Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Dublińskie kościoły i muzeum | Tracimy keczup | Po co jeździć na tramping? | Nocleg w dalekiej Szkocji
Dziś po południu lecimy do Szkocji. Mamy więc parę godzin, aby kontynuować zwiedzanie miasta. Spacer po stolicy Irlandii jest całkiem przyjemny. Odwiedzamy plac z kościołem [4231], obok znajduje się budynek sądu z figurą Temidy nad bramą. Zastanawiam się dlaczego nie ma przywiązanej chustą oczu. Najwyraźniej irlandzki system sprawiedliwości nie jest aż tak ślepy. Zaglądamy do kościoła [4255]. Jak inne świątynie w Irlandii jest dość skromnie wyposażony. Zwracają uwagę przede wszystkim witraże, jest też kilka rzeźbionych nagrobków. Obok niewielki kościółek [4279] wciśnięty między współczesnym bloki.
Idziemy przez park [....]. tu nowoczesna rzeźba przedstawiającą być może rodzinę z psem. Trudno powiedzieć.
Wstępujemy do muzeum [....] Zgromadzone tu zbiory obejmują złote artefakty, jest tu drewniane koło od wozu, trochę broni i zbiorów paleontologicznych. Generalnie Dublin podoba mi się. Może za sprawą licznych kanałów i kamiennych mostków.
– O której mamy samolot, przypomnij?
– O 17:00 z minutami – mówię rzucając okiem na kartę pokładową – to będzie krótki lot.
– A dlaczego nie wracamy promem?
– Sprawdzałem połączenie promowe. Były dość drogie, a samolot do Glasgow kosztował tylko kilkadziesiąt złotych. A co, nie lubisz latać?
– Lubię, dlaczego nie.
Autobus na lotnisko oddalone o 10 kilometrów kosztuje 3,05 euro. Odprawa przebiega bez problemów z wyjątkiem jednego incydentu: musimy oddać resztkę keczupu, który jest w półlitrowej butelce.
– No, trudno. Rozumiem, przepisy.
Szkoda gadać.
Lot nad Morzem Irlandzkim jest faktycznie krótki. Niewiele widzimy, gdyż mamy miejsca w przejściu. Ale wiem, że gdzieś tam w dole znajduje się wyspa Man, którą chętnie bym kiedyś odwiedził. Może będzie okazja, by zwiedzić i Man i pozostałe dwie dependencje brytyjskie: Jersey i Guernsey.
Lotnisko w Glasgow jest oddalone od miasta o 50 kilometrów. Właściwie zlokalizowane jest pod miastem Prestwick (stąd oznaczenie PIK). Wsiadamy do pociągu (1,9 GBP) i po 50 minutach jesteśmy na dworcu centralnym w Glasgow. Z miejsca dworzec mnie oczarowuje. A przynajmniej sprawia bardzo sympatyczne wrażenie. Dziewiętnastowieczne ze stalowymi konstrukcjami podtrzymujący mi szklane dachy oraz booking office informacja znajdują się w zabytkowym drewnianym budynku wybudowanym w XIX wieku w stylu edwardiańskim.
Wracamy na dworzec i odszukujemy stanowisko linii Megabus. Mamy kupione wcześniej bilety do Inverness, miasta daleko na północy Szkocji. Celem naszym będzie jednak jezioro Loch Ness. Ale to dopiero jutro! Jest chłodny wieczór, wracamy do budynku dworca. Autobus mamy dopiero o 21:00.
– Podoba ci się tramping? – pytam syna.
– No, tak!
Ciągle potrzebuję zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Że syn jest zadowolony. To jest, co prawda, nasz czwarty tramping, ale wciąż mam wrażenie, że Sergiusz wolałby jechać na all inclusive z mamą. Wiem, że wyjazd ze mną jest bardzo męczący, i nie pozwalam sobie na wszystkie możliwe atrakcje. Że warunki noclegowe są na granicy akceptowalności, a czasem poniżej. Nie mówiąc o posiłkach. Być może zbyt egocentrycznie patrzę na potrzeby innych. Ale pamiętam, że w jego wieku moim marzeniem, moją potrzebą były wędrówki po górach z namiotem, były wielodniowe trasy rowerowe. To o nich rozmyślałem przez cały rok szkolny. A potem stawały się najfajniejszymi wspomnieniami z dzieciństwa, z okresu młodzieńczego. To na tamtych wyjazdach uczyłem się samodzielności, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. I w końcu to na nich doświadczałem przygód i miłych chwil.
Chciałbym, by te nasze wyjazdy zaszczepiły w Sergiuszu ciekawość świata, potrzebę poznawania i doświadczania czegoś nowego. I kształtowały hart ducha 😉. Jak na razie nie jest źle. Sergiusz często zaskakuje mnie dorosłymi zachowaniami i dojrzałym podejściem. No, a 22 kraje w ciągu 4 lat to też niezły wynik!
Pierwszy odcinek drogi Megabusem kończy się w odległym o godzinę jazdy Perth – niegdysiejszej stolicy Szkocji. Wieczornego zwiedzania miasta nie będzie, autobus do Inverness, na który się przesiadamy, już czeka. Jeszcze dwie godziny jazdy. Pędzimy drogą krajową A9. Za oknem przelatują szkockie wioski z kamiennymi domami i czarne sylwetki odległych gór.
Na terminal autobusowy w Inverness zajeżdżamy już po północy. Trzeba poszukać miejsca do spania. Czyli w praktyce – wydostać się z centrum i znaleźć odpowiednie miejsce, by rozbić namiot. Przechodzimy przez most na rzece Ness i kierujemy się w stronę wylotówki na południe.
– Te krzaki będą ok – stwierdzamy.
– Poświecę ci – proponuje Sergiusz i zapala latarkę w komórce.
– Nie trzeba, oszczędzaj energię.
Rozkładamy szybko namiot i wskakujemy do środka. Mam nadzieję, że nie będzie padać.