Droga na lotnisko | Podsumowanie
Piąta rano, budzę się i cichutko z rzeczami wychodzę z pokoju. Samolot startuje 8:30, mam więc niby sporo czasu, by dostać się na piechotę na lotnisko oddalone o 4 kilometry. Szybka kawa, ostatni kawałek czekolady i już jestem w drodze. Kieruję się stromymi uliczkami na wzgórze pokryte laskiem – taką najkrótszą trasę wyznaczył mi Google Maps.
Ranek jest chłodny, powietrze rześkie, przyjemnie się idzie. Na obrzeżach miasta trafiam na kompleks obiektów sportowych, potem zagłębiam się w las. I tu zonk! Ścieżka, którą idę – znika, teren staje się podmokły i muszę kluczyć. Wpadam w jeszcze większe bajoro, nie mam wyjścia i wycofuję się na drogę gruntową. W kolejnym podejściu trafiam na lepszą ścieżką prowadzącą mnie na drugą stronę lasu po drewnianych podestach. Uff! Zgrzałem się nieco – głównie na myśl, że przez swoje eksperymenty topograficzne spóźnię się na samolot. Dalej już prosto: kładka przez dwupasmówkę i potem wzdłuż płotu wokół lotniska do terminalu. W powrotnej drodze mam wykupiony tylko bagaż podręczny (40 x 30 x 20 cm), przepakowuję wszystko do jednego większego plecaka pozbywając się podartego plecaczka.
Wizzair tym razem jest prawie pusty: większość to Polacy, w sumie 50 osób. Mam więc dość miejsca, by się wygodnie rozłożyć. Z okien mogę do woli oglądać góry i doliny, po których chodziłem. Trzy godziny później Kraków.
I to by było na tyle. Zadowolony jestem z tego wypadu okołoweekendowego – pierwszy wyjazd od 7 miesięcy, nie mogłem już wytrzymać. Trzy tygodnie później Norwegia znów ograniczyła wjazd Polakom: konieczna stała się 2-tygodniowa kwarantanna. Szczęściarz jestem.