Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Polonia brazylijska | Brazylia jest droga! | Przejazd przez tropikalny las | Piękne kwiaty w dżungli | Małgosia chce pogadać | Nocna akcja brygady antynarkotykowej
Kurytyba! Miasto, które od dawna mnie ciekawiło, nie tylko ze względu na interesującą nazwę, której etymologii nie chciało mi się wcześniej sprawdzać*/, ale również ze względu na istniejącą tu od dawna Polonią brazylijską. Wiadomo, że na przełomie XIX i XX wieku, ale także w okresie międzywojennym do Brazylii wyjeżdżało sporo Polaków. Poszukiwacze pracy i lepszego życia osiedlali się między innymi w Kurytybie. Z tego powodu miasto nosi czasem miano „Chicago Ameryki Południowej”. Ta emigracja dotyczyła również innych europejskich nacji, między innymi Niemców, którzy licznie wyjeżdżali i zakładali nawet miasta. Obecnie ludności pochodzenia niemieckiego jest w Brazylii ponad trzy miliony, podczas gdy do polskich korzeni przyznaje się zaledwie 300 000. Oczywiście, nie jest i nie było moim zamiarem oczekiwać spotkań z przedstawicielami Polonii, ale gdybym natrafił tu na jakiegoś ziomala, to z pewnością byłoby to interesujące wydarzenie.
Rzeczywistym powodem, czy też argumentem, by się tu zatrzymać, było to, że miasto jest naturalnym przystankiem w drodze do Iguazu Falls. A ponadto chcemy posmakować jutro południowoamerykańskiej dżungli, wybierając się koleją do miejscowości Moretes kilkadziesiąt kilometrów od Kurytyby.
Jest godzina 6:00, gdy zaspani wysiadamy z autobusu na dworcu. Naszym głównym zadaniem będzie teraz organizacja wyjazdu do Moretes na wycieczkę. W Kurytybie nie zamierzamy nocować, aby więc nie męczyć się z bagażami przez cały dzień, szukamy przechowalni bagażu. Dworzec oferuje jedynie samoobsługowe skrytki bagażowe. W porządku, tylko nie mamy żetonów do obsługi skrytek.
– Poczekajcie – mówię do dziewczyn i idę do policjanta. Sądząc po jego minie, strasznie się nudzi na dworcu.
– Słuchaj – zwracam się do policjanta po polsku – wiesz, stąd się bierze żetony?
Policjant, znający język polski równie dobrze jak angielski, daje się zaciągnąć do przechowalni bagażu.
– A! – kiwa głową i dalej już trajkocze po portugalsku.
Teraz daję się poprowadzić do baru, gdzie panienka wydaje żetony po 6 BRL. Czas do otwarcia dworca kolejowego (o 7:00) skracamy sobie, przyrządzając śniadanie na ławce na skwerku. Bułki z serem żółtym i pomidorami. Może skromne, ale wystarczy!
Wraca Gosia z ulotką z cenami za kolejkę do Morretes.
– 72 reale.
Jestem zły, podobnie jak Małgosia, która nie spodziewała się tylu wydatków. Wygląda na to, że za obejrzenie lasu tropikalnego z okna pociągu przyjdzie mi zapłacić ponad 100 zł (bo przecież trzeba jeszcze wrócić). Zgrzytam zębami.
– Gdybym wiedział, że to będzie tyle kosztować, pojechałbym z Sao Paulo bezpośrednio do wodospadów – mruczę.
Teraz jednak za późno. Można, co prawda, najpierw pojechać autobusem do Morretes i wracać za 50 reali pociągiem, ale nie wiemy, o której są autobusy. A poza tym wieczorem o 18:00 będzie ciemno w lesie. Niestety pogoda dziś jest pochmurna, dzień ponury, zdjęcia będą kiepskiej jakości.
Ale to nie koniec przykrych wydatków. Musimy jeszcze kupić bilety na nocny autobus do wodospadów. 143 reale od osoby!
Podsumowałem dzisiejsze wydatki i jestem podłamany: 700 zł za dwie osoby! Dwa-trzy razy więcej niż zakładany budżet dzienny. Brazylia jest przerażająca droga! Wszystko przez te długie przejazdy. Odbywają się, co prawda, w wygodnych lub nawet luksusowych warunkach, al jednak te ceny są bardzo zawyżone: półtorej godziny jazdy – 22 zł; 9 godzin jazdy – 200 złotych! Przecież w Polsce przejazd kosztuje dużo taniej: dwie godziny – 15 zł; 10 godzin jazdy – 70 zł! Łezka kręci się w oku na wspomnienie Iranu, kiedy to 1000-kilometrową trasę pokonywało się za 10 dolarów. Wychodzi na to, że brazylijska połowa trampingu zamknie się kwota 1000 USD na dwie osoby, czyli ponad 1500 złotych od osoby. Mam nadzieję, że w drugiej części nie wydamy więcej niż 1000 zł na osobę. W ten sposób całość wraz z 9 lotami zamknęłaby się kwotą 4750 zł. Ale dość marudzenia o pieniądzach! Bilety do Iguasu Falls kupione, bilety do Morretes też, wsiadamy więc do pociągu i jedziemy.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu linia kolejowa była głównym sposobem dotarcia do Morretes i dalej na wybrzeże, do Paranaguá. Szlak kolejowy pozwalał na transport drewna pozyskiwanego w dżungli oraz innych materiałów, a także zaopatrzenie miejscowości na wschód od Kurytyby. Linię kolejową poprowadzono zasadniczo dolinami rzek, lecz urozmaicona rzeźba terenu wymusiła konieczność budowy wielu wiaduktów, estakad i tuneli. Współcześnie kolejka jest głównie atrakcją turystyczną, aczkolwiek wciąż służy do transportu surowców. I taka właśnie podróż przez malownicze tereny stanu Parana nas czeka. Jak zwykle bywa przy takich atrakcjach pociąg nie jest zbyt nowoczesny, wagony są może z lat 60. ubiegłego wieku. Jechać będziemy powoli, także ze względu na liczne zakręty.
Już za miastem pojawiają się ciekawe, atrakcyjne dla mnie widoki. Coraz częściej pojawiają się samotne lub rosnące większych grupach araukarie (Araucaria angustifolia). Ich parasolowate korony górują ponad otoczeniem. Nieco przypominają sosny, co znajduje odzwierciedlenie w popularnych nazwach tego drzewa w różnych językach (pinheiro do–parana, parana pine). W rzeczywistości drzewa te nie mają wiele wspólnego z sosnami; należą do rodziny araukariowatych (sosna – do sosnowatych). Te parasolowate araukarie, do których pasuje angielska nazwa candelabra tree, różnią się wyraźnie pokrojem od araukarii strzelistej (Araucaria columnaris), którą zobaczyć można na przykład na Goa (Indie) i araukarii wyniosłej (Araucaria heterophylla), występującej także w południowej Europie lub araukari chilijskiej (Araucaria araucana) o bardziej zaokrąglonej koronie z charakterystycznymi "kitkami" na końcach bezlistnych gałęzi, którą spotykałem już w Peru. O jakim jednak bym gatunku tych drzew nie myślał, to i tak bardzo mi się podobają. I cieszę się, że spotkałem tutejszą araukarię - zwłaszcza że występuje tylko tu na południu Brazylii i w Urugwaju.
Wkrótce krajobraz się zmienia. Linia kolejowa wjeżdża w doliną rzeczki, pojawiają się olbrzymie drzewa porośnięte jasnozielonymi i bordowymi epifitami, których pióropusze tak przyciągają wzrok. Wiele drzew porośniętych jest powojami, które nie tylko całkowicie zasłaniają pień, ale czasem pokrywają całą koronę drzewa. Wiele z tych "ofiar" bluszczy pousychało i teraz nagie, bezlistne pnie sterczą wysoko ponad dżunglę. Dolne partie lasu tworzą nieprzebytą gęstwinę. Wśród tej bujnej roślinności dostrzegam gigantyczne paprocie drzewiaste. Na bardziej odsłoniętych przestrzeniach, zwłaszcza przy torze kolejowym, częste są bananowce rosnące w otoczeniu dzikiego imbiru i sagowców (Cycas). Widzę tu również młode papaje, jeszcze bez owoców, wiele paproci i innych nieznanych mi z nazwy gatunków krzewów. Czasem, wysoko ponad las, wybija się pióropusz palmy.
Poruszamy się z umiarkowaną prędkością, zwalniamy na niektórych odcinkach do prędkości rowerzysty. Wówczas staram się sfotografować co ciekawsze rośliny. Niestety, niebo jest zachmurzone, co wydłuża czas działania migawki i generalnie psuje jakość zdjęć. Z każdą chwilą pejzaże są coraz wspanialsze. Linia kolejowa trawersuje zbocza i wówczas odsłaniają się widoki na odległe góry i doliny z niekończącymi się lasami pokrytymi delikatnymi zasłonami porannych mgieł. Gdy zwalniamy na wiaduktach wybudowanych ponad leżącymi nisko w dole strumieniami lub przyjeżdżamy po wyeksponowanych nad doliną podporach, pasażerowie rzucają się do okien. Linia kolejowa, jak wspomniałem, służyła przede wszystkim do transportu drewno i w związku z tym ma szereg rozwidleń. Zatrzymujemy się czasem na małych stacyjkach, a niekiedy widzimy poprowadzone wysoko między drzewami wiadukty na odgałęzieniach głównej linii. Te stalowe konstrukcje sprzed lat są ciągle narażone na niszczenie w tym klimacie, nie dziwi więc nas obecność ekip remontowych, które w czerwonych koszulkach i szarych kaskach naprawiają tory kolejowe i karczują rośliny na nasypach.
Jedna z tych kameralnych stacji – Estação Marumbi – jest bazą wypadową w okoliczne góry. Masyw Marumbi położony na południe od stacji jest sercem Serra do Mar – 1500-kilometrowego pasma górskiego leżącego na południowo-wschodnim krańcu Wyżyny Brazylijskiej. Niestety, nie dostrzegam najwyższego w masywie szczytu Olimpio (1539 m n.p.m.). Ale najbliższe szczyty są bardzo fotogeniczne: wrażenie robią pionowe, wielosetmetrowej wysokości gnejsowe ściany. Skały są częściowo odsłonięte, ale w wielu miejscach jakimś cudem zakotwiczyły się krzewy lub drzewa. Ze skał, w jednym i drugim miejscu, spływają bezgłośnie wodospady. Nisko, w głębi dżungli spływająca woda tworzy sieć potoków i rzeczek. Z pewnością budowa linii kolejowej w 1879 roku była wyzwaniem. Dziś teren wokół stanowi Parque Estadual Pico do Marumbi i jest popularnym celem trekkingów. Och, gdybym miał więcej czasu…!
Wysiadamy. Chociaż droga była naprawdę malownicza, to wciąż „boli” mnie wysoki koszty biletów. Ale nie, nie żałuję. Co robimy dalej, to kolejne pytanie. Wracać będziemy autobusem, mamy parę godzin czasu. Dziewczyny optują za spacerem po miasteczku.
– I w ogóle chcemy coś zjeść – wyjaśniają.
– I odpocząć – dodaje Gosia.
Ja mam jednak uczucie niedosytu. Przejazd pociągiem przez las tropikalny to nie to samo, co wędrówka przez dżunglę. Takie samo uczucie niedosytu miałem, jadąc przez kilka dni pociągiem transsyberyjskim i oglądając niekończącą się tajgę. Jakże wtedy chciałem po niej pochodzić!
– Ja bym wolał iść do lasu, pooglądać przyrodę z bliska – mówię do dziewczyn.
– Ja odpadam, boli mnie noga – stwierdza Monika.
– Idź sam – ucina Małgosia, w którą przez chwilę się intensywnie wpatruję.
– To do zobaczenia, wracam za dwie godziny. Chyba się w Morretes odnajdziemy.
Morretes z miejsca nasuwa mi skojarzenie z miastem-kwiatów. A to za sprawą powszechnych tutaj kwietników, rabatek i ogrodów z oryginalnymi, egzotycznymi kwiatami. Rosną tu skrzydłokwiaty, alpinie zwyczajne (Alpina zerumbet) z długimi, 30-centymetrowymi kwiatami zebranymi w przewieszone grona, soczyste bromelie, filodendrony na bordowych łodygach, kwitną "niebieskie imbiry" (właśc. Dichorisandra thyrsiflora), na czerwono kwitną drzewiaste hibiskusy (Malvaviscus arboreus), zachwycają zielono-fioletowymi liśćmi kordyliny krzewiaste z rodziny szparagowatych (Cordyline fruticosa). Zielenią się sanchezje z liśćmi ozdobionymi białymi nitkami, a z niewielkich bananowców zwyczajnych wyrastają bladofioletowe kwiaty z żółtymi pręcikami. Spotykam też czerwone anturium z nieprzyzwoicie sterczącym w górę kwiatostanem, a także kwitnące palmy z rodzaju Archontophoenix. Wśród krzewów dostrzegam koralodrzewa, czyli erytrynę (Erythrina americana), którego niezwykle piękne ciemnoczerwone kwiaty, która tak zawsze mnie zachwycały w krajach Azji Południowej. A obok pozornie skromny, ale przecież piękny biały kwiat hedychium, czyli wianecznika. Gatunek, którego tu rośnie to Hedichium coronarium częściej spotykany w Azji. Bliskiego kuzyna tej rośliny, Hedichium gardnerianum spotkam kiedyś na Azorach. Jego kwiaty, układające się w piramidalne kłosy, mają postać lejkowatych kwiatów, z których wyrastają piękne, ciemnoczerwone długie pylniki. Notabene jest on zaliczany do najbardziej inwazyjnych gatunków na świecie. Piękne są również czerwono-żółte kwiaty klonika pokojowego (Abutilon pictum) zwany z racji dzwonowatego kształtu chińską latarnią. Kwiaty tej rośliny przyciągają pszczoły i kolibry, muszą się nieźle namęczyć spijając nektar z dzwonków zwisających ku dołowi. A obok – przepiękne orchidee! I chociaż różne gatunki storczyków są powszechne w Brazylii, to przecież nie sposób nie zachwycać się liliowo-fioletową arundiną (Arundina graminifolia); roślina zwana jest czasem bambusowym orchideą z racji trzcinopodobnej łodygi.
Droga, którą idę wyprowadza mnie z miasteczka. Ruchu tutaj praktycznie nie ma, asfalt jest lichy, droga ma ze 4 metry szerokości. Z miejsca otacza mnie tropikalna przyroda. Wypatruję ścieżki skręcającej w dżunglę. Roślinność jest tu tak bujna, że nie sposób byłoby się przedzierać przez gęstwinę. Ponadto wzdłuż drogi płyną strumienie rozlewające się czasem na większej powierzchni i tworząc grzęzawiska. Widzę dużą różnicą między tym lasem tropikalnym a lasem deszczowym, po którym chodziłem z Kamilą wiosną tego roku. W Kostaryce rosły olbrzymie drzewa i generalnie było więcej przestrzeni w dolnych partiach lasu. Tu drzewa są niższe, ale bardziej zwarte, a podszyt tworzy gęstwinę z krzewów, wysokich trawi lian. No i ta wilgotność! Las deszczowy (mglisty) w Kostaryce był przesycony wilgocią, tu natomiast jest względnie sucho. Liście przy drodze pokrywa wielodniowy pył z drogi. Najwyraźniej nie padało dłużej, może od tygodnia.
W pewnym momencie dostrzegam w gęstwinie coś kolorowego. To pomarańczowe i białe kwiaty. Przeskakują więc przez rów i starając się uniknąć przemoczenia butów, zagłębiam się w las, by z bliska zrobić zdjęcia. Podobne kwiaty widziałem już w Peru i w Ameryce Środkowej. Są koloru różowo-fioletowego, tworzą masywną „kolbę” wyrastającą z pęku soczystozielonych mięsistych liści. Nie mogę sobie przypomnieć nazwy tej rośliny… Aa! To przecież bromelia. O ile się nie mylę teraz – Quesnelia testudo. Kwiatów jest tu więcej, i tak, jak przy innych okazjach, stwierdzam, że dominującymi kolorami kwiatów są biel, żółć i czerwień. Przedzieram się dalej przez zieleń, by dojść do kwitnącego bananowca. Jego czerwono-żółte olbrzymie kwiaty na długim pędzie przypominają kolorystyką i kształtem kwiaty helikonii.
Zatrzymuję się na chwilę. Nie słychać ptaków ani nawet szumu liści. Tu, w głębi dżungli, nie czuć żadnego powiewu wiatru. Przyglądam się drzewom, ale znów czuję się bezradny w kwestii oznaczenie gatunków. Prócz wspomnianych bananowców rosną między innymi eukaliptusy z rodzaju Angophora. Kwitną teraz a ich kremowe postrzępione kwiaty są gęsto upakowane na gałązkach. Kątem oka zobaczyłem ruch wśród zieleni. Na liściu przysiadł na moment zmęczony motyl. Ma czarne skrzydła, przy czym pierwsza ich para ma białą plamę i czerwoną niewielką kropkę. Druga para skrzydeł jest niezwykła: wąska, wydłużona i skręcona jak wysuszony liść wierzby. Jakże piękny jest on! Piszę „on”, gdyż samiczki tego gatunku – Syrmatia nyx – mają na drugiej parze skrzydeł dodatkowy biały pasek. No cóż! Entomologia nie jest moją pasją, ale zawsze zachwycam się spotkanymi owadami.
Powoli wycofuję się na drogę. Przystają na chwilę przy gigantycznym krzaku filodendrona. Ma ze dwa metry wysokości; z grubego „pnia” wyrasta pióropusz liści. To filodendron podwójnie pierzasty (Philodendron bipinnatifidum), zwany tu guaimbê lub banana-de-macaco. Po chwili znów mnie coś zatrzymuje. Storczyk, a jakże! Ma żółte kwiaty z brązowymi cętkami u nasady. Płatki przypominają motyla, więc bez wątpienia jest to jeden z motylników. Jednakże rodzaj Oncidium liczy sobie ponad 300 gatunków, trudno mi więc zidentyfikować tę konkretną roślinę. Całkiem możliwe, że znalazłem Oncidium flexuosum, ale zakładać się nie będę. Najfajniejsze dla mnie jest to, że kwiatek rośnie przy drodze, niepozornie, niczym chwast. Przy kolejnym „znalezisku” poddaję się: z niewysokiego drzewa zwisają zielone strąki przypominające polską fasolę szparagową. I chociaż długo po powrocie będę sprawdzać, co to za gatunek – nie dowiem się. Trudno. Natomiast jasnozielone „porosty” zwisające z drzew rozpoznaję bez trudu. To „broda Proroka” zwana również „hiszpańskim porostem” (Spanish moss). Widziałem te rośliny w Peru, w Dolinie Colca, ale wówczas nie znałem polskiej nazwy: oplątwa brodaczkowa (Tillandsia usneoides L.). I teraz wiem, że należy do bromeliowatych!
Zbliżam się do pierwszych domów w Morretes. Na podwórku bawią się dzieciaki. Ubrane są… normalnie. Polskie dzieci też by włożyły podobne koszulki, spodenki czy sandały. Ale domy…! Szkoda gadać. To drewniane lub zbudowane z pustaków baraki kryte eternitem. W oknach szyb brak, są za to kraty. Otoczenie zapuszczone, zaśmiecone. Przykry widok. Ale… jednego im zazdroszczę: pięknej przyrody. O! właśnie przeleciał między drzewami koliber. Nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Usłyszałem tylko głośne frrrr! Ruszam w pogoń za nim z wyciągniętym przed siebie aparatem. Słyszę za sobą śmiech dzieci. Gringo nie widział ptaka! Koliber odciąga mnie w stronę lasu. Chowa się wśród liści i frrr! Leci do następnego drzewa. Siada wreszcie na cienkiej gałązce. Fotografuję go w maksymalnym zbliżeniu. Odwrócił się do mnie tyłem, niewychowany. Ale mam go! Zielone skrzydła, czarny ogon, błękitna plamka na głowie. I cienki długi dzióbek. Ani chybi widłogonek fioletowoczelny (Thalurania glaucopis).
Minęła zaledwie godzina. W drodze powrotnej do miasteczka wstępują na miejscowy cmentarz. Zawsze to robię. Cmentarz jest niby zwyczajny, współczesny ale I Rosji zadbany na większości ustawiono naturalny lub sztuczny kwiaty, mnie jednak bardziej interesują różne ozdobne krzyże i figurki ustawione na miejscu ostatniego spoczynku mieszkańców Morretes. Odczytuję portugalskie napisy na płytach nagrobnych i fotografuję marmurowe aniołki. Później, wychodząc, dostrzegam przy bramie kupę śmieci, a wśród resztek wieńców i zniczy – ułamaną figurkę aniołka. Ma 15 centymetrów wysokości i wykonana jest z zaprawy murarskiej. Biorą ją sobie na pamiątkę, chociaż waży może kilogram. Jestem znów w miasteczku. Idę najkrótszą drogą w stronę dworca, mijając mniej lub bardziej zaniedbane budynki użyteczności publicznej, wśród nich biały (zamknięty) kościółek, postkolonialny utrzymany w biało-niebieskiej tonacji budynek z 1905 roku. Odszukuję dziewczyny.
– Byłyśmy na pizzy! – oświadczają z dumą.
Kupujemy jeszcze bilety autobusowe do Kurytyby (17 reali, taniocha!). Droga powrotna do Kurytyby przebiega w półśnie. Widoki, co prawda, są atrakcyjne, autostrada wije się wśród zalesionych gór, ale zmęczenie bierze górę. Jesteśmy po trzech nocach w autobusie i dwóch "normalnych" noclegach.
Oto i Kurytyba. Tym razem miasto ukazuje się nam w dużo lepszym świetle. Nowoczesna zabudowa, wieżowce jaśniejące na tle wieczornego nieba. Jest dobrze! Na dworcu jesteśmy koło 20:00. Moja najpilniejsza potrzeba to naładować akumulatory do aparatu. Dla Gosi i Moniki - skorzystać z prysznica. Anektuję gniazdka elektryczne, rozkładam się przy ławkach i robię notatki. Na dworcu nie ma prysznica, dziewczyny udają się do pobliskiego hotelu.
Tymczasem konwersję z Małgosią. Durny to dialog: zaczynam mówić, Małgosia coś tam odburkuje.
– Pisz te swoje notatki!
Po chwili przerywa milczenie i zaczyna plotkować o towarzyszkach podróży. W chwilę później znów:
– No pisz, już się nie odzywam!
Małgosia jest poddenerwowana, bo coś jej wyskoczyło na wardze.
– Mam dwie maści w apteczce, dam ci, gdy dostaniemy się do bagażu w skrytce.
– Dobrze.
– Popatrz na te nazwy miast – wskazuję na napisy destynacji przy wejściu do biura firmy przewozowej: Novo Hamburgo, Blumenau, Uberlandia… Fajne nie?
– No właśnie, zastanawiałam się...
– To miasta założone przez niemieckich osadników w XIX wieku.
– Aha.
Wracają dziewczyny z mokrymi głowami.
– Byłyśmy w hotelu, tanio 10 reali – mówią do Małgosi.
Nie komentuję. Jesteśmy już w komplecie, bierzemy bagaże ze skrytki. Czeka nas długa noc w autobusie.
Autobus, którym jedziemy, to semi-cama. Wypełniony jest w stu procentach pasażerami. Nie mogę zasnąć, autobusem szarpie. Na szczęście umilkła już muzyka z głośnika. Pośrodku nocy nagle autobus hamuje i zatrzymuje się na jakimś oświetlonym placu. W pobliżu znajduje się stacja benzynowa ale z pewnością nie jest to dworzec. Przebudzamy się.
– Co tam się dzieje? – pytam Małgosię siedzącą pod oknem.
– Policja stoi i jacyś żołnierze - odpowiada sennym głosem. Kierowca zaświeca światło w autobusie i otwiera drzwi. Do pojazdu wchodzi dwóch umundurowanych policjantów z długą bronią. Jeden z nich przechodzi do tyłu pojazdu staje na końcu. Kierowca przez głośnik coś zapowiada, oczywiście nic z tego nie rozumiem.
– Control – wyjaśnia mi pasażer po drugiej stronie i gestem pokazuje, że trzeba wyjść.
Kiwam głową.
– Co się stało? – zastanawia się Małgosia.
– To prawdopodobnie tylko rutynowa kontrola. Nie martw się.
Gdy jeden z funkcjonariuszy na zewnątrz się odwraca, widzę na plecach napis Antidrogas. A to znaczy, że zatrzymała nas brygada antynarkotykowa. Przy wejściu do autobusu merda ogonem duży pies trzymany na smyczy przez innego funkcjonariusza. Pasażerowie posłusznie wychodzą, a z luku bagażowego policja wyciąga torby i plecaki. Ja jednak skupiam się na czymś innym. W małym plecaczku, oprócz jedzenia mam tę nieszczęsną, połamaną figurkę znalezioną na cmentarzu. Nie mam zamiaru wdawać się w jakiejś dyskusje, skąd ją mam. Przepuszczam Małgosię przodem, a sam dyskretnie wrzucam aniołka na górną półkę dwa metry dalej. Na zewnątrz pasażerowie zostają obstawieni przez brygadę antynarkotykową. Na twarzach pasażerów nie widzę specjalnego podenerwowania, raczej niechęć z powodu nocnej pobudki. Do środka pojazdu wchodzi funkcjonariusz z psem, przez okna widzimy, jak powoli przechodzi do końca autobusu i zawraca. Wychodzą. Pies zaczyna obwąchiwać bagaże wypakowane z luku. Gdy już kończy obwąchiwanie większości bagaży, zatrzymuje się przy naszych plecakach i merda ogonem.
– O, nie! – wyrywa mi się w duszy.
Pies jednak rusza dalej i zaczyna energicznie obwąchiwać kolejną torbę. Macha przy tym intensywnie ogonem, doskakuje i odskakuje od podejrzanego bagażu. Policjant nakazuje psu spokój, a ten siada przy czarnej torbie. Od tego momentu akcja przyspiesza. Na twarzy mężczyzny, który stoi koło mnie, pojawia się jakiś grymas i zaczyna nerwowo się rozglądać. "Oho, będzie się działo" – myślę sobie.
Facet w cywilu mówi coś do funkcjonariusza i patrzy w naszą stronę. Brazylijczyk stojący obok zaczyna krok po kroku wycofywać się w stronę stacji benzynowej, ale w tym momencie obstawiający nas żołnierze krzyczą do niego i każą położyć się na ziemi. Dwóch funkcjonariuszy w czarnych kamizelkach dopada do niego i zakłada mu kajdanki. Kilka minut później jest już po wszystkim. Funkcjonariusze kończą akcję i żegnają się z pasażerami, wyrażając swoje przeprosiny za wszelkie niedogodności. Wracamy do pojazdu. My, nieco zdenerwowani, pozostali Brazylijczycy głośno komentują zdarzenie. Przed nami jeszcze dwie godziny jazdy.
________________________________________
*/ Miasto zwane było pierwotnie Nossa Senhora da Luz e Bom Jesus dos Pinhais. Nawróceni Indianie Guarani zmienili portugalskie Pinhais („ziemia lasów sosnowych”) na swojskie kur ita ba („las sosnowy”). Wcześniej uważano, że nazwa pochodzi z pokrewnego języka Indian Tupi. Nota bene te „sosny” to po prostu araukarie.