Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Miri – Niah NP

piątek, 6 II 2015


Jedziemy do parku narodowego | Nasz bungalow | Piątek, czas na modlitwę! | W dżungli | | | | | | | |


[opis początku dnia]

Gdy nasz "taksówkarz" podwozi nas przed bramą parku narodowego, daję mu, jak zwykle, widokówkę z podziękowaniem.

– Jutro będę jechać do Miri, daj mi numer komórki – mówi i wciska mi wizytówkę – zadzwońcie rano.

– Dobrze, dziękuję – odpowiadam, choć wątpię, abyśmy skorzystali z oferty.

Daję mu umówioną kwotę oglądając skrzywioną minę gościa. Żegnamy się.

Już z drogi widać drewniane bungalowy, w których szukać będziemy noclegu. Mam nadzieję, że będą wolne miejsca a cena znośna. Ale najpierw wstępujemy do kasy parku położonej tuż przy w kompleksie bungalowów po prawej stronie. Czarno odziana muzułmanka za kontuarem mówi dobrze po angielsku i wszystko tłumaczy.

– Wstęp ... ringgitów. Musicie jeszcze zapłacić za łódkę, która was przywiezie na drugi brzeg rzeki. To tylko 1 ringgit od osoby.

– O której jest ostatni kurs powrotny – pytam, by zapobiec ewentualnym komplikacjom.

– Park otwarty jest do 18:00.

– Chcemy tu pozostać jedną noc.

Malezyjka wyciąga cennik.

– Jedna osoba 21 ringgitów, dwie osoby – 42 ringgity. Proszę wypełnić formularz.

– Można tu coś zjeść?

– Jest kantyna, jeśli chcecie zjeść coś wieczorem – to trzeba tam teraz pójść i zamówić. Dziś ruch jest mały.

Bungalowy podobają mi się. Są w nich po cztery olbrzymie pokoje, wspólna kuchnia, hol z fotelami i werandą! Klimy brak, ale to nieistotne. Tradycyjnie robimy sobie kawę i herbatę i idziemy na spacer do parku narodowego.

– Zacznijmy od muzeum, bo jest tylko do 16:00 – mówię.

Muzeum jest ponoć niewielkie, ale interesujące, bo pokazuje dzieje człowieka na Borneo. Położona jest już po drugiej stronie rzeczki, którą i tak musimy przepłynąć łódką, by dostać się do jaskiń. I to zgrzyt.

– Muzeum jest zamknięte – stwierdza Malezyjczyk sprawdzający bilety.

– A to dlaczego?! – oburzam się – przyjechaliśmy tu specjalnie, by je zobaczyć.

Wygląda na to, że gość, który pilnuje muzeum poszedł sobie do domu na obiad i nie zamierza wracać. Nie dziwię się, bo według listy zwiedzających dziś było zaledwie 8 turystów.

– Jeśli nie wejdziemy do muzeum teraz, to nie wyjdziemy w ogóle – tłumaczę po angielsku Cecile, tak by i Malezyjczyk przejął się tym – jest zamykane o 16:00 a z jaskini wrócimy koło 17:30, tuż przed ostatnim kursem łódki.

Mężczyzna zgadza się ze mną i dzwoni po gościa. Po 20 minutach sytuacja jest patowa: nie pomaga też interwencja w recepcji – facet nie odbiera telefonu. Trudno. Ruszamy dalej, najważniejsza jest jaskinia! Wsiadamy do łódki obsługiwanej przez znudzonego gościa i po dwóch minutach jesteśmy na drugim brzegu. Płaci się przy powrotnym kursie. Muzeum znajduje się w starych budynkach skrytych zielonej gęstwinie. Drewniane ściany i płotki, kryty współczesnym gontem dachy – bardzo mi się to wszystko podoba. Na drzwiach karteczka "Sorry, piątek czas na modlitwę". No, ja nie mogę! Ale – nieważne! Ruszamy betonową dróżką.

– Cóż za wygoda! – komentuję z przekąsem.

Przyroda jest oszałamiająca. Gęsta, soczysta.

[opis dżungli i jaskini]

[opis wioski]

[opis wieczoru]

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej