Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Zwiedzamy Skopje | Cygański orszak | Powrót do Bułgarii | Kolacja u Dmitrija
Dziś dzień bez pośpiechu. Plan – zobaczyć Skopje i ruszyć w kierunku Sofii. Rozważaliśmy wcześniej poranny lub popołudniowy wyjazd do doliny Matka i nad jezioro o tej samej nazwie (około 20 kilometrów), ale nie mieliśmy przekonania do oglądania kolejnych cerkwi lub klasztorów.
[Opis Skopje.]
Na dworcu autobusowym mieszczącym się pod peronami kolejowymi, jesteśmy o 13:00, musimy jednak poczekać 40 minut na autobus do Kumanowa.
– Zwiedzimy miasto, a potem na stopa – mówię optymistycznie.
Po niecałej godzinie wysiadamy w Kumanowie. Na wszelki wypadek pytam o autobus do Kriwej Pałanki. Jest o 16:00. Sergiusz chcę coś zjeść.
– Chcę kebab.
Okej, miejscowi ludzie wskazują budkę przy dworcu. W menu jest kebab, ale Sergiuszowi się nie podoba.
– Chcę taki kebab jak w Prisztinie.
Złoszczę się. Teraz będziemy w całym mieście szukać kebabów. Po półgodzinie Sergiusz mięknie.
– Może być pizza.
Okej, bierzemy po 2 kawałki pizzy z ulicznej knajpki. Czeka nas teraz długi marsz za miasto na obwodnicę. Sergiusz nie najlepiej się czuje, leci mu krew z nosa. Odpoczywamy, a potem ustawiamy się na stopie. Po kolejnych 40 minutach jesteśmy zrezygnowani. Chociaż na głównej międzynarodowej drodze ruch jest znaczny, a miejsce wygodne do zatrzymywania – nikt nie jest chętny do zabrania nas. Nie pomaga nawet starannie wykaligrafowany napis "Kriva Pal." na tekturze. Zatrzymujemy ostatecznie autobus. 330 denarów mniej i jesteśmy na miejscu! No, prawie! W Kriwej Pałance ulicę tarasuje orszak weselny. Tak na oko – cygańskie wesele sądząc po towarzyszącej mu muzyce i strojach kobiet. Kierowca trąbi raz po raz, lecz weselnicy ani myślą zejść z drogi, zagłuszając klaksony trąbami i piszczałkami. Roma rule! Po 10 minutach dźwiękowych utarczek kierowca skręca w boczną drogę.
No, dobrze. To już chyba ostatni przystanek w drodze do Bułgarii. Za ostatnie denary kupujemy wekę i wodę. Na 5 kg arbuz nie starcza nam już pieniędzy. Stajemy na stopie nad rzeką. O dziwo, po kilku minutach machania zatrzymuje się samochód. Macedończyk pokazuje międzynarodowy gest pieniędzy. Rozkładamy ręce, jesteśmy w końcu na stopie.
– One euro! – mówi mężczyzna.
Pakujemy się na tylne siedzenia i szybko dojeżdżamy do granicy. Dajemy 20 eurocentów i 40 denarów, które zostały po niekupionym arbuzie.
– Where are you going? – pyta bułgarski pogranicznik.
– To Bulgaria, to Europe – odpowiadam wesoło.
Uśmiecha się i przepuszcza nas bez oglądania paszportów. Po kilku minutach oczekiwania na okazję podjeżdża samochód.
– Where are you headed? – pyta czterdziestolatek o wyglądzie ciężarowca.
– To Kyustendil!
Zaprasza nas do środka.
– For free? – upewniam się.
– Sure, free!
Ciężarowiec jest wesoły i gadatliwy. Wybrał się z ojcem ku granicy macedońskiej, teraz wracają do domu. Pracuje za oceanem i pewnie chciał sobie przypomnieć swe rodzinne strony. Ojciec kierowcy przedstawia syna jako doktora, sam też jest lekarzem. Obaj są sympatyczni! Rozmawiamy o Bułgarii i turystyce, także o ostatnim zamachu na Żydów w Burgas*/.
– Gdzie was wysadzić przed czy za miastem? – pyta kierowca.
– Może za miastem – odpowiadam.
Przejeżdżamy przez centrum miasto – tak, abyśmy mogli mu się przyjrzeć. Mijamy Sveti Mina – XIX-wieczną cerkiew pod wezwaniem św. Menasa z Egiptu. Święty o tyle interesujący, że przedstawiany zwykle w towarzystwie dwóch wielbłądów a gliniane naczynia ("ampułki św. Menasa") były w wiekach średnich fajną pamiątką dla trampingowców z całej Europy. A sama cerkiew ponoć warta odwiedzenia ze względu na malowidła pokrywające wszystkie ściany.
– To niedobra okolica, dużo Cyganów – stwierdza Bułgar, wskazując stojące przy drodze Cyganki.
Ano… Odsetek Romów w mieście wynosi kilkanaście procent.
– I prefer Polish women, believe me – zauważam.
Wysiadamy na prostym odcinku drogi za miastem. Na lewo rozlega się głośno muzyka z odległego osiedla cygańskiego. Taki tu klimat mamy 😉.
Musimy dojść do przysiółka wsi Jabałkowo. Niestety, w domach przy bocznej drodze ciemno, nikogo na podwórkach nie widać, a my chcemy przecież zanocować u kogoś w ogrodzie. Zaczepiany starszego mężczyznę prowadzącego rower. Mówi, że ludzie stąd powyjeżdżali lub pomarli. Puste domy stoją. Idziemy razem przez wieś. Próbuję się zorientować, czy bierze nas do tak sobie spacerujemy. Trochę głupia sytuacja, Bułgar nic nie deklaruje. Dopiero przed swoim domem zatrzymuje się.
– Pałatka u was jest? – pyta.
– Da, da! – Kręcimy zgodnie głowami.
Błyskawicznie rozbijamy namiot w starannie otrzymanym sadzie. Obok, w parterowym domku, krząta się nasz gospodarz. Jak się za moment okaże – przygotował nam kolację. Siadamy we trójkę przy stole w ogrodzie. Dopiero teraz się przestawiamy. Dimitri podaję zupę fasolową, chleb i przepyszną sałatkę z pomidorów, ogórków i papryki. Nie wiem jakich przypraw dodał, ale jest wyśmienita.
– To chyba kwestia odpowiedniej oliwy – zastanawiamy się.
Zjadam jeszcze czarnogórską sardynkę i ze zdumieniem patrzę, jak Sergiusz pochłania kolejne porcje sałatki.
– Nie przesadzaj – strofuje go po cichu.
– Ale ja jestem głodny, tato, a sałatka jest naprawdę dobra.
Dmitrij jest już po sześćdziesiątce, mieszkał w Calgary, wcześniej pracował w Grecji jako szofer, a teraz od kilku lat w karetce. To kolejne tak sympatyczne spotkanie z mieszkańcami na tym trampingu. Wskakujemy do śpiworów i przed snem wypatrujemy się w rozgwieżdżone niebo nad nami.
Następny dzień  Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej