Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Przed katastrofą | | |
Dziś fatalny dzień. Chce mi się wyć! Nic nie jest w stanie ukoić mój ból po tej stracie. Próbuję sobie wszystko zracjonalizować, znaleźć dobre strony w tym wszystkim, na próżno. Mam zepsuty humor i nie wiem, czy się poprawi do końca wycieczki.
Zaczęło się normalnie. Pobudka przed 5:00, szybkie śniadanie: kanapki z żółtym serem i ketchupem. Musiałem jak zawsze trochę poutyskiwać na konieczność wyrzucenia wszystkiego z plecaka, by spakować namiot.
Na drodze jesteśmy o 6:45. Z rzadka przyjeżdżają samochody. A raczej przelatują z hukiem z ludźmi spieszącymi się do pracy.
– A niech to, co za zadupie! – jęczę.
Po 30 minutach hamuje przy nas samochód.
– Jedziesz do Cashel? – pytam.
– Wsiadajcie szybko!
Wskakujemy. Mężczyzna z piskiem opon rusza. Pędzimy po wąskiej krętej drodze.
– Chcecie zobaczyć zamek? Mogę was tam podrzucić, ale jeśli wolicie, zawiozę was do Kilkenny. Naradzam się szybko z Sergiuszem.
– Wiesz, dwa zamki są lepsze niż jeden!
– Okej – mówię do kierowcy – w moim przewodniku jest napisane, że zamek w Killarney jest najładniejszy w Irlandii, więc jedziemy tam.
Rozmawiamy o tym, co zwykle. O naszej trasie, wrażeniach z Irlandii.
– Pracujesz w Kilkenney? – pytam.
– Jestem pielęgniarzem, mam tam dodatkową pracę w szpitalu.
Irlandczyk ścina zakręty, wyprzedza na linii ciągłej, przekroczyliśmy już dawno dozwolone 100 kilometrów na godzinę. Zbliżamy się chwilami do 180.
– Brat wyjechał na wakacje, zostawił mi dom pod opiekę. I rano nie mogłem znaleźć kluczy – opowiada – teraz jestem spóźniony do pracy.