Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Kraków – (Pyrzowice) – Ateny

niedziela, 21 V 2023


Gdzie by tu pojechać? | Znów odwiedzam Ateny | Nie niszczmy bibliotek! | Akropol – lekkie rozczarowanie | Kawa na tarasie z widokiem | To trzeba zobaczyć! | Neoklasycystyczny tryptyk | Wieczorny spacer


Ja się chyba nigdy nie zmienię. Jak zawsze pakowanie zostawiam na ostatnią chwilę. Tym razem mam o tyle dobrą sytuację, że rzeczy z poprzedniego trampingu po Arabii Saudyjskiej mam zgromadzone w jednym miejscu i wystarczy je z powrotem wpakować do plecaka. Oczywiście to musi być ten lepszy "lepszy” plecak, który dostałem od Renaty na imieniny. Jak zwykle biorę ze sobą zbyt wiele jedzenia i zbyt mało rzeczy. W dodatku czujne oko Renaty wyłapuje moją ulubioną koszulkę. Nie mogę jej zabrać. No fakt, ma parę małych dziurek.

Tym razem lecimy do Grecji i jest to wybór absolutnie przypadkowy. Nawet na kilka godzin przed zakupem biletów zastanawiałem się, czy nie polecieć do Gruzji. Oba kraje oczywiście znam dość dobrze, jednakże Renata chciałaby odwiedzić coś nowego.

– Wolę Grecję. W Gruzji będzie zimniej.

– Masz rację, oczywiście.

Co prawda ja byłem w Gruzji w kwietniu, w górach był jeszcze śnieg i ogólnie było zimno, a teraz kończy się maj, więc nie byłoby najgorzej.

– Ale ja chciałabym się trochę wygrzać!

Vox populi vox dei. Lecimy do Grecji. Owszem, wolałbym polecieć gdzieś dalej, ale pole wyboru było bardzo ograniczone. Po pierwsze, spośród europejskich krajów, gdzie o tej porze jest w miarę ciepło, odpadły Włochy, Hiszpania i Portugalia jako państwa ostatnio przez nas odwiedzane. Po drugie jest bardzo mało czasu na wyjazd: Renata chce poświęcić nie więcej niż pięć dni urlopu, ja z kolei 2 czerwca muszę zameldować się w pracy. Inną przykrą okolicznością, którą napotkałem ostatnio, są znacznie wyższe ceny biletów w Ryanair i Wizz Air w porównaniu z cenami sprzed pandemii, zwłaszcza gdy kupuje się je na kilka dni przed wylotem.

– Byłam na Krecie i Rodos, teraz chciałabym zobaczyć Grecją kontynentalną.

– W sumie, dlaczego nie? – stwierdziłem.

Co prawda teraz najbardziej zależałoby mi na wyspach takich, jak Rodos czy inna wyspy z archipelagu Sporadów, ewentualnie okolice J(o)aniny, ale najtańsze loty akurat były do Aten.

Lot jest z Katowic, co podraża koszty, a powrót wziąłem z Salonik do Krakowa, już w piątek. Nie jest to więc optymalny wyjazd, tym niemniej, jak na wyjazd organizowany w ostatnim momencie, koszt 300 zł za bilety lotnicze jest do wytrzymania. Mamy zabukowane również cztery noclegi: w Atenach, w Delfach, w Kastraki (pod Meteorami) i w Salonikach. Ostatni nocleg planujemy gdzieś na Chalkidikach, ale trzeba najpierw rozpoznać kwestię dojazdu tak, by zdążyć na samolot w piątek.

Samolot z Pyrzowic startuje o nieprzyzwoicie wczesnej porze (Wizz Air 6:40), co oznacza nocny transfer busem Matuszek i nieprzespaną noc. Na lotnisku zaczynają się cuda z bagażem podręcznym. Torby i walizki wielu osób nie wchodzą do kojca Wizz Aira. Ludzie muszą dopłacać po 50 euro. Ja też mam solidne wątpliwości czy przepuszczą Renatę. Na oko widać, że jej bagaż przekracza dopuszczalne centymetry. W dodatku czepiają się „drugiego przedmiotu osobistego” w rodzaju torebki, a każde z nas saszetkę i to sporych rozmiarów. Sytuacja szybko się wyjaśnia po udostępnieniu wolnej już bramki dla priority, gdzie nie ma tego diabelskiego wynalazku do mierzenia wielkości bagażu.

Startujemy z 10-minutowym opóźnieniem. Przysypiam podczas 2-godzinnego lotu. Chmury nad Bałkanami i tak nie pozwalają cieszyć się widokami za oknem.

– Przeczytałam, że z lotniska do miasta można przejechać autobusem za pięć i pół euro – powiedziała Renata jeszcze w Krakowie.

No, no! Wyrabia się dziewczyna. Myślę, że niedługo będzie w stanie samodzielnie przygotować indywidualny wyjazd.

Jest także inna możliwość dojazdu do miasta: pociągiem za 9,5 euro (wspominała mi o tym Aśka w Krakowie), ale w tej sytuacji korzystamy oczywiście z autobusu, zwłaszcza że mamy go pod nosem). Wysiadamy na Syntagma – otoczonym drzewami placu miejskim z fontanną, kawiarniami i ławkami parkowymi.

Ateny wyglądają jak w czasie święta państwowego i w pewnym sensie tak jest. Dziś odbywają się wybory parlamentarne, o czym dowiedziałem się dzień wcześniej. Na ulicach dużo transparentów, policji, na placach rozstawiły się mobilne biura wyborcze.

– Idziemy najpierw do hotelu. Zostawimy rzeczy, a potem na Akropol – proponuję.

– A jak daleko jest stąd na Akropol?

– Tyle samo, co do hotelu: 1800 metrów – mówię, zerkając na mapę.

Odpuszczamy w tym momencie szukanie miejsce, gdzie można kupić bilety na jutro do Delf. Na ulicach zwracają uwagę wszechobecne graffiti oraz bezdomni śpiący w różnych zakamarkach: pod sklepami, biurami, w kącikach.

– Czytałam wiele wypowiedzi i oglądałem filmiki na YouTube, że Ateny pod tym względem wyglądają bardzo nieciekawie – relacjonuje Renata.

Niestety to jest przykra strona wielu miast europejskich: gryzmoły na ścianach, śmieci i kolorowy element. Oczywiście, nie za wszystko odpowiadają imigranci, zawsze w miastach były wyalienowane grupy mieszkające w różnych slumsach i dziwnych miejscach.

– O, to już plac Omonia, jesteśmy niedaleko – stwierdzam, widząc plac.

Zagłębiamy się teraz w szachownicę niezbyt ciekawych uliczek. Sporo tu imigrantów.

– Widzisz gdzieś nazwisko właściciela? – pytam Renatę, spoglądając na listę lokatorów w narożnym budynku.

– Nie… To, co zrobimy?

– Poprosimy kogoś o telefon do tego gościa, poczekaj…

Zaczepiony chłopak z pobliskiego baru, mówi, że trzeba odebrać klucz z pobliskiego hotelu. Podprowadza nas kawałek. Ateny Gold City Hotel sprawia dobre wrażenie, pani w recepcji mówi, że klucz będzie dostępny za półtorej godziny.

– Nie ma problemu, my chcemy tylko zostawić rzeczy.

Przepakowujemy się i idziemy w kierunku Akropolu. Na pobliskim pchlim targu widać sporo handlujących miejscowych ubraniami. Przechodzimy obok prawosławnego kościoła pod wezwaniem św. Konstantyna i św. Heleny (Ιερός Ναός Αγίων Κωνσταντίνου και Ελένης). Chociaż z zewnątrz kościół nie wygląda na zbyt atrakcyjny – ma prosty portyk (di stilo z dwiema półkolumnami) i równie proste w formie wieżyczki – to liczne malowidła na ścianach, bogaty ołtarz i szereg różnych akcesoriów cerkiewnych sprawiają bardzo korzystne wrażenie. Warto tu było wstąpić.

Po 20 minutach dochodzimy do placu Monastiraki (Πλατεία Μοναστηρακίου). Stąd już widać Akropol położony na wysokim, skalistym wzgórzu. To fotogeniczne położenie jest dużym atutem starożytnego miasta i, jak się później okaże, dla mnie – jedynym. Byłem na Akropolu 22 lata temu, z tamtego spaceru niewiele pamiętam, chętnie więc sobie przypomnę, jak tam jest. Póki co rozglądamy się po najbliższej okolicy. Obok nas znajduje się niewielki kościółek pw. Dziewicy Maryi (Panagia Pantanassa, Παναγίας Παντανάσσης). Pochodzi z początku XVII wieku, ale został posadowiony na miejscu świątyni średniowiecznej i jest przykładem degradacji. Nie tylko dlatego, że coraz bardziej „zapada się” w stosunku do otaczającego placu; nie tylko dlatego, że stracił dzwonnicę w trzęsieniu ziemi w 2019 roku. Także z powodu utraty znaczenia: zwany ongiś Mega Monastiri po reformie kościoła nosi miano Mikromonastiro. Ta trójnawowa bazylika cieszy się jednak sporym zainteresowaniem, jest wręcz oblegana przez tłumy turystów. My ją sobie darujemy. Obok znajduje się Biblioteka Hadriana, a gdzieś między uliczkami jeden z nielicznych meczetów na terenie Grecji.

– Idziemy dalej?

– Siądźmy sobie gdzieś, zjem kanapkę.

Posiliwszy się ruszamy w stronę wzgórza. Po lewej stronie kolumnada Biblioteki Hadriana a za nią, na sporym terenie, porozrzucanie fragmenty kolumn, bloki marmurowe, resztki murów, jakieś studnie i tak dalej.

– W sumie nie było sensu kupować biletu kombinowanego – stwierdzamy zgodnie – wszystko widać jak na dłoni.

– Przynajmniej przy tym zabytku.

Fakt. Niewiele zostało z inwestycji „boskiego” cesarza Hadriana z 132 r. n.e. Ale i tak więcej niż ze zbudowanej przez Ptolemeusza I Biblioteki Aleksandryjskiej w Egipcie. Swoją drogą… to takie przykre, że te starożytne biblioteki (nie tylko wymienione, także Biblioteka w Pergamonie, biblioteka w Cezarei, Biblioteka Celsusa w Efezie) tak często stawały się ofiarą nie trzęsień ziemi (jak w przypadku Królewskiej Biblioteki w Lizbonie) i przypadkowych pożarów, lecz świadomej niszczycielskiej żądzy ludzi, którzy w ten sposób niszczyli „obcą” kulturę i religię. I to nie tylko w starożytności, dość przypomnieć spalenie przez hitlerowców Biblioteki Zamojskich, Królewskiej Biblioteki w Mandalay (Birma) przez „cywilizowanych” Brytyjczyków i zniszczenie Manuskryptów Timbuktu przez islamistów.

Bilet kombinowany kosztuje 30 euro i oprócz Akropolu obejmuje również wstępy do 6 innych miejsc, między innymi takich, jak Biblioteka Hadriana. My „zwykłe” bilety wstępu mamy kupione online wczoraj po dłuższych bojach i stresach związanych z niedoskonałościami płatności internetowych.

W miarę, gdy przybliżamy się do wejścia na Akropol spotykamy coraz więcej turystów, coraz częściej otwierają się też widoki na miasto z zapierającą w piersi dech panoramą. Przy kasie okazuje my bilety w komórce i wchodzimy.

Na wzgórze prowadzi wygodna kamienna droga, coraz więcej widać ruin. Mijamy 23-metrowej szerokości bramę Beulé i przechodzimy przez Propyleje. Idąc w tłumie turystów, ciężko przystanąć na schodach, by lepiej się przyjrzeć prostym doryckim kolumnom. Po prawej stronie mijamy Sanktuarium Artemidy Brauronii i zatrzymujemy się ponad Odeonem Heroda Attyki z kilkoma kolumnami po lewej stronie sceny. W oddali, na wzgórzu Muzejon, widzę marmurowy pomnik Filopapposa – pochodzące z II w. n.e. monumentalne rzymskie mauzoleum. Tłumy są tu spore, każdy chce się sfotografować na tle ruin. Nie będziemy gorsi. Przechodzimy przez Eleusijon, przechodzimy przez podwójną kolumnadę i oto przed nami Agora. Widok, który ukazuje się co rok milionom turystów, a od 25 wieków jest czymś naturalnym dla Ateńczyków. Prawda, kiedyś świątynie i pozostałe budynki nie były tak zdekompletowane, zgromadzonym w świątyni Ateny Partenos mieszkańcom nie lał się deszcz na głowę, kariatydy, posągi bogów i kolumny były kolorowe. W ciągu stuleci barwny plaster odpadł z białego wapienia, po drewnianych stropach ślad nie pozostał, a pomieszczenia pozbawione zostały wyposażenia. Zmieniła się religia, ale pozostało wspomnienie o potędze państwa i ciągłości kulturowej Greków.

Po prawej wznosi się Partenon, po lewej ruiny starego Partenonu. Niestety Partenon jest w trakcie kolejnej konserwacji i część północno-południowa i wnętrze otoczone są rusztowaniami, które bardzo psują widok. Nieco dalej, po lewej widać najbardziej charakterystyczny zabytek Akropolu – Erechtejon, świątynia Ateny ze sławnymi kariatydami (V w. p.n.e.). To tu gdzieś, pomiędzy Propylejami a Erechtejonem, stała 12-metrowa statua Ateny Partenos dłuta Fidiasza. Atena, ubrana w peplos, z egidą w dłoni i hełmem na głowie widoczna była zewsząd, niczym pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro.

Podchodzimy do okrągłego obiektu – wieży z wielką flagą grecką i wzorem turystów z całego świata fotografujemy się na tle panoramy Aten. Kręcimy się jeszcze z pół godziny po Akropolu, ale cały czas czuję pewne rozczarowanie. Te resztki starożytnych budowli mogą wprawdzie dawać pojęcie o minionej świetności miasta, ale rozległa, prawie pusta Agora i ledwie wystające ponad grunt kikuty kolumn niosą nieunikniony niedosyt. A odbudowaliby co nieco! Przecież w czasach Peryklesa stało tu 12 świątyń. No i przydałby się jakiś pomnik, choćby z daleka widoczny pomnik Ateny Promachos na kolumnie, który później został wywieziony do Konstantynopola, tyle tu miejsca! Próbuję jeszcze z pomocą silnego zoomu mojego Samsunga sfotografować wszystkie wysoko położone płaskorzeźby i inne ozdóbki.

No cóż, Akropol to miejsce obowiązkowej wizyty nie tylko dla pasjonatów starożytnej historii. Warto przystanąć na brzegu wzgórza i popatrzeć na fantastyczną panoramę białego miasta. A potem poprzyglądać się – przynajmniej z daleka – różnym ważnym miejscom. Ot, choćby ten długi, piętrowy budynek z kolumnadą przykryty czerwoną dachówką. To zrekonstruowana, czy raczej wybudowana od nowa Stoa Attalou (II w. p.n.e.), obecnie znajduje się tam Muzeum Starożytnej Agory. Obok przycupnął bizantyjski kościółek Świętych Apostołów (Ναός Αγίων Αποστόλων Σολάκη) z X wieku. Muszę powiedzieć, że te kościółki, często niewielkich rozmiarów, z absydą i półokrągłymi kaplicami, wieżyczkami i romańskimi łukami okien i pasiastymi kamienno-ceglanymi murami niejako w naturalny sposób wzbudzają moją sympatię. Może to dlatego, że wyglądają jak zabawki z klocków lego, przywołując wspomnienia z mojego dzieciństwa, kiedy to godzinami tworzyłem różne budowle z enerdowskich klocków, które były protoplastami LEGO? Nieco dalej widzę kolejną świątynię z grupką turystów przed wejściem. To Hefajstejon, czyli heksastylowa świątynia dedykowana Hefajstosowi i Atenie. Wygląda na to, że zachowała się w całości. Nie wiem, czym motywowany był sułtan Mehmed IV, ale zabronił obecnej tu w XVII wieku ludności tureckiej rozebrać świątynię na materiał budowlany, Dzięki! Z miejsca w którym stoimy widoczne jest również Forum Rzymskie, po którym kręcą się jakby bez ładu turyści. Jestem w stanie przyjrzeć się i sfotografować odsłonięte mozaiki posadzek.

– Kończymy?

– Tak – Renata kiwa głową.

Wpatrując się wciąż w odległy miejskiej krajobraz, powoli schodzimy Propylejami w stronę placu Monastiraki. Przy rzymskim forum zatrzymujemy się na chwilę obok bramy Ateny Archegetis. Sześciokolumnowa budowla podpierająca tympanon ze zniszczonym fryzem poniżej została ufundowana przez Juliusza Cezara w 11 roku przed naszą erą.

– No, ciekawe – mruczę pod nosem – Cesarze rzymscy nie tylko łupili ludność prowincji, ale także budowali im różne obiekty. Juliusz Cezar wyłożył na początek 50 talentów, fortunę wystarczającą do zbudowania całego forum rzymskiego. Skoro musiał jeszcze dokładać, by dokończyć wznoszenie bramy, to widać, że korupcja jest bardzo starym wynalazkiem.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się Wieża Wiatrów, chyba najważniejszy zabytek z czasów rzymskich. To 12-metrowej wysokości przysadzisty budynek, na którego ośmiu ścianach w górnej części umieszczono na fryzie płaskorzeźby przedstawiające uosobienia wiatrów: Boreasza (N), Apeliotesa (E), Notosa (S) i Zefira (W) oraz wiatrów pomocniczych: Kajkiasa (NE), Eurosa (SE), Lipsa (SW) i Skirona (NW). W pierwszej chwili, gdy przypatruję się wykutym w pentelickim marmurze skrzydlatym postaciom, myślę sobie: "O, Boże tak starych aniołów jeszcze nigdy nie widziałem!". Dopiero później uświadamiam sobie, że to greccy bogowie. A tym już wolno osiągać wiek dojrzały. Czas i niedobrzy ludzie uszkodzili fryz, na szczęście zachowały się xviii-wieczne rysunki wykonane przez Jamesa Stewarta, archeologa ze Szkocji. W ciągu wieków wieża straciła również brązowy wiatrowskaz na swym szczycie, a po drewnianej konstrukcji zegara wodnego zostało już tylko wspomnienie.

Po sąsiedzku, przy ulicy Epaminonda znajduje się kolejny kościół, zauważyliśmy go podchodząc do Wieży Wiatrów. To Święty Kościół Najwyższych Archaniołów i Dziewicy Marii Gregorusy (Ιερός Ναός Παμμεγίστων Ταξιαρχών και Παναγίας Γρηγορούσας). To znaczy prawdopodobnie Archaniołów, bo tylko tak potrafiłem przetłumaczyć angielskie określenie „Taxiarchs”.

– Wejdziemy do środka? – pytam.

Chociaż kościół jest z początku XX wieku, jego wyposażenie jest bardzo bogate i sprawia wrażenie zacznie starszego. Może zresztą było przeniesione z innej cerkwi?

Jest już po trzeciej, pogoda się utrzymuje, chociaż niebo wciąż zachmurzone. Do zobaczenia i jeszcze sporo, ale teraz mamy ochotę chwilę odetchnąć. – Może pójdziemy na kawę? – proponuję.

– To dobry pomysł, nie wyspałam się dziś.

– Tam na tarasie? – wskazuję ręką kawiarnię na dachu sześciopiętrowego budynku przy placu Monastiraki.

– Super.

Panorama z kawiarni hotelu „A for Athens” jest bardzo atrakcyjna, mamy widok na plac poniżej i cały Akropol. Z przyjemnością spędzamy tak w najbliższą godzinę.

– Podobają ci się Ateny?

– Tak! Od dawna chciałam tu przyjechać.

Jedną z atrakcji Aten, w której często uczestniczą turyści, jest zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza na placu Syntagma (także przed pałacem prezydenckim).

– Żołnierze są bardzo zabawnie ubrani... – zaczynam.

– I wykonują zabawne kroki. Tak, wiem – dopowiada Renata. – Widziałam na YouTube.

Co za czasy! Wszystko można zobaczyć przed wyjazdem. A potem, co najwyżej sprawdzić, czy wszystko się zgadza. I wrzucić kolejne zdjęcia na Instagrama lub filmik na YouTube... Może to dlatego nie wszyscy lubią jeździć?

Płacimy i idziemy w kierunku Agory Ateńskiej. Idąc ulicą Adrianou, mijamy Stoa Attalosa i Hefajstejon. Teren agory jest ogrodzony i płatny, w miarę możliwości fotografuję ruiny zza krat.

– Hm, tu już chyba nic ciekawego nie będzie.

– Chodźmy więc na tę zmiany warty.

Zawracamy. Ale zanim znajdziemy się na placu Syntagma, trafiamy na niewielki, bizantyjski kościół Kapnikarea (Εκκλησία της Παναγίας Καπνικαρέας). Zlokalizowany jest na niewielkim placu przy ulicy Ermou, wciśnięty pomiędzy XIX-wieczną zabudowę. Pochodzi z XI wieku i jest jednym z najstarszych i najciekawszych średniowiecznych zabytków chrześcijańskich. Widać to zresztą po tłumach turystów tu zgromadzonych. Wybudowany w typowym dla Bizancjum stylu na planie kwadratu z centralną kopułą rozrósł się o kaplicę św. Barbary i egzonarteks wyrównujący plan do kwadratu. Jak zawsze zachwycam się biforiami i triforiami, dachówkami na kopule, mozaiką przedstawiającą Madonnę z Dzieciątkiem przy południowym portyku. Wewnątrz ściany wymalowane są „od stóp do głów”, z każdego miejsca patrzą na nas oczy świętych, choć blask ich aureoli nie dość rozświetla mrok. Ikonostas zapewne równie bogaty, niestety częściowo zasłonięty bordową tkaniną. Oglądamy ikony z pięknie tłoczonymi srebrnymi ryzami i zwisające przed obrazami złocone kadzielnice. Zapach i migające płomyki cienkich świec ofiarnych dodają niezwykłej atmosfery temu miejscu.

– Musimy się pospieszyć – mówię, sprawdzając godzinę po wyjściu na ulicę.

Szybkim krokiem ruszamy, to tylko 600 metrów.

Na placu Syntagma, którego nazwa upamiętnia konstytucję z 1943 roku, zgromadziły się tłumy. Brakuje kilku minut do pełnej godziny. Ewzoni, żołnierze Gwardii Narodowej stojący przed budynkiem Starego Pałacu Królewskiego, w którym obecnie mieści się grecki parlament. Ubrani są w tradycyjny strój wywodzący się z okresu greckich wojen o niepodległość: białe bluzy z szerokimi rękawami i fustanelle – plisowane krótkie spódniczki noszone ongiś przez kleftów – zbójników (κλέφτες) i armatoli – partyzantów (αρματολοί); na głowie noszą czerwone czapki z frędzlami na wzór turecki; na nogach zaś – białe getry z doczepionymi za kolanami kutasami. Pompony zdobią caruchi – podkute czerwone trzewiki. Ubiór uzupełniają szerokie skórzane pasy.

Podczas zmiany warty żołnierze podnoszą skrajnie wysoko nogi, a obecność dyndających pomponów na podkutych butach musi wzbudzać, jeśli nie śmiech, to przynajmniej uśmiech. Paradny krok ma swoja symbolikę: żołnierze podnosząc do góry nogi, pozorują kopniaka skierowanego w stronę tureckiego najeźdźcy, ruch nogi kończy „strzepnięcie wroga z buta”. Dziesięć minut później jest już po wszystkim. Cichną trzaski migawek, rozlegają się brawa. Odszukuję Renatę, która gdzieś w tłumie zaginęła.

– Podobało się?

– Bardzo!

– Co robimy?

– Myślę, że możemy już wracać do hotelu. Najważniejsze rzeczy już widziałam.

– Nie byliśmy w Muzeum Archeologicznym. A jest naprawdę warte oglądnięcia. Ale może innym razem.

– Wracajmy.

Zanim jednak znajdziemy się w hotelu, trafiamy na inne atrakcje.

– O! – wykrzykuję na widok, który ukazuje się nam minięciu Katedry św. Dionizego Areopagity. Przed nami, przy szerokiej ulicy Panepistimiou, widoczny jest kompleks "prawie" współczesnych, bo pochodzących z drugiej połowy XIX wieku, budynków. Wzniesione z jasnego, żółtego kamienia ładnie komponują się z innymi starożytnymi zabytkami Aten. To słynna "Trylogia" zaprojektowana przez barona Theofila Freiherra von Hansena, architekta z Kopenhagi. W jej skład wchodzą: Akademia Ateńska, oryginalny gmach Uniwersytetu Ateńskiego oraz gmach Biblioteki Ateńskiej. Budynki zbudowano w stylu neoklasycystycznym, bo czyż jakikolwiek inny pasowałby do Aten?

Najbliższa nas jest Akademia Ateńska. Na pierwszy rzut oka przypomina starożytną świątynię. Ponad heksastylowym portykiem umieszczono fenomenalny tympanon z wieloma rzeźbami. Kalenica i końce tympanonu ozdobiono grupową rzeźbą i sfinksami. Główny budynek flankują dwie kolumny z Dianą i Apollinem, a bliżej ulicy ustawiono dwa inne pomniki. Podchodzimy do rzeźby przedstawiającej siedzącego brodacza.

– A! To Platon!! – odczytuję podpis. – W takim razie ten drugi gość obok to Sokrates.

W sąsiednim, znacznie większym wydłużonym budynku mieści się Uniwersytet Ateński, a właściwie tylko jego część. Pozostał jeszcze budynek Biblioteki. Ten wydaje się bardziej wyszukany w formie. Do wejścia prowadzą symetrycznie ułożone podwójne schody.

W hotelu posilamy się i odpoczywamy.

– Przydałoby się kupić bilety na jutro – stwierdzam.

Wiem z aplikacji Omio, kiedy odjeżdżają autobusy do Delf, niestety podczas prób zakupu biletów na stronie KTEL wyskakuje błąd.

– Kupimy jutro.

– Wiesz, będę spokojniejszy mając bilety już teraz. Może przejdę się na dworzec i kupię.

– Jak chcesz.

Dworzec KTEL Liosion (Bus Terminal B) jest położony w odległości około 3 kilometrów od hotelu. Być może jeździ tam jakiś autobus, ale zanim go znajdę, stracę sporo czasu.

Szybkim krokiem ruszam na dworzec, w półtorej godziny jestem z powrotem. Bilety mamy na godzinę 10:00.

– Pić! – wołam, wchodząc do pokoju.

– Wykończony jesteś?

– W porządku. A ty?

– Odpoczęłam już. Masz ochotę się przejść?

Dla urozmaicenia idziemy w stronę placu Monastiraki bocznymi ulicami. Po drodze trafiamy w niezwykłe miejsce. Przy ulicy Karaiskaki i w jej pobliżu znajduje się kilka kilkanaście, a może i więcej barów i knajpek. O ile samo nagromadzenie miejsc, w których można przyjemnie spędzić czas, nie jest niczym nadzwyczajnym, to wygląd tych ulic, ich dekoracje są doprawdy niesamowite. W ogródkach ulicznych ustawiono sztuczne kwitnące drzewka, również kwiatami udekorowano ściany domów, daszki, futryny i okna. Girlandy zwisają nad ulicą tworząc barwny tunel. Część roślin i kwiatów jest zresztą naturalna, żywa. Pomiędzy stolikami stoją żyrafy, pawie siadły na barierkach, flamingi i sowy patrzą na nas z daszków, wielkie motyle fruwają między równie wielkimi muchomorami. Kolejną knajpkę udekorowano postaciami z bajek i filmów. Są tu piraci, wróżki i Królewny Śnieżki. A wszystko to oświetlone jest dziesiątkami i setkami neonów tworzących feerię barw. Dominuje kolor różowy, co powoduje, że czujemy się jak w domu Barbie.

Kilka kroków dalej widok i atmosfera ulicy zmienia się radykalnie. Tu już mniej przechodniów, na ulicy pustki. Ściany domów pokryte graffiti i bazgrołami po wysokość pierwszego piętra. Przy ulicy Ermou pod wystawami sklepowymi pojawiają się bezdomni. Leżą w śpiworach rozłożonych na kartonach. Znak czasów.

Plac Monastiraki nie cichnie i nie wyludnia się o tej porze (a jest już 21:00). Pojawili się uliczni grajkowie, gitarzyści i śpiewacy. Chłodniejszy powiew nocy i wciąż otwarte sklepy z pamiątkami zachęcają Ateńczyków i turystów do spacerów. My wędrujemy dalej w kierunku widowiskowo iluminowanego Akropolu. Obchodzimy oświetloną Bibliotekę Hadriana i dochodząc do Forum Romanum zatrzymujemy się pod Wieżą Wiatrów.

– Jest super – podsumowujemy dzień.

– Wracajmy do hotelu, jest dziesiąta.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej