Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Zły jestem na Tony'ego | Jadę do Trypolisu | Na suku i pod meczetem | Wojny krzyżowców z mamelukami | W drodze do Świętej Doliny | Robię rozpoznanie w Becharre | Rekonesans w dolinie
Siedzę teraz sam w hotelu Bauhaus w Becharre. Nazwa cokolwiek dziwna, bo budynek nie wyróżnia się spośród sąsiednich: żaden tam modernizm! Czyżby właściciel miał tylko sentyment do Niemców? Mam do dyspozycji całe piętro, w sumie 20 miejsc, taras, hall i kuchnię. Na piętrze są lepsze pokoje zwane tu "chalets" i tam mieszkają inni goście.
Zły jestem na Toniego, że nie pojawił się wieczorem, bo jutro rano planuję wcześnie wyjść. Paszport odbiorę oczywiście później, ale nie podoba mi się to. Aha. Toni to sympatyczny właściciel hotelu, w którym zostanę przez dwa dni. A jednocześnie właściciel zakładu fryzjerskiego mieszczącego się na parterze budynku. Wziął mój paszport, niby do zameldowania, i zniknął. Ok.
Popijam kawę, siedząc na tarasie i z troską przyglądam się poranionym dłoniom i nogom. Bardziej jednak przejmuję się podziurawionymi spodniami. To był ciężki dzień! Ale po kolei...
O 7:00 opuszczam moje lokum w Bejrucie i idę na dworzec Charles Helou. Prawdę mówiąc, spodziewałem się minivanów a tu tylko stanowiska autobusów Connexion. Bilet do Trypolisu kosztuje 5.000 funtów, odjazd niby za 2 minuty. Chętnych pasażerów jest jednak ledwie kilku, nie dziwię się więc, że kierowca opóźnia odjazd. Wygląda na to, że tymi autobusami pospiesznymi jeżdżą tylko bogaci :-) Ruszamy dopiero o 7:45. Kierujemy się na północ, czeka nas półtoragodzinna podróż (80 km). Za Byblos zaczyna się nieznany mi jeszcze odcinek drogi. Prowadzi dalej wzdłuż wybrzeża, ale w odległości paru kilometrów pomiędzy nadbrzeżnymi górami a nadmorskimi miejscowościami. Ta część drogi jest najciekawsza.
Trypolis to drugie po stolicy miasto Libanu. Ma się czym pochwalić. Już z daleka widać kilkunasto-, kilkudziesięciopiętrowe budynki mieszkalne i biurowce. Nowe miasto rozbudowało się nad morzem i dziś jego panorama przypomina Manhattan. Wysiadamy przy placu Kada obok biura informacji turystycznej. Chciałbym zostawić w biurze bagaże na kilka godzin, ale to niemożliwe. Boją się, rozumiem, ich. W pobliżu, dwie ulice dalej, przypadkowo trafiam na hotel El Koura, którego adres jest w Lonely Planet. Wciskam recepcjoniście kit, że będę tu nazajutrz nocować, a teraz chciałbym zostawić plecak na dwie godziny.
– No problem, sir. Take your time – słyszę odpowiedź.
Odciążony, z samym tylko aparatem fotograficznym idę w kierunku cytadeli. Na placyku Al Tall (Clocktower Square) mijam pięciokondygnacyjną wieżą zegarową; przypomina mi tę z Jaipuru w Indiach. I zdaje się – w przeciwieństwie do tamtej – zegary nie tylko działają, ale i wskazują poprawnyy czas. Zagłębiam się teraz w suku. Podobnie jak w Sajdzie, stragany jeszcze w większości są pozamykane o tej porze, ale sprzedawcy złotych łańcuchów i pierścionków już podnoszą rolety, przecierają szyby, a sprzedawcy butów układają je w równych rządkach.
Dochodzę teraz do jednej z atrakcji Trypolisu – Wielkiego Meczetu (Al Mansouri) z przełomu XIII i XIV wieku zbudowanego przez sułtana Al Mansouriego Qala'una, który wyzwolił Trypolis z rąk krzyżowców. Swoją drogą, piękną karierę zrobił ten Kipczak urodzony gdzieś w stepie w Azji Środkowej. Sprzedany as-Salihowi Ayyubowi, władcy Egiptu za tysiąc dinarów stał się mamelukiem, żołnierzem-niewolnikiem. Kombinując i snując intrygi, załapał się na stołek emira, by w parę lat później zostać sułtanem Egiptu. No, a potem, jak wiemy: wziął się za „oczyszczanie” Bliskiego Wschodu z Krzyżowców... Wrócę jednak myślą do meczetu, przed którym zatrzymałem się na chwilę. Trudno się tu doszukać mameluckiego stylu. Właściwie w tym miejscu stał chrześcijański kościół mariacki, ale skoro Mamelucy pozbyli się chrześcijan – to świątynia była, bez dwóch zdań, zbędna. Można więc było wykorzystać jej fragmenty, choćby z przeznaczeniem na minaret. Natomiast arkady i portale (są tu także mukarany) w meczecie są już ewidentnie mameluckie.
Zmierzam konsekwentnie do cytadeli. Znając historię tych ziem, łatwo się domyślić, że została ona zbudowana przez chrześcijan. Konkretnie przez krzyżowców pod wodzą Rajmunda IV, hrabiego Tuluzy, który zorganizował sobie tramping (zwany I wyprawą krzyżową) na Bliski Wschód. Przeszedł ze swym wojskiem w miarę bez bólu przez Anatolię (fuksem zwyciężając tureckich Seldżuków w bitwie pod Doryleum) i zaczął oblężenie Trypolisu. Niezbyt mu szło zdobywanie miasta, więc dla zabicia czasu zbudował w pobliżu fort zwany dziś Citadel of Raymond de Saint-Gilles. Budowa szybko poszła, gdyż krzyżowcy szabrowali w okolicy, demontując rzymskie pozostałości. Biedaczysko, nie doczekał wejścia swych wojsk do miasta a pech podwójny, bo marzeniem jego było umrzeć w Ziemi Świętej. Cytadela została zdobyta później przez Mameluków (a jakże!), natomiast w czasach Ottomanów popadała okresowo w ruinę. Ale oto i cytadela! Potężna fortyfikacja na wzgórzu z zewnętrznym 20-metrowym murem. Pionowe ściany musiały zrażać do walki potencjalnych najeźdźców a lufy dział w nielicznych małych okienkach – odstraszać. Nieco odstraszająca jest również cena wstępu: 7.500 funtów. Skoro jednak to ma być dla mnie główna atrakcja miasta – zaciskam zęby i płacę.
Wchodzę przez bramę i przenoszę się do średniowiecza. Zaczynam myszkowanie po korytarzach, tarasach, przemykam pod arkadami. Niektóre łuki są półokrągłe, inne zaostrzone. Portale też są różne: wejściowy wykonany z użyciem techniki ablaq, inne proste, surowe. Widać, że w forcie nawarstwia się wiele stylów i epok. Przypomina mi się nieodległy Krak de Chevaliers w Syrii, który zwiedzałem 11 lat wcześniej. Zapuszczam się do ciemnych pomieszczeń na niższych kondygnacjach, to znów wychodzę na górne tarasy. Obok dział zgromadzone są kamienne kule armatnie. Większość pomieszczeń ogołocona z wyposażenia, pozbawiona ozdób. No, ale po co żołnierzom ozdoby, walczyć mają! A w chwilach przerwy mogą popatrzeć na piękną panoramę miasta.
Wychodzę z cytadeli usatysfakcjonowany. Znów zapuszczam się w uliczki starego miasta. Dość przypadkowo trafiam na meczet Muallaq usytuowany w dzielnicy Haddadeen. Zwany jest "wiszącym meczetem", ponieważ jego część znajduje się nad bramą przegradzającą wąską uliczkę. Zbudowany ponoć w 1559 roku w stylu osmańskim. Ma ośmiokątny minaret pozbawiony ozdób i ogólnie prezentuje się dość skromnie. Zobaczyć go jednak wypada. Ciekawsze jest dla mnie to, co się dzieje na ulicy. Tuż obok piekarnia. I ślepy do niej trafi wiedziony cudownym zapachem świeżego pieczywa. Nie mogę się powstrzymać i po krótkiej obserwacji pracy piekarzy kupuję pięć chlebków. Nieco dalej warsztaty rzemieślnicze: jest tu szewc, jest zakład kowalski. Dzielnica tętni życiem. Handlarki na straganach zachwalają swój towar, młodzi dostawcy pchają wyładowane wózki z towarem. Codzienne życie w Libanie...
Koniec zwiedzania Trypolisu. Wracam na dworzec autobusowy. Po drodze odbieram plecak z hotelu i uzupełniam zapasy jedzenia na dziś i jutro (pomidory – 1.000, 3 bułki – 1.250, cola – 1.000, serek 4.000 funtów). Czeka mnie teraz godzinne oczekiwanie na autobus do Becharre. Odległość w linii prostej niezbyt duża, ot, 25 kilometrów, jednak kierowca autobusu lubi odwiedzać wszystkie wsie po drodze. Jedziemy więc krętą górzystą drogą, oglądając interesujące krajobrazy. Stopniowo zbliżamy się bowiem do gór Liban, szczyty są coraz wyższe, aczkolwiek znajdują się w sporym oddaleniu. W pewnym momencie dostrzegam po drugiej stronie doliny, na zboczu charakterystycznej góry, zawieszony pod skałą klasztor. Mniam! To jest to, co lubię! Czyży to była już Dolina Kadisza?
Istotnie, jak później sprawdzę na mapach, autobus ma trasę prowadzącą wokół południowej strony rozczłonkowanej doliny Kadisza. Czasem zbliżamy się do krawędzi doliny i wówczas widoczna jest intensywna zieleń pokrywająca jej dno i wpełzającą na jej strome zbocza. Po drugiej stronie Świętej Doliny widać domy i hotele umiejscowione tuż nad przepaścią. Fantastyczny widok! Powoli zbliżamy się do końcowego przystanku. Już widać biały kościół w Becharre z czerwoną dachówką na wieżach. Musimy jeszcze zatoczyć koło wokół końca (a raczej początku) Wadi Kadish. A właśnie. Najfajniejsze w tej dolinie wyżłobionej w płaskowyżu (ok. 1500 m n.p.m.) jest to, że miasteczka i wsie są położone tuż przy krawędzi pionowych – nawet kilometrowej wysokości – ścianach. I drugi zachwycający element krajobrazu – to rozrzucone po całej okolicy kościoły i monastyry. Chrześcijańskie, oczywiście. A dokładniej – maronickie. Tu nie uświadczysz meczetu. Tu ludzie noszą (wręcz eksponują) krzyżyki na szyjach, w samochodach itp.
W Becharre wysiadam obok wspomnianego kościoła. W poszukiwaniu noclegu trafiam do hotelu Bauhaus znajdującego się niecały kilometr na zachód od centrum miasteczka. Płacę 10 USD za noc, do wytrzymania. Jest 15:00, zostało trochę czasu do wieczora, kusi i zaciekawia mnie Dolina Kadisza. Postanawiam, nie tracąc czasu zrobić dziś krótki rekonesans.
Wracam pod kościół, który w istocie jest katedrą pod wezwaniem św. Saby, zaglądam do środka. Kościół jak kościół, umiarkowanie ciekawy. Trójnawowa konstrukcja z transeptem, fronton z podcieniami. Na placu katedralnym zasięgam języka, jak dostać się do pobliskiego rezerwatu cedrów, wspominam, że chcę iść w góry, dotrzeć może na Qurnat as Sawda, najwyższy szczyt Libanu. Wygląda na to, że najłatwiej dostanę się do cedrów stopem. Taksówkarz, który się przyplątał, stwierdza, że mnie może zawieźć do Qurnat as Sawda za 35.000 funtów. Olewam go. Dopytuję jeszcze o drogę do doliny. Miejscowi wskazują mi zejście na jej dno, tuż obok kościoła św. Saby. Uczciwie stwierdzają, że droga jest trudna i nie dam rady. Dziękuję za informację, poprawiam plecaczek i ruszam.