Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Żabljak – Medjed – Ivan Do

wtorek, 24 VII 2012


W Parku Narodowym Durmitor | Idziemy w góry! | W poszukiwaniu Niedźwiedzia | Perun się gniewa | Powrót do Ivan Do


O 5:00 otwierają dworzec. Kupujemy bilety do Żabljaku na 6:00. Ten odcinek drogi przez Czarnogórę jest atrakcyjny. Droga wije się wśród lasów, teren jest pagórkowaty, później wjeżdżamy w coraz wyższe góry. Po lewej stronie szczyty Durmitoru. Sądząc po spotykanych coraz częściej pensjonatach, daczach i zajazdach turystyka tu kwitnie. Na dworcu kierowca chce pieniądze za bagaż, ale zlewamy go równo. Nikt nie płaci za bagaż, nie znajdzie w nas jeleni. Idziemy do centrum: tu, w informacji turystycznej, pytam o darmowe mapki i sugerowane jednodniowe trasy. Dziewczyna mówi, że dziś pogoda zła i co najwyżej poleca spacer nad Crne Jezero. Bezczelnie fotografują rozłożoną mapę Durmitoru, biorę jakieś reklamówki i idziemy na zakupy do supermarketu mieszczącego się vis-a-vis informacji.
Do Parku Narodowego Durmitor jest około dwóch kilometrów. Tego odcinka nie unikniemy. Na skrzyżowaniu skręcamy w prawo, by dojść do kempingu zwanego Iwan Do. Wtem z budki (usytuowanej przy głównej drodze za skrzyżowaniem) wyskakuje bileter i woła byśmy kupili bilety wstępu do parku. Może i zapłacimy, ale jak będziemy wchodzić do parku, a na razie idziemy na kemping. Zresztą, na razie żadnych oznaczeń parkowych nie widziałem. Mężczyzna mówi, że studenci i młodzież nie płacą za bilet, ale po parku jeżdżą strażnicy i mogą się doczepić – ostrzega. Okej! Kupuję bilet tylko dla siebie. Na kempingu umawiam się z właścicielem, że namiot rozłożymy wieczorem. Teraz zostawiamy plecaki w budynku.
Rozmawiam z kilkoma Polakami, którzy na oko stanowią tu połowę turystów.
– Możecie iść na Medjeda, na Bobotov Kuk (2522 m n.p.m.) potrzeba całego dnia.
Szlaki, jak mówią, są miejscami źle oznakowane, a przejście między skrajnymi wierzchołkami Medjeda jest trudne technicznie.
Jest 9:00, czas ruszać. Pogoda nie wygląda zachęcająco: nie pada, ale górne partie gór toną we mgle, a na niebie wiszą gęste, ciężkie chmury. Polacy z kempingu udzielają nam jeszcze wskazówek.
– Jak dojdziecie do pasterzy, to znaczy, że poszliście za daleko. Ale tam też jest ładnie.

Droga znakowana czerwonymi kropkami prowadzi początkowo po płaskim, potem coraz bardziej w górę. Wokół lasy mieszane, żadnych szerszych widoków. Spotykamy zaledwie kilku turystów – poza parą z psem – schodzących do doliny. Sądząc po plecakach, nocowali w górach. Piesek od dwójki idącej w górę podbiega do nas od czasu do czasu. Cmokam na niego, a ten zaczyna iść z nami. Wygląda na to, że jest to pies bezpański do towarzystwa. Może przyzwyczaił się, że turyści go karmią? Między drzewami błyska stalowoszara tafla Jeziora Czarnego (Crne Jezero, 1416 m n.p.m.). Oceniam, że wyszliśmy jakieś 300 metrów powyżej jego poziomu. Medjed ma ponad 2100 metrów wysokości. Sporo jeszcze wspinaczki przed nami sporo. Martwią mnie chmury i mgła – z pewnością ładnych zdjęć nie uda mi się zrobić. Byleby deszcz nie padał! Na razie szlak się wypłaszczył, teraz trawersujemy zbocze mając po lewej stronie widoki na dolinę podchodzącą pod Medjeda, który gdzieś tam w górze się skrywa we mgle spowijającej świat powyżej 1900 metrów. Szlak kluczy między skałami to w prawo to, w lewo, w górę i w dół. Wydaje mi się, że już powinno być odgałęzienie szlaku na Małego Medjeda, lecz go nie dostrzegam. Dochodzimy do szerokiej doliny, tu para koni skubie mizerną trawę. Z bocznej z doliny schodzi para z kijkami. Mają dokładną mapę, lecz dokładnej lokalizacji określić nie możemy.
– Zapytajcie pasterzy w chacie – radzą.
Piesek, który nam towarzyszył, wysforował się do przodu i pobiegł do szałasu góralskiego, którego trójkątny dach zauważyliśmy nieco wcześniej. Przy szałasach (można tu kupić piwo, a jakże!) spotykamy dużą grupę Niemców. Zrezygnowali wskutek ostrzeżeń o warunkach na szlaku z wejścia na Bobotov Kuk, do którego szlak prowadzi przez boczną dolinę po prawej stronie. Górale potwierdzają, że szlak na Małego Medjeda był znacznie wcześniej, wygląda na to, że musimy zmienić cel dzisiejszej wycieczki. Pytam o głównego Medjeda.
– Wyjdziecie na przełęcz – pokazuje kierunek – a potem na szczyt.
– Ile godzin?
– Pójdziecie dwie godziny, ja idę półtorej – uśmiecha się szelmowsko.

A więc, do dzieła! Dziarsko pniemy się w górę przez kosówkę. Ja wpatruję się cały czas odsłonięty fragment ścieżki w wysoko w górze – nie chciałbym zgubić drogi. Powyżej kosówki Sergiusz zarządza odpoczynek. No, dobrze. Przed wyjazdem proponowałem górską traskę dla sprawdzenia kondycji. "Mam kondycję, tato" – słyszałem – "Dwa razy w tygodniu mam jiu-jitsu". Ale co innego gibkość i odwaga, a co innego odporność na długotrwały wysiłek. Zjadamy posiłek i pniemy się dalej. Zniknęły już za grzbietem pasterskie szałasy, szlak powyżej spowija mgła. Tylko po drugiej stronie doliny wnoszą się piękne wapienne granie Prli. Prosta ścieżka idąca od szałasów trawersuje jej zbocze.
– Dalibyśmy radę wejść tam w górę – stwierdzam.
Pozostaje pytanie, czy wejdziemy na Medjeda. Czy w ogóle trafimy na Niedźwiedzia w tej mgle?
W pewnym momencie gdzieś z białych tumanów powyżej dolatuje do nas dźwięk fujarki. Melodia jest rzewna i smutna. Z ciekawością podchodzimy wyżej, zza skały wyłania się grajek, a właściwie para grajków – dziewczyna i chłopak, którzy minęli nas pół godziny wcześniej. Myślę, że mają po 18 lat, ale wyglądają młodziej. On z lokami, ona w kolorowej krótkiej spódnicy i w... klapkach. Rozmawiamy początkowo po angielsku, ale szybko przychodzimy na rosyjski, gdy okazuje się, że są obywatelami Federacji Rosyjskiej. Idą do "Alpin-bazy" i, podobnie jak my, nie mają mapy ani wiedzy o dokładnym położeniu tego miejsca. Wyglądają tak uroczo, że nie mogę się opanować i robię im zdjęcie. Do przełęczy zostało jeszcze 15 minut podejścia. Po drugiej stronie kamienista dolina Veljka kalica zamknięta wysokimi ścianami Savin Kuka (2319 m n.p.m.), Istoczni Vrha (2445 m n.p.m.) i Vrha Szljemena (2455 m n.p.m.). Nieco na prawo, przy zakończeniu doliny dostrzegamy bazę alpinistyczną położoną na skalnym wybrzuszeniu. Pogoda wcale się nie poprawiła, chmury zakrywają białym welonem piętrzący się nad nami Medjed. Zarzucamy plecaki i wspinamy się dalej. Początkowo odsłoniętym, trawiasto-kamienistym zboczem, później, po przejściu wąskiego pasa kosówki, wzdłuż skalnych grani. Każdy nieostrożny ruch grozi upadkiem w przepaść po lewej lub prawej stronie. Musimy naprawdę uważać. Każdy metr do góry to jeden metr więcej drogi wyłaniającej się z mgły. Gdzieś z góry dobiegają odgłosy rozmów i nawoływania. Już jesteśmy blisko szczytu. Wiatr wzmaga się i na kilka sekund odsłania grupę ludzi stojących od nas w odległości 20 metrów, inna grupa – schodzi gęsiego ze szczytu Jużnego Medjeda (2185 m n.p.m.) w kierunku kolejnej kulminacji Medjeda (Severny Vrh, 2187 m n.p.m.). Jesteśmy na miejscu. Widoków zero, ale satysfakcja z upolowania Medjeda – jest.

Odpoczywamy kilka minut i zarządzam odwrót. Denerwuję się przy zejściu. Ja schodzę pierwszy tyłem, chwytając się, czego popadnie, Sergiusz woli spuszczać się przodem, co moim zdaniem jest bardziej niebezpieczne.
– Tak więcej widzę, tato – tłumaczy.
Widzę, że nie ma ani chwili do stracenia: wiatru wzmógł się i nawiał czarne chmury. Pociemniało. A z daleka nadbiega przeciągły odgłos grzmotu. – Weszliśmy w ostatniej chwili! – cieszę się.
Na przełęczy kruszymy w Kozłówce idąc ścieżką schodzącą w kierunku Alpin-bazy. Nie widać pary rosyjskich nastolatków. Może już doszli na nocleg. Zaczyna kropić, wieje silny wiatr. Zbiegamy do doliny, mijając kilkuosobową grupę z Europy Zachodniej. – Gdzież oni się tak pchają? – myślę głośno – przecież zaraz będzie burza.
Znów słyszę odległe grzmoty. Odnajdujemy między wielkimi blokami zaścielającymi dno doliny szlak, który przed momentem zniknął nam z oczu. Teraz szybko do domu! Ścieżka zbacza na prawo pod zbocze ciągnącego się na długości dwóch kilometrów masywu Niedźwiedzia. Nad nami suną w górę doliny czarne chmury. Deszcz się wzmaga, chowamy plecaki pod kurtkami ortalionowymi.
Trach! W pobliżu rąbnął gdzieś piorun. Widzę przejęcie na twarzy Sergiusza.
– Wszystko w porządku! – uspokajam syna – jest burza, więc schodzimy szybko do doliny. Tu nie ma gdzie się schować. Dopiero tam w kosówce – pokazują ręką. Łoskot grzmotów wypełnia dolinę. Błyska się raz po raz. Do zbawiennej kosodrzewiny pozostało jeszcze kilka minut drogi.
– Módl się do Peruna! – doradzam Sergiuszowi.
Maszerujemy teraz przez kosówkę. Od czasu do czasu podnoszę rękę do góry i wołam do niebios:
– Hej, hej! Tu jesteśmy!
Sergiusz się złości.
– Trafi cię piorun, tato, zobaczysz!
Z lewej strony widzimy grupę turystów schodzących z Małego Niedźwiedzia. Są znacznie powyżej nas na odsłoniętym terenie. Poruszają się powoli w strugach deszczu.
– Oni są w dużo gorszej sytuacji! – mówię, ale mój głos ginie w szumie wiatru i bębnieniu deszczu o skały.
Kolejny błysk i w ułamku sekundy później grzmot. Sergiusz wylicza odległość od pioruna.
– 200 metrów, nie więcej.
Wreszcie las. Deszcz jakby zelżał, burza przesunęła się w głąb doliny.
– No, już po strachu – mówię – skończyła się burza.
Jakby na potwierdzenie moich słów Perun rzuca grom tuż obok. Ugh! W lesie robi się jasno. To było naprawdę blisko...

Dalsza droga upływa już bez emocji. Cały czas zastanawiam się, co zrobimy z noclegiem. Namiot w tych warunkach przecieknie od razu, my zresztą już jesteśmy przemoczeni. Może rozłożymy się pod jakąś wiatą? Dochodzimy do Crnego Jezera. Jezioro ma kształt ósemki i leży w szerokiej dolinie porośniętej lasem iglastym. Prawdę powiedziawszy, średnio mi się podoba. Nikogo tu nie ma, nie licząc kumkających żab i ryb rzucających się w wodzie. Gdy docieramy do Iwan Do, wciąż mży. Patrzę na masyw Medjeda – jest do połowy zasłonięty przez chmury.
– Może nie udała się nam pogoda – mówię do syna – ale niedźwiedzia upolowaliśmy, no nie?!
Postanawiam poszukać "suchego" noclegu. Po 10 minutach wracam do Sergiusza czekającego pod wiatą.
– Mamy spanie po 6 euro od osoby – oznajmiam z dumą.
– To, co powiemy panu z kempingu, jak nam każe płacić?
Sergiusz przyzwyczaił się, że tu w Czarnogórze doi się turystów przy każdej okazji.
– Spoko, już mu wcisnę jakiś kit.
Okazuje się, że to niepotrzebne. Zabieramy manele i idziemy do domu za płotem. Spanie mamy na piętrze. Gospodynią jest sympatyczna czterdziestolatka, na oko bardzo osamotniona 😉. Proponuje nam kawę i herbatę.
– Mamy wszystko, co trzeba! – odpowiadam, dziękując uprzejmie.
Bierzemy tylko wrzątek i wskakujemy do śpiworów, zostawiając mokre rzeczy przy otwartym oknie. Później zjadamy zupką chińską, polopirynę, rutinoscorbin i... zasypiamy, chociaż jest dopiero 20:00.

Następny dzień    Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej