Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Cashel – Kilkenny – Durrow – Portlauise – Dublin

poniedziałek, 14 VII 2014


Przed katastrofą | | |


Dziś fatalny dzień. Chce mi się wyć! Nic nie jest w stanie ukoić mój ból po tej stracie. Próbuję sobie wszystko zracjonalizować, znaleźć dobre strony w tym wszystkim, na próżno. Mam zepsuty humor i nie wiem, czy się poprawi do końca wycieczki.

_________________

Zaczęło się normalnie. Pobudka przed 5:00, szybkie śniadanie: kanapki z żółtym serem i ketchupem. Musiałem jak zawsze trochę poutyskiwać na konieczność wyrzucenia wszystkiego z plecaka, by spakować namiot.

Na drodze jesteśmy o 6:45. Z rzadka przyjeżdżają samochody. A raczej przelatują z hukiem z ludźmi spieszącymi się do pracy.

– A niech to, co za zadupie! – jęczę.

Po 30 minutach hamuje przy nas samochód.

– Jedziesz do Cashel? – pytam.

– Wsiadajcie szybko!

Wskakujemy. Mężczyzna z piskiem opon rusza. Pędzimy po wąskiej krętej drodze.

– Chcecie zobaczyć zamek? Mogę was tam podrzucić, ale jeśli wolicie, zawiozę was do Kilkenny. Naradzam się szybko z Sergiuszem.

– Wiesz, dwa zamki są lepsze niż jeden!

– Okej – mówię do kierowcy – w moim przewodniku jest napisane, że zamek w Killarney jest najładniejszy w Irlandii, więc jedziemy tam.

Rozmawiamy o tym, co zwykle. O naszej trasie, wrażeniach z Irlandii.

– Pracujesz w Kilkenney? – pytam.

– Jestem pielęgniarzem, mam tam dodatkową pracę w szpitalu.

Irlandczyk ścina zakręty, wyprzedza na linii ciągłej, przekroczyliśmy już dawno dozwolone 100 kilometrów na godzinę. Zbliżamy się chwilami do 180.

– Brat wyjechał na wakacje, zostawił mi dom pod opiekę. I rano nie mogłem znaleźć kluczy – opowiada – teraz jestem spóźniony do pracy.

Nie jest łatwo

W dublinie


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej