Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
W malowanym monastyrze | Niepowtarzalny nastrój cerkwi | Stopem do Mołdawii | Ciamajda jestem! | Wybieram nocleg w Ochrydzie
Ta noc nie należała do najlepszych. Widzę, że śpiwór trochę mi przemókł, suszyć go na razie nie mogę, gdyż w wąskiej dolinie jest ciemno a rosa pokrywa trawę. Pakujemy się, a następnie suszymy namiot intensywnie machając nim we dwójkę. Czas na monastyr. To 15 minut spacerkiem z kempingu, zostawimy plecaki w kanciapie.
– Monastyr jeszcze zamknięty – uprzedza Bułgar.
No nic, idziemy. Zza kolejnego zakrętu drogi wyłaniają się pierwsze starsze domy zbudowane z kamienia i cegły i pokryte pomarańczową dachówką. Na niewielkim placu przed monastyrem pusto, o 8:00 rano jeszcze faktycznie nikogo tu nie ma.
Czterokondygnacyjny budynek monastyru również zbudowany jest z białego kamienia; cegieł użyto jedynie w łukach okien ostatniego piętra. Z tej perspektywy monastyr nie sprawia wrażenia dużego. W rzeczywistości jest to kompleks budynków na planie deltoidu, a długość ścian przekracza 400 metrów. Na wewnętrzny dziedziniec prowadzi brama z malowanym portykiem. Obok portretu świętego przedstawiono dwa anioły, a pomiędzy kolorowymi zawijasami umieszczono malowanego lwa i jelenia.
Nie zatrzymywani przez nikogo przechodzimy przez bramę, nie płacąc. Na dziedzińcu wybrukowanym nieregularnymi płaskimi kamieniami również pusto. Budynki wokół mają trzy i cztery kondygnacje, a całość wygląda bardzo ładnie za sprawą trzech rzędów krużganków z biało-czarnymi łukami wspartymi na białych kolumnach. Na najwyższej kondygnacji krużganki są wykonane z drewna.
Pośrodku znajduje cerkiew z charakterystycznymi podcieniami i murem z czerwonych cegieł i białego wapienia ułożonych w poziome pasy. To trójnawowa bazylika pod wezwaniem Świętej Bogurodzicy. Ma cztery niewielkie wieże symetrycznie rozmieszczone wokół nieco większej i wyższej wieży centralnej. Każda nich ma rząd 8 do 10 wąskich okien i zwieńczona jest pokrytą patyną kopulą. Ale najciekawsze są malowidła pokrywające sklepienia i ściany podcieni. Przedstawiają sceny biblijne i świętych. Już na pierwszy rzut oka widać, że są one współcześnie malowane wszystko pachnie świeżością. Prawdopodobnie dopiero co zostały odnowione. Moją uwagę przykuwają malowidła przedstawiające scenki rodzajowe, gdzie w otoczeniu prostego ludu spotyka się różnego rodzaju skrzydlate diabły.
– I jak? Podobają ci się to? – pytam syna.
– Przypominają komiksy – Sergiusz kiwa głową i fotografuje freski smartfonem.
– Podobne obrazki widziałem na Bukowinie.
– To jest na Ukrainie?
– Raczej w Rumunii.
Diabły wyposażone są w niewielkie skrzydła, mają wielkie uszy i nochale. I rzecz jasna – ogony, jak to w zwyczaju czarty mają. Gdy się im bliżej przyjrzeć, okazuje się, że mają również… płeć kobiecą: przynajmniej część postaci diabelskich ma okazały biust.
Muszę przyznać, że cały monastyr robi wrażenie zarówno za sprawą interesującej architektury jak i otoczenia w postaci zielonych gór, które widoczne są ponad dachami budynków otaczających dziedziniec. Warto jednak pamiętać, że zarówno cerkiew jak i otaczające je klasztorne zabudowania są „prawie współczesne”, bo wybudowane w XIX wieku. Założony w XIV wieku monastyr powstał na miejscu pustelni św. Iwana z Riły żyjącego na przełomie IX i X wieku, lecz został zniszczony w czasach niewoli tureckiej. Z tamtych czasów zachowała się wolnostojąca sześciopiętrowa Baszta Chrelina (1335 r.).
Wchodzimy do środka cerkwi, nikogo to jeszcze nie ma prócz starszej kobiety, która zapala świeczki przed ikonostasem. Jest bardzo ciemno, ściany wszędzie pokryte są malowidłami, a wielki, złocony ikonostas ma trzy poziomy. Zjawia się pop w fajnej czarnej czapeczce i z równie atrakcyjną brodą. Zamienia parę słów z kobieciną i znika na swiatłyszczu, przechodząc przez wrota diakońskie. Ja tymczasem fotografuję wnętrza: kapiący od złota ikonostas z malowanymi portretami świętych i rzeźbionymi w drewnie panelami poniżej, oświetlone porannym światłem malowidła na sklepieniu. Nastrój jest niepowtarzalny, płonące cienkie świece, błyszczące aureole wokół świętych głów. Nie słychać tu ściszonych rozmów tłumów turystów, którzy zapewne pojawią się za dwie godziny. Cisza i spokój.
Sergiusz zmyka na zewnątrz, zdaje się przejął się w naszym „nielegalnym” wejściem. Po chwili dołączam do niego i oglądamy dalej malowidła. Oto naga grzesznica, skuta łańcuchami, trafiła właśnie do piekła, oto wieczerza na dworze jakiegoś możnowładcy a raczej przygotowanie do niej, bo na stole leżą ładnie ułożone sztućce. Obecność widelców obok noży i łyżek ewidentnie wskazuje na współczesny charakter obrazu. W górnej części ściany, tuż pod łukiem widać fresk przedstawiający brodatego mężczyznę z rozwiniętym dokumentem w ręku. Bez wątpienia to święty Iwan. Ponoć dokonał wielu cudów, w co nie za bardzo wierzę, gdyż, mając takie umiejętności, wyczarowałby sobie lepsze lokum niż pieczarę w pobliskiej skale. Jego szczątki, po długiej wędrówce z miasta do miasta spoczęły ostatecznie w tutejszej cerkwi.
– To chyba wskrzeszenie Łazarza – pokazuję Sergiuszowi obrazek przedstawiający pana ze ścierką na biodrach. Pan podnosi się, a dwa pieski gryzą łydki.
Jest wyobrażenie raju z Adamem i Ewą stojącymi pod Drzewem Złego, jest Kain i Abel i inne biblijne postaci. Jest też i skrzydlaty święty Michał, który akurat powalił na ziemię jakiegoś brodatego starca. Inny staruszek z rozprutymi przez diabły trzewiami również leży, a z ust wychylają się trzy żmije. Z pewnością coś przeskrobał, drogie dzieci! Z przyjemnością oglądam te komiksy. Zaglądamy jeszcze do lokalnego muzeum (tu już musimy zapłacić za wstęp 4 i 8 BGN), tu zabytkowe krzyże, ornaty i inne cerkiewne akcesoria.
Wracamy na kemping, odbieramy plecaki i ruszamy w dalszą drogę.
Teraz czeka nas kolejne zadanie – przejazd do Macedonii. Tym samym kończymy zwiedzanie Bułgarii. Mogłoby się wydawać, że 3 dni to mało. To prawda, ale naszym pomysłem na wyjazd było przejechanie przez kilka krajów we wschodniej części Bałkanów. Zresztą wrócimy jeszcze do Bułgarii na koniec trampingu. Rozpatrywałem dziś jeszcze przejazd do Sandanskiego (Сандански) pod grecką granicą, ale z drugiej strony pchała mnie ciekawość kolejnych krajów. Podjeżdżamy stopem do głównej drogi z Sofii do Salonik. Najbliższe przejście graniczne z Macedonią znajduje się w Dełczewie (Делчево), to około 30 kilometrów stąd. Trafia się bus jadący do Błagojewgradu (Благоевград) i po 20 minutach jazdy jesteśmy już w pobliżu granicy. Przejście graniczne pokonujemy z buta bez większych problemów.
– Będziemy dalej stopować? – pyta Sergiusz.
Trudno mi wyczytać z jego miny, czy ma na to ochotę, czy wolałby jechać dalej autobusem.
– Spróbujemy autostopu – proponuję. – Zobaczymy, jak nam pójdzie.
Ustawiamy się na poboczu i machamy. Po kwadransie wyczekiwania zatrzymuje się samochód.
– Jedziemy w stronę Ochrydu – mówi po angielsku Sergiusz. – Weźmiesz nas?
Facet tłumaczy, że jedzie tylko do Kamienicy.
– Może być.
– Wsiadajcie szybko!
Uradowani chwytamy za plecaki i wskakujemy do samochodu.
Podróż przez górzyste regiony Macedonii upływa spokojnie. Do Makedonskej Kamenicy (Македонска Каменица) zostało jeszcze 25 kilometrów. Mijamy małe wioski, czasem mignie cerkiew lub kościół sprawdzić. Ruch na drodze umiarkowany, jak to na prowincji. Sergiusz konwersuje z kierowcą, opowiadając mu o naszych planach, a ja intensywnie myślę. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że popełniłem błąd. Sprawdzam plecak mały, zaglądam do bocznych kieszeni w głównym plecaku.
– Masz w plecaku przewodnik? – pytam syna.
– Nie mam. Ale sprawdzę – odpowiada i zagląda do swego plecaczka.
– Zostawiłem więc na krawężniku tam, gdzie staliśmy na stopie... – ciężko wzdycham.
Ciamajda jestem! Przewodnik po Bałkanach prawie nie otwarty, kupiony zaledwie kilka dni temu.
– To co? Wysiadamy – pyta Sergiusz.
– To bez sensu, pewno go już tam nie ma. Poza tym stracilibyśmy ze dwie godziny na powrót. Poradzimy sobie. – pocieszam się.
W minorowych nastrojach dojeżdżamy do Kamenicy. Kierowca, który domyślił się, jaki mamy problem, oferuje nam odwiezienie na dworzec autobusowy. Dziękujemy mu i żegnamy się.
Ta sytuacja z przewodnikiem, chociaż niby drobna, zepsuła mi humor. Zazwyczaj, gdy opuszczam jakieś miejsce, oglądam się za siebie, sprawdzając, czy nic nie zostawiłem. Dziś nawaliłem. A przy okazji minął mi zapał do zwiedzania Macedonii. Dziś chcę tylko dojechać do Ochrydu. W kantorze wymieniamy euro na macedońskie dinary (50 EUR = 3065 MKD) i kupujemy bilety (po 560 dinarów) na autobus.
– W porządku, przejedziemy dziś całą Macedonię w poprzek – odzywam się bardziej do siebie niż do Sergiusza.
Autokar jest wypasiony, jedzie zaledwie kilku pasażerów. być może wybraliśmy jakiś droższy środek lokomocji, nie wiem.
Za oknem wciąż urozmaicony krajobraz. Górki, pagórki, pola i lasy. Przejeżdżamy przez Koczani, mijamy z Sztip. Nazwy tych miast i miasteczek niewiele mi mówią. Dodać jakiś opis Ochryd zwany też Ochrydą leży na zachodnim krańcu kraju. A ponieważ Macedonia jest niewielka (jego powierzchnia 25700 km2), wielkości województwa lubelskiego, przejazd trwa niecałe 4 godziny.
O 18:00 jesteśmy na dworcu w Ochrydzie. Do autobusu podchodzą miejscowi, niektórzy w tabliczkami „Zimmer frei” lub „Соби”. Garstka pasażerów rozchodzi się do swoich domów, my zostajemy otoczeni 20-osobową grupą grupą naganiaczy. Czuję się zupełnie jak w Indiach na Pahar Ganj. Wszyscy krzyczą do nas, że mają wolny pokój i czy nie potrzebujemy pokoju. A czego innego mogłoby chcieć dwóch turystów z plecakami? Próbuję zapanować nad nimi, gestem pokazują, żeby byli cierpliwi.
– Kto z was ma pokój do 10 euro? Ręka w górę – komenderuję.
Widzę, że połowa podnosi rękę do góry.
– Okej. A kto ma pokój do 10 euro z łazienką?
Kilka rąk opadło.
– Dobra. A kto ma wolny pokój do 10 euro z łazienką i internetem?
Pozostały dwie osoby: starsza kobieta i młoda dziewczyna.
– Którą bierzemy? – pytam Sergiusza i, nie czekając na odpowiedź, biorę na bok babcię.
– A więc mamy ustalone 10 € pokój z łazienką z internetem.
– Tak – Macedonka kiwa głową.
Lokum jest niedaleko w samym centrum. Pokój zwyczajny, nowocześnie urządzony, jak to bywa w ośrodku wczasowym.
– Głodny jesteś? – pytam Sergiusza i stawiam wodę na kawę i herbatą.
– Coś bym zjadł.
– Dobrze. Zjemy kanapki i jeszcze wyjdziemy na spacer.
Wieczorny Ochryd sprawia wyrażenie typowego miasta turystycznego. Sklepy są wciąż pootwierane kawiarenki wypełnione turystami. Kierujemy się w stronę jeziora. Jezioro Ochrydzkie to odpowiednik węgierskiego Balatonu lub kirgiskiego jeziora Issyk Kul. Ma całkiem dużą powierzchnię, liczy sobie 358 kilometrów kwadratowych, co stanowi ponad 1,5% powierzchni kraju. Dla porównania Balaton (592 km2) zajmuje zaledwie 0,6% Węgier. Jednak w przeciwieństwie do niego „macedońskie morze” tylko w części należy do Macedonii: z jeziorem graniczy jeszcze Albania.
Dłuższą chwilę wpatrujemy się w migoczące światła miasta rozłożonego w zatoce jeziora. Notabene, starogrecka nazwa miasta to Lychnidus, co ponoć oznacza „Miasto Światła”. Po prawej stronie widzimy ładnie podświetlone mury twierdzy Samuela. Bez pośpiechu wracamy do domu.
Następny dzień    Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej