Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]
Dopołudniowe plażowanie | Choć było nie najtaniej, cieszę się z wyjazdu
Dziś zapowiada się ciąg dalszy plażowania – przynajmniej w godzinach porannych, bo potem przeważy rozsądek i będę namawiać do sprawnego powrotu do Salonik na lotnisko.
Pierwsze, co dostrzegam po przebudzeniu, to błękitne, czyste niebo i pomarańczowa tarcza słońca nad Zatoką Kasandryjską. Nastrajają mnie optymistycznie do tego stopnia, że najbliższą godzinę spędzamy jeszcze w łóżku.
– To był najlepszy nocleg w Grecji – stwierdzam przy śniadaniu podanym na tarasie.
Ostatnie godziny na wyjeździe spędzamy na plaży w centrum miasteczka. To trochę za dużo dla mnie, więc pod pozorem sprawdzenia godzin odjazdu idę się przejść po miejscowości. Kościółek Athanasios w Polychrono jest zamknięty, zresztą wygląda na nowy (1912) i nie należy spodziewać się w środku cudów. Ze sklepu spożywczego wynoszę nowe doświadczenia. W praktycznie pustym supermarkecie próbuję sam się obsłużyć wbijając kod do pomidorów na wadze. Przylatuje kobiecina i wrzeszczy na mnie.
– Nie trogaj! Ostaw wies. Kakije liudi!
Najbardziej zezłościło mnie, że odezwała się do mnie nie po angielsku czy grecku, lecz w swoim rodzimym języku.
Podróż na lotnisko w Salonikach odbywa się w trzech etapach. Najpierw autobusem na znajomy terminal KTEL Chalkidiki, potem miejskim autobusem nr 36 pod Ikeę, a dalej dwa przystanki autobusem nr 79 na lotnisko. Port lotniczy „Macedonia” sprawia wyrażenia niewielkiego w porównaniu z lotniskiem ateńskim. Renata zrzuca letnią sukienkę kupioną na Wyspach Zielonego Przylądka i zakłada sandały. Ja również zmieniam koszulkę na świeżą. Z niewielkim opóźnieniem lądujemy w Balicach.
Wypadałoby podsumować wyjazd. Był przede wszystkim krótki i to dawało się odczuć przez cały czas. Grecja oferuje tak dużo interesujących jeszcze dla mnie miejsc, że z chęcią tu jeszcze wrócę. Przede wszystkim na wyspy oraz do Epiru (Joanina). Z pewnych względów ten wyjazd miał charakter powtórkowy; odwiedziłem miejsca w większości znane mi sprzed lat. Przekonałem się, że czas zatarł mojej pamięci wiele z tamtych obrazów. Tak więc cieszę się, że przypomniałem sobie Akropol, Plakę i Delfy, a przede wszystkim lepiej poznałem Meteory.
Druga kwestia, którą akurat boleśnie odczuwałem, to wysokie ceny w Grecji. Wyjazd kosztował 1400 złotych, co jak dla mnie jest wyjątkowo dużo w przeliczeniu na dzień pobytu. Inaczej ocenia finansowo ten wyjazd Renata, ale ona jest przyzwyczajona do wysokich kosztów wyjazdów z biurem podróży. Niestety, wbrew pozorom, Grecja to spory kraj i w przeciwieństwie do "europejskiej" Madery, na której niewiele wydaliśmy na transport, tu, w Grecji kontynentalnej, koszty przejazdów autobusami sięgnęły prawie 500 zł na osobę. Tym bardziej więc teraz tęsknię za trampingowym wyjazdem do dalekiej Azji lub Ameryki Południowej, gdzie życie i podróżowanie jest tańsze. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku zorganizować większy wyjazd.