Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Interesujący cmentarz | Agnieszka pozuje | W podwodnym świecie | Znów na autostopie
Nawet się wyspałem. Robię nam kawę, na śniadanie mamy resztę „europejskiego” pieczywa i konserwę. Dziś robimy wycieczkę do wschodniej części wyspy w okolice miasta Sainte-Anne. Znajduje się tam kilka znanych, atrakcyjnych plaży.
– Szukamy autobusu czy idziemy na stopa? Hmm, Agnieszko?
– Na stopa. Poczekaj, tylko wypalę.
Wychodzimy, zamykając dom na klucz i zostawiając go pod serwetką na stoliku na werandzie. Ruszamy w kierunku południowym.
– Tu będzie dobrze – mówię, gdy dochodzimy do prostego odcinka drogi.
– Będziesz machać? Ja zapalę.
Macham. Trzeci samochód zatrzymuje się, jest dobrze.
– Bon jour… – zaczynam.
– Bon jour. Où veux-tu aller? Je ne peux que t'emmener à Le Diamant.
– Sorry, I don’t speak Frencch. We are going to Marin.
– Oh, oui. I can take you only to Le Diamand…
Wsiadamy. Ciągle zastanawiam się, czy poradzę sobie bez francuskiego w Afryce Zachodniej. O ile tam kiedykolwiek pojadę. Jedziemy drogą wzdłuż wybrzeża, tę samą co wczoraj. Wysiadamy na rondzie przy drodze wylotowej na Marin.
– Merci beaucoup!
– Avoir un bon voyage.
Następną okazję łapie Agnieszka. Tym razem mamy dużo szczęścia, udaje się nam przejechać za jednym zamachem do Marin. Kierowca nas wysadza pod kościołem Saint-Etiene. To jakaś tam Église Saint-Étienne du Marinbudowla trzeba opis. Widząc z okna pobliski cmentarz (Cimetière du bourg du Marin) zachęcam Agnieszkę do odbycia krótkiego spaceru po nim.
– Popatrz, jakie dziwne tabliczki – pokazuję miniaturowe płyty nagrobne z nazwiskami i podobiznami zmarłych osób. Są ustawione po kilka na dużych grobowcach.
– Można w ten sposób oszczędzić na budowie nowych grobów – stwierdzamy zgodnie.
Przechodzimy obok mariny i zaglądamy na kryty bazar. Dużo tu owoców i ryb, a przede wszystkim szeroki wybór lokalnego napitku – aromatyzowanego rumu "Amour des Iles”. Robi się go, dodając do destylatu cukier lub syrop trzcinowy oraz sok z limonek, pomarańczy, kokosa lub brzoskwiń.
– Ja wolę zwykły rum – stwierdza Agnieszka – nie będziemy tego brać.
Ponownie ustawiamy się na wylotówce, zabiera nas emerytowana nauczycielka z Francji.
– Teraz tu mieszkam i dobrze mi się tu żyje. Z dala od wielkich miast – mówi – A wy co, w podróży poślubnej?
– Nie. Jeździmy czasem po świecie. Nie jesteśmy małżeństwem – śmieję się.
– Podrzucę was na plażę.
– Wielkie dzięki!
Plege des Salines jest długa, ale wąska. Zagajniki palmowe ciągną się wzdłuż wybrzeża, prawie dochodząc do wody. Zauważam, że wiele miejscowych rozłożyło się na trawie pomiędzy palmami i tu, w cieniu, spędzają czas piknikując i relaksując się. My na początek rzucamy się do wody. Agnieszka jest szczęśliwa, pływa i nurkuje. Widać, że jest w swoim żywiole. Dołączam do niej i tak spędzamy około godziny.
– Chodź, pójdziemy plażą – zachęca mnie Agnieszka, gdy wychodzę z wody – chcę zobaczyć jeszcze tę drugą plażę.
Idziemy początkowo brzegiem morza potem ulicą Point de Salines biegnącą pomiędzy morzem a płytkim jeziorem Etang de Salines. Pomiędzy nadmorskimi palmami widać już morze i piasek, skręcamy w prawo i oto przed nami plaża Grande Terre. Tu praktycznie nie ma ludzi, kąpie się zaledwie kilka osób. Idziemy dalej w kierunku wschodnim z morza wyrasta wysepka Iled Cabrids. Odchodzimy jeszcze z kilometr dalej, tu już zupełne pustkowie. Agnieszka czuje się swobodnie. Można powiedzieć wyjątkowo swobodnie. Robimy sesję fotograficzną, Agnieszka kładzie się na piasku, pozwala by ją fale oblewały pozuje i wygłupia się. Zbliża się jakiś plażowicz, lecz jego obecność w niczym nie zraża dziewczyny. Wchodzi na głębszą wodę i robi show „narodziny Wenus”. Później rozkładamy się w cieniu między drzewami.
W drodze powrotnej przechodzimy znów obok jeziora Etang de Salines. Chciałbym tam zaglądnąć.
– Zostań na chwilę – zwracam się do Agnieszki – tam pewno będzie błoto.
Faktycznie, brzeg jest błotnisty, zarośnięty drzewami mangrowymi. Liczyłem na to, że będzie tu jakiś ptactwo. Być może jest to zła pora dnia. Ponownie przechodzimy przez Plage de Saints. Jest godzina 13:00.
– Wracamy do domu? – pytam.
– No, co ty, tu obok jest jeszcze jedna plaża, Petit Anset de Saints, musimy ją zobaczyć!
Plaża oddalona jest o 200 metrów, zgodnie z nazwą jest kameralna, ale równie zatłoczona. W zatoczce woda jest ciepła, można powiedzieć, gorąca – zwłaszcza pomiędzy brzegiem a piaszczystą łachą. Agnieszka bierze maskę i fajkę, ja rozkładam się w cieniu pomiędzy krzakami. Chociaż woda tu płytka, ma metr, półtora metra głębokości, jest to dobre miejsce do snorkelowania. Agnieszka pływa pomiędzy fragmentami nieco zniszczonej rafy koralowej.
– Jak było? – pytam później.
– Bardzo dobrze – Agnieszka ściąga maskę i wyciera twarz bluzką. – Sam sprawdź! A ja się poopalam.
Teraz moja kolej. Biorę sprzęt i idę do wody. Faktycznie, wystarczy parę metrów od brzegu kucnąć, zanurzając się pod wodę, by zobaczyć drobne rybki kryjące się w zakamarkach rafy. Potem wypływam na głębsza wodę i oglądam falujące pode mną podwodne ogrody z alg.
Jest godzina 14:00 sam sprawdź dobra jest 14:00 słońce grzeje jak diabli.
– Wiesz, tu jest jeszcze jedna plaża. Może by tak … – zaczyna Agnieszka.
– Ależ oczywiście, pójdziemy…
No, widzę, że dziewczyna jest wielką fanką plaż. Na szczęście nie ma potrzeby leżenia plackiem na piasku, większość czasu spędzamy aktywnie. Plaża Anse Meunier jest dla odmiany jakby dziksza i zajęta zasadniczo przez naturystów. Fale tu są wysokie, może dlatego jest mniej kąpiących się. Ale mi wysokie fale pasują, jak najbardziej! Ściągam znów koszulkę i spodnie i rzucam się do wody. Ustawiam się w miejscu, gdzie woda sięga mi po pierś i czekam na zbliżające się fale. W odpowiednim momencie nurkuję i przy dnie przepływam parę metrów czekając aż fala przewali się nade mną. Lubię tę zabawę. Potem, wyskakując z wody, potrząsam mocno głową, by pozbyć się wody z uszu.
Przed 15:00 nieodwołalnie zarządzam odwrót.
– Najlepiej, jeśli do Sainte-Anne przejdziemy brzegiem – mówię patrząc na mapę w komórce.
Dróżka prowadzi przez las mangrowy. Agnieszka po raz pierwszy widzi korzonki mangrowców wystające z miękkiej rozmokniętej ziemi. Na rozlewiskach w głębi lądu spotykamy trochę ptactwa, głównie są to czaple.
W drodze powrotnej znów stopujemy i po dwóch godzinach jesteśmy w Anse d'Arlet. Kupujemy jeszcze w markecie zapas wody na jutro, makaron i sos pomidorowy.
– Zrobię dziś spaghetti – zapowiadam.
W domu czeka na nas już host. Siedzi na werandzie przy laptopie, robi jakieś rachunki czy z kimś koresponduje.
– Jak było? Zadowoleni jesteście? – pyta i nie czekając na odpowiedź wraca do swoich zajęć.
Agnieszka zostaje w salonie, bawi się z kotem. Ja idę do mikroskopijnej, zagraconej niemiłosiernie kuchni. Przygotowuję kolację i herbatę. To był udany dzień.