Zapowiada się ładny dzień | Znowu stopuję | Obserwacje ptaków | Spacer po cmentarzu | Paryskie eponimy | Tromsø – wrota Arktyki | Mój hostel | W ogrodzie botanicznym | Most i Katedra Arktyczna | Rozmawiam z Pawłem | Moje królestwa ;-) | Nocny alarm
Czwarta rano, budzę się. Słońce kryje się za górami, ale zapowiada się ładny dzień. Pakuję się i o 4:30 ruszam ku drodze przecinającej wyspę w poprzek. Zbiegam najpierw przez kotlinkę pokrytą śniegiem, potem, już spokojnie, bez ścieżki, schodzę zakosami w dół i w końcu powracam na znany mi szlak. Z daleka widać już parking, o którym wczoraj wspominali zaczepieni turyści. Stoi tam parę dżipów i kamper; ruchu wokół nich nie ma, może ich właściciele śpią w środku. Próbuję zlokalizować drogę na mapie i dopiero teraz się orientuję, że główna droga, która przecina wyspę w poprzek, przechodzi tu przez tunel, zaś parking usytuowany jest przy starej drodze. Przystaję na chwilę, by się pozachwycać kępami derenia szwedzkiego (Cornus suecica L.) pokrywającego łąkę. Jego kwiaty są pozornie białe, ale jeśli się dobrze przyjrzeć, białe są tylko płatki okrywy baldachu. Sam kwiat jest drobny, różowawy. To z niego później we wrześniu wyrastają czerwone jagody, które w dużych ilościach spotykałem podczas treku pod Sztokholmem w 2016 roku.
Przekraczam jeszcze dwa strumienie, na szczęście bez komplikacji i schodzę a właściwie zbiegam w dolinę. Przed piątą jestem na parkingu Noorderlicht plek, a w chwilę później na głównej drodze poniżej wylotu tunelu Sørskartunnelen (770 m). Notabene w Norwegii, po 2000 roku wybudowano niesamowitą wprost liczbę tuneli i mostów. A u nas od paru lat męczą się z tunelem pod zakopianką... Ech!
Oczywiście w ten niedzielny poranek na tej trasie ruch jest praktycznie zerowy. Chcąc nie chcąc ruszam asfaltem. Po drodze, za rzeką dostrzegam dwa namioty – pierwsze i jedyne, do tej pory w Troms. Być może miejscowi wolą wygodę domków lub hoteli.
Dość nieoczekiwanie pojawia się samochód, przyczesuję czuprynę i macham ręką.
– Jedziecie do Tromsø?
– Wsiadaj! – nieco roznegliżowana para zaprasza mnie do środka.
– Przez dwa dni pochodziłem po górach, na Ringvassøya i tutaj – opowiadam – Spałem w namiocie, ale dziś mam nocleg w hostelu. Wstałem o czwartej i doszedłem do drogi.
– A my wstaliśmy o trzeciej – Chłopak dyskretnie ziewa – jedziemy z Lyfjord po drugiej stronie wyspy.
– Mieszkamy pod Tromsø, jutro już do pracy – dodaje dziewczyna.
Szybko zjeżdżamy na wybrzeże, parę kilometrów i już znajomy most. Koniec zwiedzania Kvaløyi. Trochę żałuję, że nie odwiedziłem bardziej skalistej części wyspy. Może będzie okazja... Tromsøya leżąca pod drugiej stronie cieśniny będzie moją ostatnią wyspą.
– Gdzie cię wysadzić?
– Gdziekolwiek za mostem, mam cały dzień na zwiedzanie Tromsø.
Sympatyczna para zawozi mnie na dworzec autobusowy przy lotnisku. Upewniają się co do autobusu i tłumaczą, jak dojechać do centrum.
– Tusen takk!
– Do widzenia, powodzenia!
Siadam na przystanku. Nie zamierzam, oczywiście, jechać autobusem, muszę zebrać myśli i ustalić plan działania na dziś. Jest dopiero 8:00 i raczej nie byłoby co robić w mieście. Sprawdzam w internecie, czy nie mają tu jakiegoś darmowego muzeum. Hm, nie za bardzo widzę. Postanawiam przejść w poprzek wyspę tj. z lotniska, przy którym się znajduję, do południowych dzielnic Tromsø.
Spoglądam z westchnieniem jeszcze raz na odległe szczyty Kvaløyi i niespiesznie ruszam ku znajdującemu się, mniej więcej w połowie wyspy, jeziorku Prestvannet. Jak można się spodziewać, to teren rekreacyjny dla Norwegów: spotykam nad wodą joggingującą młodzież i starszyznę z psami. Ponoć w zimie jezioro zamienia się w 8-hektarowe lodowisko 😉 Wykorzystując chwilę samotności dokonuję w jeziorku porannych ablucji. A co mi tam! Później skupiam uwagę na jeziorze i okolicznych mokradłach, które – jak się okazuje – są terenem lęgowym ptactwa wodnego. Aż głośno tu od popiskiwania mew i rybitw, kwakania kaczorów uganiających się za kaczkami oraz innych dźwięków wydawanych przez czaple. Właśnie te ostatnie mnie najbardziej ciekawią – mogę je obserwować z odległości 10 metrów. Pomiędzy szuwarami, co i rusz, nurkują ptaki bezbłędnie odszukując swoje gniazda. Raz udaje mi się dojrzeć kaczego wyrostka – już nieźle opierzonego, ale z pewnością jeszcze nieskłonnego do ganiania po niebie z kolegami. Okres ochronny dla tego akwenu trwa od maja do końca lipca (informują o tym gęsto rozmieszczone tabliczki), tak więc nie zamierzam pchać się zbytnio ku wodzie. Zresztą, są tu wyspy torfowe, można na nich łatwo ugrzęznąć. Tym niemniej, szukając dobrych miejsc do obserwacji ptaków obchodzę wokół prawie całe jezioro ;-)
Kolejną dłuższą chwilę spędzam na pobliskim cmentarzu fotografując nagrobki. Nigdy nie przepuszczam okazji wstąpienia na cmentarz, zwłaszcza w krajach odmiennych kulturowo. Hobby takie ;-) Tu moją uwagę zwracają rzędy parometrowych graniastych iglic postawionych na grobach – zamiast krzyży tak charakterystycznych dla Polski. Zerkam jeszcze na cmentarny kościółek lub raczej kaplicę (nic specjalnego).
Zbliżam się teraz do gęstszej zabudowy Tromsø. Z przyjemnością oglądam schludne białe domy, przed którymi dumni Norwegowie nierzadko ustawiają maszty z flagami narodowymi (podobnie jak w Szwecji). Z pewnością się im wygodnie tu mieszka. Miejscowe pośrednictwo nieruchomości oferuje spory wybór mieszkań i domów. Te pierwsze rzadko kiedy mają powierzchnię poniżej 100 metrów kwadratowych. A często mają po 200 metrów... Jeśli więc macie ochotę zamieszkać tu, za kołem podbiegunowym, łapcie okazję i kupujcie! Ceny umiarkowane: od 1,5 do 8,0 mln koron norweskich. Nie przeliczam na złote, by nikogo nie denerwować ;-)
Jest 9:00. Ucinam sobie drzemkę w cieniu brzóz przed zamkniętym (jeszcze?) miejscowym muzeum (Centrum Sztuki Współczeznej). Wiatr szybko przegania chmury po niebie i można by pomyśleć, że będzie padać. A jednak nie: pogoda utrzyma się do poniedziałku. Spod przymkniętych powiek obserwuję spokojne życie mieszkańców: dostrzegam wśród nich sporo imigrantów: Czarnoskórych, Arabów i Azjatów. Znak czasów. Dowiedziałem się właśnie, że Tromsø zwane było w XIX wielu Paryżem Północy. Ciekawe 😊. Zgłębiając ten temat odkrywam, że tych Paryżów było więcej: tak zwano przedwojenną Warszawę, tak zwano niemiecki Szczecin, tak zwano w carskich czasach Petersburg (aczkolwiek ten ostatni miał też przydomek Amsterdamu Północy, Londynu Północy i oczywiście Wenecji Północy)... Ale to przecież nie koniec! Paryżem Północy była również Ryga, był Aalborg, było Dawson City (w Kanadzie) i Newcastle (w Wielkiej Brytanii). W ogóle Paryż jest chyba rekordzistą wśród eponimów: mianem Paryża Wschodu określano: Baku, Bandung (w Indonezji), Bejrut, Bukareszt, Budapeszt, Dalian (w Chinach), Diyarbakir i Gaziantep (w Turcji), Hanoi, Irkuck, Isfahan, Jaipur, Kabul, Kair, Kalkutę, Pondicherry i Ross Island (w Indiach), Lahore, Lipsk, Manilę, Petersburg, Phnom Penh, Pragę, Rygę, Sabac (Serbia), Sajgon, Stambuł, Szanghaj, Warszawę. Paryżem Zachodu były miasta: Abidżan, Buenos Aires, Cincinnati, Denver i Detroit (w USA), Merida, Montreal i San Francisco, zaś Paryżem Południa (bo i taki był!) zwano: Asheville, Barcelonę, Buenos Aires, Niceę i Nowy Orlean. Piszę za każdym razem "był", bo przecież wiadomo, że Paryż może być tylko jeden :-p
Z Paryżem, jak się wydaje, może konkurować jedynie Wenecja: wystarczy parę kanałów w mieście a już są chętni do okrzyknięcia go Wenecją Północy, Południa, Wschodu lub Zachodu. To mogę zrozumieć. Ale co mogło upodabniać małą mieścinę na peryferiach Europy, by porównać ją z Paryżem? Być może zaraz się o tym sam przekonam.
Koniec odpoczynku, ruszam ku katedrze reprezentacyjną ulicą Storgata zabudowaną – częściowo – drewnianymi domami. Ponoć na początku XX wieku wydano zakaz budowy domów z drewna w ścisłym centrum. Błąd! Mieliby teraz więcej zabytków 😉. Na końcu prostopadłych uliczek widać port, jakieś stateczki kursują po fiordzie, ale najciekawszy jest 58-przęsłowy most Tromsøbrua. Wspina się na kilkadziesiąt metrów w górę a potem stromo opada, lecz tym razem nie ku kolejnej wyspie, lecz na "stały ląd". Który, notabene, od razu zaczyna się od stromych gór! Ot, uroki Skandynawii...
Katedra okazuje się zamknięta. A przecież biły dzwony... Ok, nie to nie 😊. Kościół jest neogotycki, drewniany. Zdaje się w ołtarzu jest obraz Adolfa Tidemanda "Zmartwychwstanie". Skręcam na zachód i dochodzę do pomnika Roalda Amundsena. Ha! Ten facet to się napodróżował! Jako pierwszy przepłynął Przejście Północno-Zachodnie. Dziś, dzięki globalnemu ociepleniu pływają tam wycieczkowce, ale wówczas, w na początku XX wieku, Amundsenowi droga zajęła... 3 lata. Potrafił sobie wyznaczać cele: gdy się okazało, że Biegun Północny przypadł Amerykanom (Cook i Peary) – postawił sobie bardziej ambitne zadanie: zdobycie Bieguna Południowego. Zawsze chciał być pierwszy 😊. Po sukcesie z 1912 roku popłynął znów do Arktyki, którą eksplorował aż do śmierci w katastrofie lotniczej. A teraz stoi sobie w ciepłym płaszczu z opuszczonym kapturem i przygląda się przyprószonym śniegiem górom po drugiej stronie cieśniny...
Idąc ulicą Hafnegata dochodzę do sporego placu z pomnikiem Arktycznego Łowcy (Fangstmonument). Zanim jednak zbliżę się do postaci mężczyzny w kapeluszu wbijającego harpun w wyimaginowanego morskiego ssaka, przystaję przy niewielkim, pomalowanym na żółto, drewnianym kiosku z blaszanym hełmem. "Kiosk jak kiosk" – może pomyśleć przechodzień: sympatyczny i stylizowany. Ale – jak się okazuje – to nie byle jaki kiosk! 109 lat temu było to miejsce pracy Margit Løkke, która w 18 roku życia wpadła na pomysł swej działalności gospodarczej: chciała przy Torvet postawić kiosk. Gmina postawiła warunek: dwie ściany kiosku młoda bizneswoman musiała przeznaczyć na ogłoszenia. Tak też się stało. Jak długo interes się kręcił – nie wiem, ale w 2009 roku uznano budę za zabytek kultury o znaczeniu narodowym.
Przechodzę przez port pasażerski, mijam kolorowe domy na nabrzeżu. Tu zapewne znajdowały się magazyny i domy kupieckie. Zerkam jeszcze na ofertę wycieczek po fiordach i w poszukiwaniu zorzy polarnej zimą. Cóż, zdecydowanie nie na moją kieszeń. Wracam na główną ulicę handlową Storgata i zerkając na wystawy sklepowe docieram do hostelu znajdującego się w drewnianym, pomalowanym na błękitno, narożnym domu. Ha! Spodziewałem się czegoś bardziej zwyczajnego. Ale podoba mi się! Jeśli Norwegia kojarzy się wam z kolorowymi drewnianymi domkami i chcielibyście w nich zamieszkać, to ten hostel jest właśnie dla was :)
Odnajduję kod, który wpuści mnie do środka (elektroniczny zamek) i kręcę się po pustym hostelu szukając kogoś z personelu.
– Hi, I’m looking for someone from the staff – zwracam się do gościa w jednym z pokoi.
– I am the staff – młody mężczyzna wygląda na zezłoszczonego – I don’t understand why people come here before at noon or at three p.m. Check-in time is 4.p.m!
Przepraszam i tłumaczę, że chciałem tylko zostawić rzeczy.
– Ok, ok. I’m leaving the hostel right now.
Zostawiam bety i idę do oddalonego o 4 km ogrodu botanicznego. Ulica, którą idę, przebiega przez dzielnice przemysłowe. Przy pojedynczych podniszczonych budynkach mieszkalnych zapuszczone ogrody. Przy drodze i przy domach widać wyrośnięte krzaki barszczu perskiego (Heracleum persicum), zawleczonego tu z Kaukazu. W ogrodach zdziczałe jabłonie i malwy. Ale oto i uniwersytecki ogród botaniczny – ponoć najbardziej na świecie wysunięty na północ. Otwarty całą dobę, nieogrodzony, no i darmowy ;-)
Jest na co popatrzeć. Przynajmniej mi się podoba – fotografuję liczne mchy, porosty, krzewinki i kwiatuszki z różnych gór – ale tylko ze stref zimnych. Cieplarni w tym ogrodzie botanicznym nie ma i nie uświadczy się tu roślin tropikalnych. Co mi zupełnie nie przeszkadza, bo napatrzyłem się na bujną przyrodę nie raz – ostatni raz rok temu na Karaibach. Najfajniejsze są gatunki z Himalajów a wśród nich błękitne maki (Meconopsis baileyi). Mmm :) Chociaż roślinność tu głównie subarktyczna, to upał dziś nieziemski. Mój akwariowy termometr ciekłokrystaliczny wskazuje 26 °C. Chowam się cieniu i ucinam sobie drzemkę.
W drodze powrotnej skręcam na most Tromsøbrua. Spacer po tej 60-letniej betonowej konstrukcji to niemal górska wycieczka, jeśli weźmie się pod uwagę kąt nachylenia jezdni. Jej najwyższy punkt znajduje się 38 metrów na wodą. Silny wiatr nie zachęca do kontemplowania widoków. Po drugiej stronie cieśniny, w Tromsdalen, widoczna jest trójkątna fasada Katedry Arktycznej. Co prawda jest to zwykły kościół parafialny a nie katedra, ale mniejsza z tym. Być może w 1965 roku, gdy powstał, jego bryła (ponoć wzorowana na lapońskim namiocie) robiła wrażenie, dziś – przynajmniej dla mnie – nie jest to zbyt interesująca architektura. Zresztą, architekt Jan Inge Hovig, twórca Katedry, jakoś specjalnie nie zapisał się w historii światowego modernizmu. Oczywiście, to wszystko nie przeszkadza licznym turystom w odbyciu spaceru przez 1000-metrowy most do Katedry.
W hostelu pojawiło się tymczasem parę osób. W 4-osobowym pokoju, w którym będę nocować, drzemie jakiś facet. Są też bety innych osób, kask motocyklisty, śpiwory. Rozkładam się i idę porządnie się wymyć. Nie wiem, czy jestem brudny, bo pod prysznicem nie ma żarówki i jest ciemno. W każdym razie wracam do pokoju odświeżony.
– Hi! – zwracam się do mężczyzny, który właśnie się przebudził – Do you know which bed is taken and which is free?
Nie wie. Spał. Wolałbym mieć miejsce na dolnym łóżku, ale jak się za chwile okaże, właściciel kasku motocyklowego zajął wcześniej drugie dolne łóżko. Nie ma sprawy. Muszę porządnie się spakować na jutro. Rozkładam je na podłodze swój namiot i śpiwór i starannie je zwijam okręcając sznurkiem.
– What are you doing? – pyta mój współspacz – Why are you rolling these things so tight?
– I have to stuff all my things into one small hand luggage for the plane tomorrow...
Kiwa głową i dodaje:
– A dlaczego nie rozmawiamy po polsku?
– Ha, dobre pytanie – śmieję się i przedstawiam.
Paweł przyleciał tu też tylko na parę dni, wraca tym samym samolotem. Wykorzystał czas na rajd rowerowy po okolicy.
– Przejechałem w ciągu 24 godzin 150 kilometrów – chwali się.
No... fajnie. Ileż to lat minęło od moich rowerowych wycieczek po Polsce, ech! Przemierzałem wówczas na wagancie setki i tysiące kilometrów po górach i nizinach.
– Teraz już nie jeżdżę – opowiadam – nie lubię jeździć po wertepach, a na dobrych drogach za duży ruch samochodowy.
Rozmawiamy trochę o turystyce rowerowej i o podróżach w ogóle. Opowiadam o swoim sposobie podróżowania, jego blaskach i cieniach.
– Znasz portal Fly4free? – pyta Paweł nieoczekiwanie.
Ba! Kto go nie zna spośród tych, dla których podróżowanie to codzienność? Jak się okazuje, Paweł nie tylko jest zawodowo związany z portalem, ale jest jego właścicielem i redaktorem.
– Właściwie cały czas jestem teraz w pracy – mówi pisząc coś na zgrabnym laptopie.
Wyjaśniamy sobie jakieś stare sprawy związane z korespondencją na forum, później pojawia się motocyklista i sympatyczne dziewczę. Rozmowy przenoszą się do "salonu". Atmosfera jest backpackerska, lubię to.
Zagląda do nas chłopak obsługujący hostel.
– Ty jeszcze nie płaciłeś, prawda? – zwraca się do mnie.
Hm, myślałem, że hostel ściągnął mi już opłatę za nocleg; okazuje się, że nie. Płacę 300 NOK kartą – to była najniższa cena za nocleg w Tromso w tym okresie. Drogo, ale nic nie poradzę.
Jeszcze jedna kawa i wychodzę na wieczorny spacer po mieście.
Robię kółeczko po centrum zaglądając do miejsc, w których wcześniej nie byłem. Trochę nowoczesnej architektury, jeszcze jeden kościół z metalowymi iglicami lśniącymi w promieniach wieczornego słońca, obok pomnik Haakona VII – dziadka Haralda V obecnie panującego w Norwegii. A propos królów: mało już głów koronowanych zostało w Europie: trzynaście, jeśli dobrze liczę: 5 królów (Belgia, Dania, Hiszpania, Norwegia, Szwecja), 2 królowe (Holandia i Wielka Brytania), 4 książąt (w tym jeden wielki i dwóch po połówce: Andora, Liechtenstein, Luksemburg, Monako), 1 wielki mistrz (Zakon Maltański), 1 papież (Watykan). Poza Europą – podczas moich podróży nieraz odwiedzałem monarchie. A wśród nich: 10 królestw (Australia, Barbados, Bahrain, Jordania, Kambodża, Kanada, Maroko, Nepal (do czasu), Nowa Zelandia, Saint Lucia, Tajlandia), 3 sułtanaty (Brunei, Malezja, Oman), 3 emiraty (Katar, Kuwejt, ZEA) i 1 cesarstwo (Japonia). Nieźle ;-)
Mam jednak wrażenie, że Norwegowie bardziej myślą o swoich polarnych niż monarszych tradycjach. Przynajmniej tu, w Tromso, skąd wyruszały wyprawy na podbój Arktyki. Wśród nich były wyprawy dowodzone przez Fridtjofa Nansena, który bez wątpienia zasłużył na swój pomnik na placu swojego imienia przy moście Tromsøbrua.
Czas odpocząć, dość już łażenia na dziś. Cóż, Tromsø nie zachwyciło mnie jakoś specjalnie. Paryżem Północy to miasto już dawno nie jest...
W hostelu robię sobie wieczorną kawkę, myję się i z przyjemnością lokuję się na górnym piętrze mojego wyrka. W nocy, około 2:00, moja utopiona komórka obwieszcza alarmem światu zmartwychwstanie. Przepraszam przebudzonych współspaczy.