Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Fatalny początek | Nocny autostop | W drodze do Borowca | Całe góry dla was! | Urocza kotlinka
Relację powinienem zacząć: "Gdybym pojechał na ten tramping, to...". Bo właściwie ten wyjazd o mało co się nie odbył. Ale po kolei. Bilety do Sofii ("Szalona środa" w PLL LOT) kupiłem 3 miesiące temu. Jak zwykle był to lot z Warszawy, niestety o godzinie 11:00 w niedzielę. Jedyny sensowny pociąg na dojazd do stolicy na czas był o 1:08 (TLK). Nieprzespana noc, to dla mnie rzecz normalna, Sergiusz, z którym się wybrałem na tramping, zdrzemnął się przed wyjazdem. Nocnym autobusem podjechaliśmy na dworzec. Spokojnie, na luzie czekamy na pociąg. Zszywam sobie rozdarty plecak. Na parę minut przed przyjazdem na peronie zaczyna się małe poruszenie.
– Pociąg jest w Chabówce, będzie miał dwie godziny spóźnienia – mówi kobieta, trzymając w ręku komórkę – drzewo spadło na tory – dodaje.
– A niech to! – wściekam się w myśli.
– A czy PKP może się nie spóźnić? – mówi Sergiusz – Ale zdążymy, tato.
Komunikat z głośników o północy rozwiewa nasze nadzieje. "Pociąg TLK Zakopanego do Warszawy przyjedzie z opóźnieniem 300 minut". Nie ma chwili do stracenia. Przerywam zszywanie plecaka i pędzimy na dworzec autobusowy. Wiemy, że o 1:00 odjeżdża PolskiBus. Jest! Jeszcze stoi.
– Nie ma miejsc – mówi kierowca – zresztą nie macie rezerwacji.
Miejsce może by się znalazło, ale i tak nie weźmie – kierowca powołuje się na swoje przepisy. Nie pomaga tłumaczenie, że musimy się dostać do Warszawy na rano... Wracamy na dworzec PKP. Jest połączenie przez Katowice, ale na przesiadkę jest tylko 5 minut. Nie ma szans, nie będziemy wyrzucać dodatkowych pieniędzy. Sergiusz dzwoni do mamy z pytaniem, czy nas nie odwiezie na lotnisko do Warszawy. Głos mu się łamie, prosi błagalnie, ale to nie pomaga. Ja dzwonię do wuja – niestety jest w Rymanowie, nie da rady.
– Idziemy na stopa! – proponuje Sergiusz.
Nie mam przekonania. Kto zabierze dwóch facetów o 2:00 w nocy?
Objuczeni plecakami, maszerujemy na al. 29 Listopada – trasę wylotową na Warszawę. Nie wiem, jakie czary sprawiają, ale po minucie siedzimy w samochodzie! 50-latek z Kielc zaprasza do samochodu, przepraszając za bałagan. Ja, maksymalnie zestresowany sytuacją, próbuję się uspokoić. Przedstawiamy pokrótce naszą sytuację. Mężczyzna z kolei opowiada o swoich przygodach z biurem podróży Alba Tour, które właśnie ogłosiło swoją upadłość. Zapłacił zaliczkę przy pomocy Grouponu. Alba Tour zaczął kręcić z konkretami wyjazdowymi – ostatecznie miał zabukować bilety na samolot do Dominikany. Tymczasem kielczanin dostał (na żądanie) zwrot pieniędzy z Grouponu.
– W czwartek lecę więc na Dominikanę. Za darmo! – podsumowuje.
Rozmawiamy o tanich lotach, odpowiadamy mu, na jakich portalach szukać informacji. Zajeżdżamy na dworzec w Kielcach.
– Macie pospieszny do Warszawy za godzinę, zdążycie! – uspokaja nas.
Dziękujemy za zatrzymanie się i żegnamy. Mam nadzieję, że to koniec pecha na tym treningu.
Do Warszawy i na lotnisko dostajemy się już bez przygód. Jeszcze tylko 200-osobowa kolejka do odprawy.
– Co za debilne lotnisko. Zamiast zrobić osobne kolejki do różnych lotów, wszyscy stoją w jednej – stwierdza Sergiusz.
Na szczęście panienka z LOT-u wyłuskuje z tłumu pasażerów do Sofii, szybko już się odprawiamy i odlatujemy o 11:00.
W Sofii jesteśmy po niecałych dwóch godzinach. Przestawiamy zegarki do przodu o godzinę. Wypłacam 100 lewów z bankomatu (w kantorze bardzo niekorzystny kurs: 1,69 zamiast 1,96 BGL/USD; bank jest zamknięty w niedzielę). Autobusem 84 (odjazdy co 15 minut, bilet 1 lew + 1 lew bagaż) jedziemy na przystanek Pliska, skąd chcemy dostać się na lokalny dworzec autobusowy. Nieoczekiwanie wyciąga nas z autobusu kobieta wyglądająca na pracownika lotniska.
– Come with me – mówi.
Zatrzymuje taksówkę, na mój niemy protest odpowiada, że ona płaci. Po kilku minutach zjeżdżamy na lokalny dworzec pod estakadą.
– Trudno tu trafić. Udanej podróży! – mówi na pożegnanie.
Bus do Samokowa odjeżdża o 15:30, chwilę musimy poczekać. Przejazd przez Sofię daje nam pewne pojęcie o bułgarskiej stolicy. Dopiero za miastem jest ciekawiej. Jedziemy doliną górskiej rzeki wśród zielonych lasów. Rozmawiam z pasażerami, czy nie znają bezpośredniego autobusu do Borowca. Zaprzeczają; nie ma, przynajmniej z tego dworca. W Samokowie przesiadkę mamy o 17:00 – autobus jeździ co godzinę. Mamy czas na zrobienie zakupów. Kupuję pomidory, chleb i wodę. Dla Sergiusza – lody. W busie do Borowca wypytuje miejscowych o godziny kursowania kolejki gondolowej. Wygląda na to, że jest szansa zdążyć na ostatni kurs.
O 16:30 jesteśmy na miejscu. Jaki jest Borowiec? Nie za bardzo wiem – nie mamy czasu na zwiedzanie, ale miejscowość wygląda na typowy górski kurort z wczasowiczami, którzy przyjechali się zabawić. Bilety do kolejki w cenie 20 lewów obejmują również drogę powrotną, ale wiadomo, że wracać będziemy pieszo. Kolejka ruszy dopiero rankiem za 3 dni. Wtedy chcemy być już Macedonii. Wagoniki są czteroosobowe, wjeżdżają na górę prawie puste. Widzę, że pewną popularnością cieszy się tu górska turystyka rowerowa. Przyjemnie jest zjechać z 2000 metrów, jasne! Ale wytargać rower na górę, to już nie łaska, co? – mruczę pod nosem, widząc dwóch Bułgarów jadących z rowerami w sąsiedniej kabinie.
Muszę powiedzieć, że nigdy nie pokonywałem kolejką takiej różnicy wzniesień. Miałem, co prawda, możliwość wjechania na Etnę, ale wybrałem wówczas wejście o własnych siłach. W zasadzie w ogóle rezygnuję z takich ułatwień. Ale tym razem traktujemy wjazd jako rozrywkę; unikamy również szukania noclegu w Borowcu. Prędkość wznoszenia jest fantastyczna – zbocze wydaje się być nachylone pod kątem 45 stopni, a coraz szersze widoki robią wrażenie. Czeka nas teraz przesiadka w stacji pośredniej i znów suniemy do góry. Opodal górnej stacji kolejki (2269 m n.p.m.) znajduje się schronisko-hotelik z barem.
– Może sprawdzimy, czy da się tu nocować?
Rozmawiam z hotelarzem. Nocować nie za bardzo się da. Ze względu na nieczynną od jutra kolejkę, obiekt jest nieczynny przez 2 dni.
– A rozbić namiot tu można? – pytam, wskazując skrawek łąki na zboczu.
– Można. Nikt wam nie będzie przeszkadzać. Ludzi tu nie będzie – mówi mężczyzna, składając parasole przy stolikach – Całe góry dla was! – dodaje, patrząc uśmiechem na panoramę Riły.
Hm. Liczyłem na to, że ktoś nam popilnuje plecaków, a my po pójdziemy na lekko na Musałę.
– Masz siły, by iść do następnego schroniska? – pytam Sergiusza – Stamtąd będzie blisko do szczytu. Rozłożymy namiot, a rano pójdziemy na Musałę.
Syn akceptuje moją propozycję.
Idziemy prawie płaską drogą na południe. Po lewej głęboka, dolina, którą będziemy chcieli wracać, po prawej grzbiet a przed nami w oddali wysokie szczyty pokryte śniegiem. Ze dwa¬-trzy razy drogę przecina wyciąg narciarski. Stok jest nachylony pod kątem 50 stopni.
– Zjechałbyś tu na nartach?
Sergiusz się zastanawia.
– Wiesz, tato, raczej nie.
Zza kolejnego zakrętu wyłania się spora łąka, a na niej tabun koni. Nikt ich nie pilnuje, tak jak w Alpach Rodniańskich, gdzie spotykaliśmy "bezpańskie" konie. Stado skubie trawę, nie zwracając uwagi na nas. Dwa źrebaki chodzą za klaczą. Inny, starszy, tarza się w ziemi, wbijając kłęby kurzu. Miły obrazek. Teraz jeszcze ostatnie podejście i już widać schronisko, a raczej dwa, bo oto nad jeziorem powstaje wielki obiekt turystyczny – coś w stylu potwora na Kalatówkach. Wokół jeziora wznoszą się półkoliście ściany masywu Riły. Ale, jeśli dobrze się przyjrzeć, między skalistymi zboczami znajduje się dalsza część doliny, wzdłuż której szliśmy. Na brzegu widać dwa rozbite namioty. Bliższy należy do starszego małżeństwa siedzącego przy płonącym ognisku. Zaś nieco dalej, przy kosodrzewinie obozuje para młodych Bułgarów.
– Rozbijać namiotów tu teoretycznie nie wolno – mówią. – Ale nie przejmujcie się, nie ma problemu.
Na wszelki wypadek rozkładamy się za zasłoną z kosówki. Sergiusz ma ochotę na pieczoną kiełbasę, ale ostatecznie rezygnujemy z zapalania ogniska. Wieczorem, gdy słońce już skryło się za górami, dobiega do nas melodia bułgarskich piosenek ludowych. To dziewczyna ze schroniska po drugiej stronie jeziorka podśpiewuje sobie.
To był długi i wyczerpujący dzień. Z przyjemnością wskakujemy do śpiworów.
Następny dzień    Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej