Piękny poranek | Walka z komarami i wodą | Trochę historii | Skandynawowie są mili | Opuszczam Ringvassøyę | Padam. Co za upał! | Moje wodospady ;-) | Szczęściarz jestem! | Kjølen zdobyty | Trochę subpolarnej botaniki | Dziewczyny forsują strumień | Drugi nocleg
Czwarta rano, budzę się. Zanim wychylę głowę z namiotu już wiem, że jest piękny słoneczny dzień. Znacie to uczucie, gdy człowiek budzi się w pięknym lub niezwykłym miejscu. Wow! – wołacie – Ależ tu ślicznie... Wcześniejsze wydarzenia, trudy dnia poprzedniego czy nocna ulewa, wszelkie niewygody snu – pierzchają w obliczu piękna przyrody, jej dziewiczości, ciszy, spokoju... Tak zdarzało mi się witać dzień w górach Mongolii, takie uczucia miałem po przebudzeniu na Altiplano w Boliwii. Pustka i spokój.
Jest dobrze. Moje spodnie na polarze wyschły, zjadam ostatnią wczorajszą kanapkę, ze smutkiem w oczach głaszczę utopioną komórkę. Z chęcią wypiłbym kawę gotując wodę na kuchence gazowej, ale przy tak krótkich wyjazdach (zwłaszcza samolotem!) tego sprzętu nie wożę. Owszem, palnik i butla towarzyszyły mi w czasach, gdy podróżowałem wyłącznie drogą lądową. Kartridża z gazem jednak teraz nie przewiozę samolotem, a kupowanie go jest zawsze problematyczne: trzeba trafić na otwarty sklep, trzeba trafić na odpowiedni system (mam Campingaz). Pamiętam, jak w Christchurch wyprawiliśmy się na koniec miasta, by kupić butlę. Na Wyspie Południowej spędziliśmy tydzień, więc zakup „opłacał się”. Cóż z tego, kiedy później musieliśmy się transferować samolotem na Wyspę Północną pozostawiając niezużyty do końca kartridż... Mógłbym przestawić się w swoich podróżach na kapryśną (ponoć) maszynkę benzynową, ale... Ale jeszcze do tego nie dojrzałem 😉. Teraz muszę zadowolić się suchą kawą rozpuszczalną. Niespiesznie składam namiot, wiem, że będę musiał go później dosuszyć. Robię jeszcze parę zdjęć z dorodnymi grzybami na pierwszym planie i ośnieżonymi szczytami w tle i jestem gotów do drogi.
O 5:00 przeprawiam się przez odkryty wczoraj mostek. Stojąc pośrodku z przyjemnością wsłuchuję się w grzmot rwącego strumienia spadającego kaskadami w ciasnym jarze. Myśli moje kierują się ku zapiskom Sylwii z podróży po północnej Szwecji. Tyle, że ona potrafiła z rzeką rozmawiać, ja mogę tylko słuchać 😉. Wspomnień czar, mmm... Ruszam wąską ścieżką wzdłuż jeziora Skogsfjordvatnet, wokół niskie zagajniki. Teren jest podmokły, omszony. Z kałuż wyrastają kępy wełnianki Scheuchzera (Eriophorum scheuchzeri), łatwo rozpoznawalnej po białych pomponach owocostanów. Kilkaset metrów dalej kolejna szykana: potok o szerokości 5 metrów – ale bez mostka. Znów trzeba szukać brodu, przebijam się przez las bez ścieżki i ostatecznie zawracam do szlaku. Tym razem nie obędzie się bez ściągania butów. Taka zabawa powtarza się wielokrotnie i jest równie uciążliwa jak odganianie się od meszek i komarów. Tu muszę powiedzieć, że przydaje się maseczka anty-covidowa a jeszcze bardziej opaska-komin, którą można zakładać na 10 sposobów: chroni przed słońcem, wiatrem, światłem (w samolocie), zimnem (uszy!) i – jak się okazuje – przed komarami. Ale i tak bydlaki mnie dopadły – wrócę więc do domu przypominając ciężki przypadek ospy. Przed szóstą dochodzę do gapahuk, wiaty z miejscem na ognisko. Znajduje się kilkadziesiąt metrów od brzegu jeziora Skogsfjordvatnet. Miejsce to, z pewnością, jest łatwiej dostępne z kierunku, w którym szedłem.
O ile wczorajsza wędrówka wiodła zasadniczo przez tundrę, pustynię kamienistą z nielicznymi roślinkami, to teraz przeciskam się przez lasotundrę: zagajniki i podmokłe łąki porosłe krzewinkami i mchami. Kto zna te tereny to wie, jak zdradliwe potrafią być miękkie mchy, pod którymi jest akurat tyle wody, by zdołała się nalać do butów :( Często muszę obchodzić bokiem łąki, których jasnozielona barwa ostrzega przed niebezpieczeństwem ugrzęźnięcia w błocie. To wszystko powoduje, że droga, która normalnie zabrałaby godzinę, tu wydłuża się do ponad dwóch. Ostatecznie mój trawers wyspy kończy się na asfaltowej drodze Fv302 prowadzącej z Hessfjord do Mikkelvika, maleńkiego przysiółka w północno-zachodniej części wyspy. Stamtąd kursują promy jeszcze dalej, na Rebbenesøya, prawie bezludną wyspę (1.4 os/km2). To tam, a konkretnie w Toftefjorden, miały miejsce tragiczne wydarzenia w marcu 1943 roku podczas alianckiej operacji "Martin". Grupa 12 norweskich komandosów, której zadaniem było zniszczenia wieży kontroli lotów w zajętym przez Niemców lotnisku w Bardufoss, po wpadce w Tromsø, salwowała się ucieczką statkiem Brattholm. Po ataku przeciwnika zatopili swój statek detonując bombę a sami uciekali ku lądowi łódką – również zatopioną. Z obławy uciekł jedynie Jan Baalsrud (uhonorowany później Orderem Imperium Brytyjskiego), który wydostał się z lodowatej wody i, po kilkumiesięcznej odysei przez Góry Skandynawskie, dostał się do ZSRR a następnie przez USA wrócił do Wielkiej Brytanii.
Ponieważ ruch na drodze rano jest zerowy, decyduję się na marsz asfaltem w kierunku Hessfjord. Krajobrazy tu mniej interesujące, najbliższe szczyty są pokryte lasami, wzdłuż drogi trafiają się jeziora. Pobocza porośnięte są dzięgielem leśnym (Angelica sylvestris L.) i kuklikiem zwisłym (Geum rivale) z liliowymi dzwonkami – popularnymi i w Polsce. Po kilku kilometrach człapania łapię stopa.
– Dzień dobry, wracam do Tromsø, podrzucisz mnie?
Młody Norweg, ojciec kilkuletniego dzieciaka siedzącego z tyłu, może mnie wziąć tylko kilka kilometrów dalej, potem skręca nad jakieś jezioro.
– Wsiadaj, potem złapiesz inną okazję.
Rozmawiamy przez chwilę na typowe tematy. Generalnie Norwedzy nie myślą o pandemii, nie boją się zabierać ludzi (co prawda narodowości nie widać od razu). Nie noszą maseczek ani na lotnisku, ani w sklepie, ani w autobusach.
– W tym roku wszyscy Norwedzy – zamiast za granicę – jadą na Lofoty!
– Byłeś w Polsce? – pytam uprzejmie – Z Tromsø jest połączenie z Krakowem, przyjedź, tam jest dużo ciekawych miejsc do oglądania – reklamuję swoje miasto.
Droga szybko mija.
– Wielkie dzięki! – mówię wysiadając z samochodu.
– Poczekaj chwilę – Mężczyzna grzebie w swoich rzeczach i wyjmuje puszę coli – Masz!
– Naprawdę nie trzeba – oponuję.
– Weź, przyda ci się bardziej niż mi – Norweg uśmiecha się i wciska mi do ręki puszkę.
No, fajnie. Skandynawowie to jednak mili ludzie.
W chwilę później siedzę w samochodzie. Tym razem kierowca podwozi mnie do krzyżówki pod Hessfjord – sam skręca w kierunku promu a ja ustawiam się koło śmietnika. Tu muszę dodać, że pojemniki na śmieci są z elektronicznym zamkiem. Z jednej strony chronią przed wywlekaniem śmieci przez dzikie zwierzęta, z drugiej (prawdopodobnie) przed nieautoryzowanym dostępem. Ja w każdym razie swoje śmieci musiałem zabrać w dalszą drogę.
Wyspę Ringvassøya opuszczam jadąc ze starszym małżeństwem – bardzo miło się rozmawia.
– Jak u was wygląda sytuacja z koroną? – pyta kobieta.
– Nie jest źle – tłumaczę – 40 tysięcy przypadków to nie tak dużo biorąc pod uwagę, że w Polsce prawie 40 milionów ludzi. Były dużo obostrzenia w kwietniu i w maju, ale przed wyborami prezydenckimi zostały zniesione.
– A jak wybory? Jesteś zadowolony z wyników?
– Do ostatniej chwili wynik wyborów nie był przesądzony – opowiadam – Przez ostatnie lata obóz rządzący, który popierał prezydenta pozyskał sporą część społeczeństwa przy pomocy haseł antyemigranckich, antymniejszościowych i programów socjalnych. Głównie dla rodzin – to znajdowało akceptację głównie konserwatywnej, tradycyjnej części Polaków.
Norweżka cierpko komentuje konserwatyzm i zacofanie społeczne. Cóż mam dodać?
Po prawej stronie, między drzewami otwierają się widoki na fiord i gór po przeciwnej stronie. Fale błyszczą w słońcu. Przejeżdżamy przez tunel i już jesteśmy na Kvaløyi. Jeszcze kilkanaście kilometrów.
– Gdzie cię wysadzić?
Wysiadam w pobliżu znajomego już mostu łączącego Kvaløyę z Tromsøyą. Postanawiam zdobyć Kjølen (790 m n.p.m.) – górę dominującą nad okolicą z charakterystycznym punktem orientacyjnym – białą kopułą radaru na szczycie. Cel może niezbyt ambitny – bo przecież na wyspie są trzy szczyty przekraczające 1000 metrów, w tym Store Blåmann (1,044 m n.p.m.), jednakże są one zlokalizowane w odległej części tej rozczłonkowanej wyspy (piątej co do wielkości w Norwegii); chcę uniknąć problemów logistycznych, trochę wstyd, ale jutro mam zarezerwowany nocleg w Tromsø a w poniedziałek rano lot powrotny. Poza tym – tu wszędzie jest ładnie.
Ruszam ulicą Slettabakken usytuowaną obok potoku Slettelva. Przechodzę kilkaset metrów, droga zaczyna się wspinać na strome zbocze a ja... padam! Jest dopiero 10:00, ale temperatura już nieznośna – ponad 20 stopni. Rozkładam się na trawce, by wysuszyć skarpety i śpiwór. Tymczasem mijają mnie Norwedzy i Norweżki. Z mniejszymi lub większymi plecakami zapychają dziarsko pod górę. Co najśmieszniejsze – w przeciwieństwie do mnie ubrali się stosownie do pogody: krótkie spodenki i koszulki.
O 11:00, uznawszy, że dalszy odpoczynek byłby przesadą, zbieram podsuszone bety i zaczynam piąć się w górę. Tu również szlak markowany jest czerwonymi kropkami. Po dwudziestu minutach trakt się wypłaszcza, wchodzę w szeroką dolinę Svarthammardalen. Po prawej stronie wznosi się prawie pionowa 200-metrowa skalna ściana. Spod jej szczytu, stamtąd, gdzie bieleją śnieżne czapy wypływa struga. Spada kaskadą ku dolinie i zasila wijący się przez nią potok Sørelva. Wygląda imponująco. Z tej odległości ledwo ją słychać. Trudno mi teraz powiedzieć, czy to najwyższy wodospad, który widziałem w życiu. Z pewnością wiele podobnych strug widziałem jadąc kiedyś pociągiem z Oslo do Bergen a potem do Trondheim. Podobała mi się Niagara, rozśmieszył mnie wodospad Ventas rumba na Łotwie, frajdę sprawiły wodospady na Borneo i Haiti, pod którymi mogłem się kąpać, ostatnio miałem okazję zanurzyć się w gorącym wodospadzie na Jawie, ale te wszystkie wspaniałości blakną w konfrontacji z Cataratas del Iguazú. Czy będzie mi dane zobaczyć Salto Angel i Wodospady Wiktorii? Zobaczymy.
Mijają mnie roześmiane grupki młodzieży schodzącej ze szczytu a ja stopniowo zbliżam się do kaskady. W miejscu, w którym przystaję, spadająca woda znika pod wielkimi głazami, słychać tylko głuchy pomruk dochodzący spod ziemi. Gdy zadzieram głowę do góry – widok zapiera dech. Przynajmniej mi zapiera, lecz nie biegnącej pod górę parze tubylców w krótkich spodenkach, bez plecaków, ona w skąpym topie odsłaniającym muskularne ciało. Wyobrażacie sobie? Ja sapiąc zapycham pod górę, a oni na luzie biegną sobie przez pola śniegu ;-) Droga staje się bardziej stroma, para 40-latków trenujących biegi zupełnie na to nie zważa i, utrzymując stałe tempo, znika za przełęczą.
Na wysokości 350 metrów n.p.m. znajduje się Nedrevatnet – jedno z kilku jezior gromadzących pitną wodę. Stąd widoczne wszędzie zakazy biwakowania w okolicy a nad samą wodą – zakazy kąpieli. No... Polak by z pewnością nie wskoczył do tej lodowatej wody, ale oni tam? Przyzwyczajeni do tarzania się w śniegu po saunie?! Ten lipcowy dzień musi być dla nich tropikiem ;-) Notabene, za każdym razem, gdy byłem za kołem polarnym w lipcu były zaskakujące upały: W Kemijärvi mieliśmy opalanie na miejskiej plaży, w Murmańsku – umierałem z pragnienia.
Przy kolejnym jeziorku (Svarthammarvatnet) czeka mnie przeprawa przez wypływający zeń strumień. Niby trzeba tylko zrobić jeden ponadmetrowy krok, ale równie dobrze można się poślizgnąć lądując w skłębionym nurcie i przysparzając rozrywki innym turystom ;-) Dalej zaczyna się większa stromizna; pola śniegu przeplatają się z błotnistym terenem. Zasadniczo jednak nie ma ryzyka upadku i zjazdu. Szlak mija zamarznięte jezioro Amundvatnet (450 m n.p.m.) i odbija w lewo. Przede mną a właściwie ponade mną wznosi się Kjølen. Tyle, że biała kopula tak jakby wcale się nie zbliżyła do mnie. Ugh! Na rozległym polu śniegu coś się rusza. Mam szczęście! Dwa renifery wyżerają coś spod śniegu, czujnie się rozglądają i znów pochylają głowy. Że też chciało się im tak wysoko zapychać! Cieszę się, że znów udało mi się spotkać te piękne zwierzęta w naturze. Raz było to w Szwecji, drugi raz w Mongolii.
Na półtora kilometra przed szczytem szlak skręca na zachód, biegnie początkowo po śniegu; tu łatwo się zgubić, jeśli innych turystów nie widać, gdyż ślady krzyżują się – każdy wybiera swoją drogę. W podejściu towarzyszy mi rodzinka norweska, którą sprytnie puszczam przodem. Kilkunastoletnie dziewczę idzie w bluzce z krótkim rękawkiem a przecież zimny wiatr smaga nas tak, że musimy iść pochyleni. Mrozoodporna czy co? Jeszcze kawałek pod górę i ostro w prawo. Ostatnia prosta do szczytu to odcinek po kamolach – podobnie jak w Polsce pokrytych porostem geograficznym. Pod budynkiem z kopułą radaru pogodowego ludzi nie ma – ukryli się między skałami lub zostali porwani przez UFO, trudno powiedzieć. Chociaż niebo się zachmurzyło godzinę wcześniej, to panorama ze szczytu jest fantastyczna. Na zachód ode mnie, oddzielony wodami Kaldfjorden wznosi się wysoko Store Blåmann w otoczeniu niższych szczytów. Po przeciwnej stronie, na wschodzie – widok na Tromsø a dalej – już na stałym lądzie – ponury szczyt Tromsdalstinden (1238 m n.p.m.). Nie muszę dodawać, że na północy i na południu też wszędzie góry 😊 Jest super, ale ze względu na wicher nie zatrzymuję się tu długo. Z mojej mapki Maps.Me wynika, że szlak idzie dalej, na północny wschód. A że nie lubię wracać tą samą drogą, ruszam słabo widoczną – ale też markowaną na czerwono – ścieżką. Wiatr wiejący w plecy nie pozwala na zwolnienie tempa. W miarę możności – starając się nie zlecieć na łeb na szyję – szybko schodzę ku bardziej zacisznemu miejscu. Na tej trasie również spotykam sporo Norwegów, także takich, którzy dopiero wchodzą w górę, chociaż już jest po 16:00. Ale to dla nich nie problem, można iść za dnia do północy ;-)
Zrobiło się przyjemnie. Wciąż idę na północny wschód. Kamieniste zbocza ustąpiły trawiasto-krzewinkowym połaciom. W Muzeum Krajoznawczym w Murmańsku uczyłem się kiedyś rodzajów tundry. W zależności od rodzaju i wysokości roślin były to: лесотундра, кустарничковая тундра, кустарниковая тундра, каменистая-лишайниковая тундра. Tu mam do czynienia z tundrą krzewinkową. Na ogół roślinki są niewysokie, kilkucentymetrowe. Rosną powoli, a z tego co wiem, potrafią podzielić swoje owocowanie na dwa lata: najpierw tworzą pąk kwiatowy a zakwitają i wydają owoce dopiero po przezimowaniu pod śniegiem. Nie potrafię nazwać tych wszystkich krzewinek, ale widzę tu żółte kwiaty rozchodnika ostrego (Sedum acre L.), różenieca górskiego (Rhodiola rosea L.) – tych samych co w Polsce, kwitnącą na biało jednoroczną Koenigia islandica L. oraz mikroskopijną płożącą się wierzbę zielną (Salix herbacea). Wśród wyższych roślin spotykam wiązówkę błotną (Filipendula ulmaria) z białymi wiechami, wierzbówkę kiprzycę (Epilobium angustifolium) z różowymi kwiatami zebranymi w grona i marunę nadmorską (Tripleurospermum maritimum) jako żywo przypominającą rumianek. W zagłębieniach terenu trafiają się niewielkie, dziesięcio- może dwudziestometrowe oczka wodne zarośnięte hydrofitami. Są urocze.
Zostawiłem po prawej stronie wierzchołek Mannhaudalsfjellet (617 m n.p.m.), mijam właśnie nieco niższy Stortuva (594 m n.p.m.). Przede mną szeroka dolina. Jak okiem sięgnąć, rozciąga się pagórkowaty, usłany szarymi głazami i porośnięty soczysto zieloną trawą, teren. Tylko gdzieniegdzie leżą białe płaty śniegu szybko topniejące w ostatnich dniach. Woda sączy się z nich do licznych jezior wypełniających niecki. Tych jezior i stawów jest kilkanaście, tworzą przepiękną scenerię. A wszystko to obramowane na horyzoncie biało-szarymi szczytami i ozdobione białymi obłokami leniwie przemieszczającymi się po błękitnym niebie. Strasznie się cieszę, że tu przyjechałem.
Przy kolejnym strumieniu zabawna scenka. Dwie panienki idące z przeciwka szukają przejścia po kamieniach. Jednej – bardziej zgrabnej lub bardziej długonogiej – udaje się przejść suchą stopą, druga z rezygnacją włazi w butach do wody ;-) Po drugiej stronie strumienia rozsiadam się na słoneczku i kontemplując górskie widoki wcinam polski kabanos. Przestaję się spieszyć; szlak, którym idę, kończy się przy drodze asfaltowej jakieś dwie godziny dalej, a ja przecież zamierzam zostać na nocleg w górach. Czas poświęcam na fotografowanie kwiatuszków i obserwację chmur. Jeszcze dwie godziny temu pogoda była niepewna, teraz trochę się przejaśniło i nie spodziewam się deszczu.
Czuję lekkie zmęczenie. Oglądam się za siebie – wciąż widać wierzchołek Kjølen. Wyobrażam sobie, że jestem cały czas widoczny z tamtego miejsca – ot, taka mróweczka mozolnie idąca przez trawę. Może pora zaszyć się w jakiejś norce? Mijam podłużne jezioro z nachyloną nad nim kilkumetrową lodową ścianą. Cień góry rzucany na taflę wody sprawia, że miejsce wydaje się wyjątkowo ponure. A swoją drogą, ciekawe, jak bym się tu czuł w zimie, podczas długiej polarnej nocy? Muszę to kiedyś sprawdzić 😊. Na razie przystaję przy strumyczku wypływającym z ponurego stawu, fotografuję płożącą się wierzbę. Profilaktycznie biorę wodę do butelki – nie wiem, czy dalej będzie okazja. Wymijają mnie dwie młode Norweżki w kolorowych ciuchach. Zmierzają do parkingu oddalonego stąd o kilka kilometrów. Już niedługo będą u siebie w domu, wrócą do zwykłych swoich spraw. Trochę mi smutno.
Wyszukuję boczną ścieżkę w stronę wzgórza, za którym spodziewam się znaleźć odludne, płaskie i zaciszne miejsce. Miejscówka rzeczywiście jest spoko, za grzbietem znalazłem się w niewielkiej kotlince obok niewielkiego jeziorka. Jedyny problem, z którym wciąż muszę się zmagać, to wiatr, który nie ustaje. Na razie odpoczywam na karimacie z kapturem nasuniętym na głowę.
Od czasu do czasu widzę startujące z lotniska samoloty kierujące się na północ. Lecą pewnie do Alty lub na Spitsbergen. Te niewielkie samoloty są obsługiwane przez miejscowe linie lotnicze. 92 lata temu z Tromsø również wystartował samolot a właściwie latająca łódź – był to Latham 47 pilotowany przez Leifa Dietrichsona. Na pokładzie znajdował się również Roald Amundsen uczestniczący w akcji ratowniczej. Trzy godziny po starcie urwał się kontakt radiowy z maszyną znajdującą się gdzieś nad Wyspą Niedźwiedzią. Cóż: historia poznania Arktyki pełna jest takich tragicznych zdarzeń.
Około 20:00 mam dość i rozkładam namiot. Przy okazji: mój Vango Helix 200 Cactus jest dwójką z tropikiem a po zamianie szpilek aluminiowych na bambusowe – waży 1.65 kg. No i najdłuższe pręty mają 41 cm, co umożliwia spakowanie do bagażu podręcznego ;-) W oczekiwaniu na "nocną" sesję zdjęciową zachęcam chuchaniem i głaskaniem zdechłą komórkę do zmartwywstania. Pobudzana prądem jakieś konwulsyjne ruchy wykonywała. Nie tracę nadziei na cud ;-) Po północy wiatr jakby słabnie, robię sobie krótki spacerek na pobliskie wzniesienie, by uwiecznić aparatem panoramę okolicy z niebem w barwach czerwono-żółto-fioletowych. Mmm, paluszki lizać.