Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Rużaje – Pecz – Prisztina – Tetowo – Slatino

czwartek, 26 VII 2012


Jak smakuje ser w Kosowie? | Robimy przegląd broni | Prisztina: składam hołd Clintonowi | Brak zdecydowania | Kolacja u Albańczyków


Dziś jakby ciąg dalszy dnia wczorajszego. Gdyby nie pożary w Czarnogórze i konieczność objazdu, już dawno przekroczylibyśmy granicę z Kosowem. Wychodzimy za miasto i stajemy na stopie. Po godzinie bezowocnego machania odpuszczamy i wsiadamy do autobusu jadącego do Rożaje. Tu uzupełniamy zapasy wody z ulicznego źródełka i maszerujemy na skrzyżowanie z drogą na Pecz. Niestety, główna droga idzie w stronę Serbii, możemy liczyć tylko na rzadko skręcające z autostrady samochody. Do Peć, zwanego po albańsku Peja, jedziemy w półciężarówce, siedząc między kabiną kierowcy a paką wyładowaną szczapami drewna. Kierowca żywo rozmawia z innym pasażerem, czasem mężczyźni się do nas odezwą z sympatią. Krajobrazy są coraz bardziej górskie, wjeżdżamy na przełęcz 1800 m n.p.m. Posterunek czarnogórski Kula oddziela od kosowskiego spory kawałek drogi, może 5 km. Dopiero tam, w dolinie celnicy wyrywkowo sprawdzają zawartość paki z drewnem. Dalsza droga do Peja wiedzie wzdłuż głównego grzbietu gór... Wyglądają atrakcyjnie. Z piętrowym ułożeniem roślinności przypominają Tatry Zachodnie. Z perspektywy czasu będą trochę żałować, że nie poszliśmy w te góry, zwłaszcza po rozmowie z chłopakiem z autobusu, który okazał się przewodnikiem górskim i gorąco namawiał nas na treki tutaj. Dojeżdżamy do Peja, daje kierowcy 4 euro, co zostaje przyjęte z zadowoleniem. Robimy zakupy w supermarkecie przy głównej ulicy. W tym dziwnym państwie płaci się w euro. Mamy ochotę na nabiał, kupuję kilogram białego sera, chleb i chipsy. Autobusów do stolicy jest mnóstwo, jeżdżą 20 minut. Czas na posiłek. Niestety, ser okazuje się bardzo kwaśny. Sergiusz uznaje go za zepsuty, zjada chleb z dżemem; ja męczą się z serem. Większość pozostawiam w pudełku dla bardziej głodnych.

Zostawiamy bagaże w przechowalni i idziemy na spacer po mieście. Peja sprawia dobre wrażenie. Nie jest to metropolia ani senne miasteczko. Oglądamy ożywione centrum, później wstępujemy na bazar. Można tu kupić wszystko: od majtek po kastety.

– Patrz, jest i broń maszynowa – mówię wskazując zapakowane w styropianowe pudła M16.

– Eee... – Sergiusz krzywi się.

Karabiny są plastikowe, ale sądzę, że faktycznie na bazarze można kupić prawdziwą broń. Przed wyjazdem syn miał obawy, czy w Kosowie będzie bezpiecznie.

– Weźmiemy ze sobą granaty, a broń długą kupimy na miejscu – żartowałem.

Jak się później okaże, w tym dziwnym państwie nie mieliśmy nigdzie problemu i nawet nie zauważyliśmy obecności wojsk czy nadmiaru policji na ulicach. Kręcimy się po bazarze. Sergiusz chcę kupić sobie koszulkę – koniecznie w kolorze zielonym. Niestety, takowych brak lub nie podobają mu się. W kantorze oddaje 1000 albańskich leków, 7 euro do przodu.

Tyle zwiedzania. Jest tu jakiś zabytkowy kościół, ale daleko i nie chce nam się go oglądać.

Wskakujemy do autobusu do Prisztiny. Sergiusz rozmawia z 20-latkiem pracującym w NGO i będącym jednocześnie przewodnikiem górskim. Zachęca nas do treków po kosowskich górach.

Na miejscu jesteśmy po godzinie. Zostawiamy bagaże w informacji (trzeba kupić "bilet bagażowy" w okienku kasowym – 1 euro) i idziemy na piechotę do centrum oddalonego o 20 minut. Z daleka widać już potężną bryłę katedry; niestety – jak się za chwilę przekonamy – kościół jest dopiero budowany. Wstępujemy po sąsiedzku na kebab.

– Dobrze, taki kebab zjeść mogę – oświadcza Sergiusz – ale nie teraz, tylko później, gdy będziemy wracać.

Centralny deptak prezentuje się średnio okazale. Może to za sprawą remontu nawierzchni. Są stragany, grajkowie, sprzedawcy gadżetów. Zwracają uwagę liczne flagi albańskie – wyraz niekłamanej sympatii do "bratniego" kraju. Z drugiej strony Kosowianie demonstrują niechęć lub wręcz wrogość do Serbów. Oto na płocie olbrzymie transparenty i setki zdjęć ofiar wojny o Kosowo. A na sąsiednim murze dziesiątki zdjęć żołnierzy w mundurach. Jeśli dobrze zrozumiałem, to poszukiwani serbscy zbrodniarze wojenni. Po prawej stronie Muzeum Kosowa – niestety zamknięte. Oglądamy jedynie zastępczą wystawę dywanów. Zamknięty jest również stary meczet położony przy głównej ulicy – aktualnie restaurowany. Hm.

– Zdaje się, że niewiele zwiedzimy – mówię do siebie.

Czas na Macedonię. Bilety do Tetowa na 15:00 mamy już kupione. Ruszamy punktualnie, ruch na szosie – głównej drodze międzynarodowej – umiarkowany. Sergiusz rozmawia ze wspomnianym już młodym mężczyzną pracującym dla NGO, a jednocześnie przewodnikiem górskim. Za Kaczanikiem zaczynają się ciekawsze krajobrazy. Wyjeżdżamy w góry Szar Płanina. Główny grzbiet biegnie granicą Kosowo-Macedonia. Wkrótce przystanek przed kosowskim posterunkiem. Tu pasażerowie i kierowca kupują całe kartony papierosów.

Opuszczamy ten niewielki kraj. No cóż. Być może Kosowo jest warte tygodniowego pobytu. Być może, mając dobre mapy, dałoby się pochodzić tu po górach. A amatorzy historii znaleźliby na prowincji niejeden ciekawy monastyr lub meczet. Ale, jak dla nas – wystarczy.

Dalsza droga do Tetowa odbywa się wśród niekończących się gęstych lasów pokrywających zbocza gór. Przypominają Beskid Sądecki, gdyby nie to, że są od tysiąc metrów wyższe. Posterunek macedoński w Jażince jest i to oddalony o kilka kilometrów. Pytamy pasażerów o kemping w Tetowie. Ponoć jest miejsce nazywane Popova Sapka. Liczę więc na bezproblemowy nocleg. Upewniam się, czy kemping jest pod samym Tetowem. Kiwają głowami. Jak się później okaże – to nieprawda. Zjeżdżamy do doliny Wardaru, w której leży to macedońskie Zakopane. Z zachwytem patrzę na olbrzymie góry towarzyszące nam po prawej stronie. Szczególnie podoba mi się wysoka wysoki szczyt z odkrytym zboczem.

– Może byśmy tu wysiedli, będzie nam bliżej – mówię bez przekonania do Sergiusza – tu też znajdziemy nocleg.

– Tato jedźmy do Tetowa – mówi syn – tam jest kemping.

No, to jedziemy. Kierowca busa podwozi nas do centrum, w lokalnym biurze podróży za sięgamy informacji. Owszem kemping stopowy i stopce jest tylko że to ponad 20 km stąd. Zły jestem! I na siebie i na Sergiusza. Nie dość, że zjechaliśmy tak nisko (500 m n.p.m.), nie dość, że odjechaliśmy ładnych parę kilometrów od wejścia na szlak, to jeszcze nie ma busów o tej porze w stronę kempingu. Mamroczę do siebie i do Sergiusza potem milknę. Złość mi nie ustępuje. Idziemy w milczeniu przed siebie.

– Długo będziesz tak się wściekać? – pyta Sergiusz – wracajmy do tego miejsca, co widziałeś po drodze!

Wrr! Uspokajam się.

Na nieodległej ulicy, kilka busów czeka na komplet pasażerów. Chcemy jechać do Tearce, ale chłopak – kierowca busa – proponuje, abyśmy pojechali do Slatino. Przenocuje nas u siebie w domu a następnego dnia odwiezie do Odri. Super!

Poznaje nas ze swoją rodziną, przedstawia rodziców, dzieci i piękną żonę. Ani się nie oglądnęliśmy, a na stole pojawiła się obfita kolacja.

– Nic dziś nie jadłem – tłumaczy Festim – jest ramadan.

Jedzonko jest pyszne, mięsko, fasola, papryka, arbuz, oliwki. I coś bardzo albańskiego: butch – jogurt wymieszany ze stopionym masłem. Długo rozmawiamy o Macedonii i Polsce.

Następny dzień   Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej