Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Udawane sumo | Kiedy zaczynam wracać...
Dziś powrót do domu. Autobus linii Simple Express mamy o 13:30, jest więc kilka godzin czasu na ostatni spacer ostatni po Pradze. Oglądamy występy grajków, zespołów poprzebieranych w historyczne stroje, zaglądamy znów do kilku kościołów. Jeszcze sesja fotograficzna na moście Karola. Do odjazdu autobusu zostały jeszcze dwie godziny, ale już nie mamy ochoty na dalsze szwendanie się po mieście.
Odpoczywamy w parku obserwując dość niecodzienne zawody czy też trening przed zawodami. Oto grupa młodych ludzi ubrała na siebie bardzo grube wdzianka wypełnione jakąś pianką, tak że ich ruchy są bardzo ograniczone. Stają naprzeciw siebie na rozłożonej na trawie macie i podejmują walkę niczym zawodnicy sumo. Rozpędzają się i atakują przeciwnika wielkimi brzuchami. Tu liczy się masa i umiejętność powalenie zawodnika na matę. Śmiechu jest przy tym co niemiara.
– To sumo dla chudych – stwierdza Sergiusz.
– Chciałbyś tak powalczyć?
– Niekoniecznie…
– No dobrze, czas się zbierać – mówię, sprawdzając godzinę.
Idziemy na piechotę na dworzec autobusowy Florenc. Na stanowisku czeka już grupa turystów z dużymi bagażami. Niektórzy jadą dużo dalej niż my – kurs jest do Wilna. Z niewielkim opóźnieniem wyjeżdżamy. Na drodze do granicy korki i roboty drogowe. Denerwuję się, czy zdążymy na czas. Z Wrocławia do Krakowa mamy bowiem jechać PolskimBusem o 19:00, będzie 50 minut na przesiadkę. A już jesteśmy spóźnieni.
Zazwyczaj podczas trampingów, czy ogólnie wyjazdów, jest tak, że w pewnym momencie, któregoś dnia zaczynam odczuwać, że wyjazd się kończy. Niekoniecznie jest to ostatni dzień, czasem to chwila, gdy jakiś ważny cel zostaje osiągnięty podczas wyjazdu. W górach sprawa jest prosta najczęściej ten punkt zwrotny to osiągnięcie szczytu. Podczas podróży do Chin tym punktem zwrotnym było dotarcie do Shanhaiguan. Od momentu, kiedy znalazłem się nad Morzem Żółtym, poczułem, że "wracam". Przekroczenie tego punktu zwrotnego oznacza zazwyczaj pewną utratę zainteresowania drogą, zmniejszenie atrakcyjności wyjazdu. Podczas trampingu po Peru i Boliwii punktem zwrotnym było dostanie się do Parku Narodowego Fauny Andyjskiej. A przecież w "drodze powrotnej" wydarzyło się jeszcze dużo fantastycznych sytuacji, choćby wizyta w Machu Picchu. Mam wrażenie, ze takie punkty łatwiej mi identyfikować podczas długich podróży.
Podczas tego trampingu „zacząłem wracać” przedwczoraj, gdy wjeżdżaliśmy do Czech. Nie spodziewałem się już zaskoczeń, niecodziennych atrakcji. Wszak w Pradze już byłem wcześniej. Tych kilkanaście dni wydaje mi się teraz szaleństwem, wariacką podróżą. Odwiedziliśmy 11 krajów, a niektóre nawet przez pomyłkę, jakby niechcąco. Ale cieszę się, że wszystko poszło sprawnie a przede wszystkim, że mogłem pokazać kolejny kawałek Europy Sergiuszowi. To mnie cieszy najbardziej. Odwiedziłem przy okazji trzy nowe dla mnie państwa: Irlandię, Luksemburg i Liechtenstein. W Europie zostało mi jeszcze sześć krajów! Ale na razie czeka mnie… Ameryka Południowa.
Przesiadka we Wrocławiu odbywa się, wbrew moim obawom, sprawnie i bezproblemowo. O 22:30 jestem w domu. Za parę godzin do pracy.