraszki | Zachwycamy sie motylami | Szukamy noclegu w Skopje | Macedonka wspomina męża


Następnego dnia chłopak odwozi nas do Odri. Dziękujemy za wszystko i żegnamy się. Zostawiamy w jakiejś chałupie plecaki i na lekko idziemy w stronę wymarłej wioski Prwce. Droga zakosami prowadzi na sporą górę. Główny grzbiet gór Szar Płanina sięga 2750 m n.p.m. (Titow Wrw). A przypomnę, że wchodzi się z 600 metrów. Naszym celem jest bezimienna dla nas góra (2350 m n.p.m.) położona na południe od głównego grzbietu Szar Płaniny i oddzielona przełęczą 2280 od Jezerskiego Wrwa (2580 m n.p.m.). Mam wątpliwości, czy damy radę tam wejść. Nastawiamy się na krótki trekking. Droga wije się przez lasy i łąki. Na kolejnym zakręcie zatrzymuję się gwałtownie.

– Stój! – mówię cicho.

Sergiusz zatrzymał się jak wryty. W odległości 10 metrów od nas, wprost na ścieżce, znajdują się dwa żółwie przyłapane na miłosnych igraszkach, nic sobie nie robią z naszej obecności. Fotografując bezwstydników, powoli zbliżamy się do pary. Mają po 25 cm długości, samiec jest mniejszy, ale bardziej aktywny 😉. Samica, ma nieco jaśniejszą barwę swej skorupy.

Robimy sobie dłuższą sesję zdjęciową z nimi. Sergiusz – jak to on – zaczyna ustawiać żółwie do portretu, cierpliwie czekając aż przestraszone zwierzęta wysuną głowę ze swojego domku.

– Ale się cieszę, że je zobaczyłem! – mówię.

To prawda. Ile razy widzę jakieś zwierzę podczas moich trampingowych wypadów – to się cieszę, niezależnie od tego, czy będzie to burunduk chyżo zmykający po pniu mongolskiej sosny, czy biały nosorożec w nepalskim lesie sal, czy niedźwiedź w rumuńskich Karpatach, czy też jak skubiący trawę w Tybecie lub paw siedzący na gałęzi drzewa gdzieś w Radżastanie.

Dalsza droga prowadzi zakosami w górę zbocza. Mija kolejna godzina marszu a Prwców, jak nie ma, tak nie ma. Od czasu do czasu wyłania się na zakrętach widok na wyższe partie gór ... Mgła spowija szczyty powyżej 2000 m.

– Niestety, pogoda niezbyt się udała – stwierdzam.

– No, mogłoby być tak ładnie, jak wczoraj – przytakuje Sergiusz.

Nic to. Po kolejnej godzinie dochodzimy do granicy lasów. To tu znajduje się zrujnowana, opustoszała wioska Prwce. Zostało po niej trochę murów i szkielety drewnianych domów. Ale może odżyje. Bo oto na otwartej przestrzeni widzę kilka nowo wybudowanych domów – są w stanie surowym, nikt w nich jeszcze nie mieszka. Upał narasta. Dokarmiamy się ostrężynami i podjadamy mirabelki ze zdziczałych sadów. Wolałbym zrywać zdziczałe winogrona, jak w zeszłym roku w Libanie. Lub morele, jak ongiś w Kapadocji. Ale dobre i to. Decydujemy się wejść na stosunkowo niski szczyt powyżej zbocza, na którym się znajdujemy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że cel określony wczoraj jest dziś dla nas nieosiągalny. Należało wybrać inną drogę – doliną bardziej na południe i tam odszukać leśną drogę trawersującą zbocze. Byłaby to zresztą wędrówka na 12 godzin.

– Ten szczyt jest z tysiąc metrów ponad nami – wzdycham – nie damy rady…

– Poza tym są chmury i nic nie byłoby widać – Sergiusz kończy nasze rozterki.

Posuwając się po stromym zboczu – trochę po trawie, trochę po skałach – wchodzimy na podszczytową polankę. Czy się rozkładamy na piknik. Widoki byłyby naprawdę ładne, gdyby nie mglista pogoda. W dole rozłożyły się podgórskie wsie, dalej dostrzegam zszarzałe szczyty... W górze – wciąż zamglone, spowite mgłą niebosiężne szczyty. Ale najbliższe otoczenie jest urocze. Wokół lata mnóstwo różnobarwnych motyli i ciem. I innych błonkówek. Siadają na kwiatach – amarantowych goździkach (Dianthus leucophoeniceus), żółtych kuklikach górskich (Geum montanum) i fioletowych świerzbnicach (Knautia macedonica). Polujemy na motyle. Ja upatrzyłem sobie niezwykłego... Ma nietypowy kształt czarno-bladożółtych skrzydeł. Nieustannie lata w ten oto dziwny sposób, że wydaje się, jakby fruwał do tyłu.

– To chyba paź królowej – mówię.

– A nie paź żeglarz? – poprawia mnie Sergiusz.

No, tak. To paź żeglarz zwany żeglarkiem (Iphiclides podalirius). Nigdy wcześniej nie widziałem tego motyla. Zżymam się, bo tak trudno zrobić mu dobrą fotografię! Sergiusz wciąż się zachwyca komórką, porównując swoje makrofotografie z moimi.

– Masz najlepszą komórkę – przyznaję mu nieustannie rację.

Czas wracać – jeszcze dziś chcemy być w Skopje. Koło 14:00 schodzimy w dół. Znów spotykamy żółwie – w sumie pięć w czasie godziny – i z każdym się fotografujemy.

– Niezła zupa byłaby – rozmarzam się – zjadłbyś?

Sergiusz kręci głową. Ech, nie wie, co dobre 😉.

Chociaż nie wdrapaliśmy się na żaden znany szczyt, to był udany wypad, zwłaszcza od strony przyrodniczej.

W Odri odbieramy plecaki i łapiemy busa do Tetowa. Kierowca podwozi nas – tylko nas – specjalnie do dworzec autobusowy. Czas oczekiwania na transport skracamy, wypijając kolejną 2-litrową colę i obserwując tłum Albańczyków szykujących się do drogi do Niemiec. Pakują do autobusu zgrzewki napojów i produktów spożywczych. Jadą do pracy. A my – do stolicy.

Wyjeżdżamy z 15-minutowym opóźnieniem. Po drodze widać sporo pogorzelisk na stokach gór. Zapewne nie tylko w Czarnogórze były w tym roku pożary… Dziewczyna z autobusu podpowiada, by nie jechać na dworzec autobusowy, lecz wysiąść w centrum. Najwyraźniej rozległe to centrum, bo według geolokalizacji Sergiusz ustala, że mamy do przejścia 2 kilometry. ("usłużni" taksówkarze mówią o 3-4 kilometrach, he, he). Zarzucamy plecaki i idziemy. Stolica Macedonii sprawia na dobre wrażenie, chociaż poruszamy się wzdłuż mało turystycznych, szerokich arterii. Przekraczamy rzekę (jak przez mgłę pamiętałem, iż tanie hoteliki znajdują się w północnej "muzułmańskiej" części miasto). Meandrujemy uliczkami willowego osiedla.

– Do you have reservation? – pyta 50-letni recepcjonista w hostelu.

Kręcimy głową. On zresztą też. Prowadzi nas do domu w sąsiednim domu.

– 10 euro per person.

Nie dość, że drogo, to jeszcze w suterenie!

– Tato, idziemy stąd – stwierdza Sergiusz.

Próbuję jeszcze negocjować cenę z facetem. Proponuję 7 euro. Nie zgadza się, mówiąc, że inni tyle zapłacili za łóżko.

– I am professional, I can't do it – rzuca twardo.

Okoliczne hostele są według niego "zamknięte" lub "pełne".

– Zostań tu i czekaj – mówię do Sergiusza.

Idę sprawdzić jeszcze jeden adres. Ustalam położenie ulicy i wdaję się w rozmowę z dwiema starszymi Macedonkami. Jedna z nich może by nas przenocowała – do czego ją usilnie namawiam – ale ma akurat w domu remont. Prowadzi mnie więc gdzieś – nie wiem, dokąd – cały czas opowiadając o swoim życiu.

– My husband – Warszawa. On chirurg – wskazuje płuca – Kraków beautiful gorod. Zakopane, Warszawa.

Jak się za chwilę okaże, prowadzi mnie do domku w ogrodzie. Najpierw pertraktuje ze znajomym dziadkiem – zapewne cierpiącym na alzheimera – potem bezskutecznie namawia inną kumoszkę, by nas przenocowała – znów używając "polskiego" argumentu. Miejsce do spania jest – pospiesznie posprzątany pokój po studentach. Kwestią pozostaje cena.

– Kolku da se zeme? Nie znam – zastanawia się poczciwa Macedonka.

– Minimalna cena 10 euro – podpowiada starsza kobieta.

Dobrze. Chcę biec po Sergiusza, pewnie niepokoi się o mnie. Nic z tego, muszę wrócić pod jej dom, słuchając wspomnień.

– Rakija pijosz?. Domaszna rabota. Czut-czut – rozwiera palce na odległość od centymetrów.

Nie mogę odmówić. Wchodzimy do staromodnego mieszkania.

– Nazdrawje! – wnosimy toast małym kieliszkiem, siedząc na fotelach.

Starsza pani – technik radiolog – koniecznie chce mi pokazać zdjęcia z Krakowa, a albumów ma kilka... Ta krótka wizyta nastraja mnie znów pozytywnie do Macedonii i jej mieszkańców. I, oczywiście, od razu przypomina mi się gościnność Gruzinów, Syryjczyków i Irańczyków. Myślę, sobie wtedy o naszym wyobrażeniu o polskiej gościnności. Czy aby nie ulegamy jakimś złudzeniom? Czy zapraszamy do siebie do domu przygodnie spotkanych ludzi? Czy łatwo przyszłoby nam – powiedzmy – wpuścić grupą Chińczyków do domu o północy?

Zabieram Sergiusza spod hostelu i podekscytowany opowiadam o wizycie u Macedonki. W domku robimy pranie i zjadamy jakiś posiłek. Po zmroku czas na rekonesans do miasta – odnajdujemy wifi i robimy zakupy.

– Jeszcze arbuz, tato – prosi Sergiusz.

Jasne. Do naszego spaceru dołącza 6-kilogramowy arbuz.

Następny dzień  Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej