Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Warszawa – Madryt

czwartek, 7 X 2021


Znów jestem na Puerta del Sol | Jak ich wszystkich zapamiętać? | Egipt w Madrycie


Z mieszkania Tomka transferuję się na Okęcie jak zwykle autobusem 175. Z sentymentem wspominam moje loty z polskim przewoźnikiem, które miały miejsce w latach 2011-12. Wydawało mi się wówczas, że dużo latam. Uśmiecham się w myśli do siebie: w tym roku lotów mam trzy razy więcej – pomimo pandemii!

Na Okęciu jestem o 9:00. Po raz pierwszy od dłuższego czasu w cenie biletu mam bagaż rejestrowany i korzystam z tego. Odlatujemy 10:45, w Madrycie jesteśmy po 4 godzinach. Do centrum miasta docieram podmiejskim autobusem, płacąc za bilet u kierowcy półtora euro.

Wysiadam przy dworcu Recoletos, stąd do Petit hostel, w którym będę spał za 74 złote, jest około 3,5 kilometra. Najbliższe cztery godziny przeznaczę na spacer po mieście. Pierwszy przystanek to Red de San Luis z pięknym hotelem NH Collection przy Calle de la Montera. Po drugiej stronie placu znajduje się budynek przypominający pałac. To siedziba Telefonici, hiszpańskiej Tepsy. Stąd już niedaleko do sławnego Puerta del Sol, obowiązkowego miejsca dla wszystkich wycieczek. Tu, pośrodku placu, stoi konny pomnik Carlosa III. Tu też znajduje się wmurowana w chodnik granitowa tablica z mosiężnym napisem Origen de Las Carreteras Radiales Km. 0., wyznaczająca początek dróg i odległości w Hiszpanii. Poznałem to miejsce w 1993 roku podczas trampingu do Hiszpanii i Maroka.

Teraz na skróty przemieszczam się na Plaza Mayor. Tym razem na pomniku konnym siedzi Felipe III. Tak sobie właśnie pomyślałem, że zmora polskich uczniów – konieczność wykucia na pamięć pocztu władców polskich, począwszy od Mieszka I, to pikuś w porównaniu z tym, co może być wymagane w szkołach hiszpańskich. Zanim bowiem Ferdynand II Aragoński i Izabela Kastylijska przypieczętowali swoim małżeństwem unię personalną w 1474 roku, na Półwyspie Iberyjskim rządzili królowie Wizygotów, królowie Asturii, królowie Nawarry, królowie Leon, królowie Galicji, królowie Aragonii i królowie Kastylii, by wymienić tylko najważniejsze królestwa. W sumie było ich… szkoda mówić! Po prostu setki.

Przystaję na rogu Calle de Cuchilleros oraz Cl. De Tintoreros przy tawernie La Fontanilla. Jej elewacja wyróżnia się czerwonymi framugami okien oraz namalowanymi na ceramicznych płytkach scenkami rodzajowymi oraz widoczkami ogrodowymi. Takich knajpek w pobliżu jest zresztą więcej – obok znajduje się pasteleria El Madroño z zielonymi framugami i również malowanymi płytkami na ścianie. Przechodzę pod łukowym mostem zerkając na kościół kryjący się za palmami, to Catedral de Santa Maria la Real de la Almudena. Oryginalny wiadukt pochodzi z 1874 roku, w latach 30 został przekonstruowany i obecnie ma betonową konstrukcję o wysokości 23 metrów – wystarczającą, by próby samobójcze kończyły się sukcesem. Dla co najmniej 500 odważnych, kojący umysł widok parku Casa de Campo był ostatnim w życiu.

Ponieważ nie wiem, czy jutro znajdę czas, by wrócić w ten region, postanawiam od razu zwiedzić katedrę Almudena. Katedra na szczęście jest otwarta, wchodzę przez olbrzymi romański portal i zagłębiam się w mroczną czeluść kościoła. Zwiedzających jest niewielu a niewielkie sylwetki i ściszone kroki potęgują ogrom katedry. Jest tak duża, że ledwo co słychać słowa księdza prowadzącego mszę świętą dla 20 może osób. Nawa główna wsparta jest na dwóch szeregach kamiennych kolumn oddzielających ją od naw bocznych Długo myszkuję po zakamarkach w nawach bocznych i kaplicach. Uwagę zwracają utrzymane w niebieskiej tonacji monumentalne witraże. Wystarczy.

Mijam teraz Palacio Real Madrid przy Plaza de la Armeria i przez odnawiany park Jardines de Sabatini przechodzę na Plaza de España, a stąd mam już tylko dwa kroki do sławnej świątyni Debod. Zbudowana na przełomie er egipska świątynia została przeniesiona z okolic Asuanu i zrekonstruowana w Parque de la Montaña położonym na wysokim brzegu rzeki Manzanares. Świątynia była dedykowana Amonowi i Izydzie i rzekomo stanowi dar Egiptu dla Hiszpanii z 1968 roku za pomoc przy ratowaniu świątyń w Abu Simbel w związku z utworzeniem Jeziora Nasera. Wstęp jest darmowy, niestety jest już dziś zbyt późno. Wewnątrz głównego budynku wymiarach 12 × 15 metrów znajdują się pomieszczenia ze ścianami pokrytymi hieroglifami. Na głównej osi świątyni ustawione są dwie kamienne bramy o dość surowym wyglądzie, a całość otoczona jest płytką sadzawką.

Z nabrzeża roztacza się fenomenalny widok na zachodnią część miasta. U podnóża skarpy, nad którą stoję, przepływa wspomniana rzeka, a nieco dalej znajduje się największy park w Madrycie. Skwer, na którym się zatrzymałem, to ulubione miejsce spotkań młodzieży, która tu licznie przychodzi na zachód słońca. Spędzam dłuższą chwilę, fotografując sylwetki młodych ludzi siedzących na murku oświetlonych promieniami słońca. Atmosfera w parku jest piknikowa, kilku muzyków produkuje się na gitarach, przyjemnie się ich słucha. Młodzież zgromadziła się wokół, inni piknikują pod palmami. Zostało mi jeszcze kilkaset metrów do hostelu.

Wejście do Petit Hostel jest elektronicznie strzeżone przez automat, w którym goście hostelowi dokonują zautomatyzowanego check-inu. Przez 5 minut przyglądam się wysiłkom młodego człowieka, który ma problem z zeskanowaniem swojego dowodu tożsamości i widzę, że wejście do budynku nie będzie takie proste. Faktycznie i ja się męczę z automatem, który ma problem z odczytaniem mojego dowodu osobistego i porównaniem zdjęcia z obrazem z kamery. W końcu udaje mi się wejść.

Wewnątrz niewielkich rozmiarów wspólna część z barowymi stolikami; jest tu czajnik, gdzie można sobie zagotować wodę. Mój pokój niewielki, 6-osobowy z piętrowymi łóżkami i oddzielną łazienką. Da się przeżyć. Aha! Towarzystwo mam generalnie młodzieżowe, do 20 roku życia, jakoś wytrzymam.

Jutro opuszczam Madryt. Kupuje w sieci bilet do Segowii. Autobus firmy Avanza kosztuje 6,18 EUR, wyjazd 7:45, a na miejscu mam być o 9:05.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej