Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Izmir – Cesme – Izmir

poniedziałek, 2 VIII 2021


Słowo o Nasreddinie | Kult wody | Tureccy i tatarscy bohaterowie | Wieczorna impreza nad morzem


Dziś właściwy dzień spotkania projektowego, przeglądam notatki i powtarzam w pamięci treść moich wystąpień.

Po śniadaniu przyjeżdża po naszą trójkę pracownik miejscowego uniwersytetu zatrudniony przy projekcie. Jedziemy do kampusu mieszczącego się na obrzeżach miasta. Tu spotykamy się z resztą z zespołu. Przedstawiamy swoje sprawozdania z wykonanych prac, prowadzimy również telekonferencję z przedstawicielami przemysłu wspierającymi projekt. Na zakończenie spotykamy się z dziekanem wydziału i zostajemy oprowadzeni po miejscowych laboratoriach. Muszę przyznać, że jest czego pozazdrościć.

Na kolację jesteśmy zaproszeni przez gospodarzy do Çeşme, 40-tysięcznej miejscowości leżącej nad Morzem Egejskim na samym koniuszku półwyspu Karaburum. Na ile się zorientowałem, miasteczko to, oddalone od Izmiru o 90 kilometrów jest odpowiednikiem naszego Sopotu, do którego się jeździ w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. Wieczór zapowiada się więc interesująco.

Polską trójkę zabiera samochodem pracownik uniwersytetu. Przy wyjeździe z Izmiru, dostrzegam po prawej stronie gigantyczny pomnik przedstawiający starszego mężczyznę z kavukiem na głowie i wielkim garnkiem umieszczonym na kolanach.

– Nasreddin Hoca – wyjaśnia nasz kierowca.

No tak. Gdzie, jak nie w Anatolii powinien stać pomnik tego na wpół legendarnego mędrca? Hodża Nasreddin jest bohaterem setek opowiadań, bajek i dykteryjek pełnych subtelnego humoru i pedagogicznej nutki. Pomnik postawiono parę lat temu, a w 8 miesięcy temu (w styczniu 2021) otworzone wewnątrz 37-metrowego pomnika Centrum Kultury i Nauki dla Dzieci im. Nasreddina Hodży.

Nasreddin i zaczyn

Niektórzy ludzie marnują czas na pragnienia, które trudno im spełnić. Aby udzielić rady w tej sprawie, Nasreddin Hodża udał się nad jezioro z zaczynem do jogurtu. Chwycił łyżkę i zaczął wlewać zaczyn do jeziora. Ci, którzy go widzieli, pytali ze zdumieniem: „Hodża, co robisz?”. Hodża spojrzał na jezioro, spojrzał na tych, którzy go obserwowali ze zdziwieniem i ze śmiechem powiedział: „Wlewam zaczyn do jeziora”. Ktoś podszedł do Hodży i zapytał: „Czy to możliwe? Czy jezioro kiedykolwiek produkuje zaczyn do jogurtu?”. Nasreddin Hodża odpowiedział: „A co, jeśli tak?”.

W Çeşme zajeżdżamy pod jakąś stację benzynową i czekamy na resztę zespołu, którego przybycie opóźnia się z bliżej mi nieznanych względów logistycznych. Kręcąc się po najbliższej okolicy trafiam na sebil – murowane ujęcie wody. Co prawda woda nie cieknie z tego źródła, ale studzienka w kształcie portalu zachwyca ornamentami. Na obszarach o klimacie suchym i półpustynnym, takich jak Mezopotamia, Persja, czy Chorezm, woda była podstawą życia i jednym z najważniejszych dóbr publicznych. W kulturze islamu miała ona również znaczenie duchowe – czystość fizyczna była ściśle związana z czystością duchową. Stąd też troska o jakość i estetykę miejsc, z których czerpano wodę, była naturalnym przejawem pobożności i szacunku wobec daru natury. Od razu przypomina mi się inne ujęcie wody, które spotkałem w południowej Armenii na obszarze wiejskim. Tamto pochodziło z czasów radzieckich, ale również miało zdobienia. To pokazuje, jak ważna jest woda, niezależnie od zamożności społeczeństwa.

Te ujęcia wody były często fundowane przez władców, możnych lub duchownych jako akt dobroczynności (wakf). Czasem były proste w kształcie, z taniego kamienia lub betonu, a innym razem – były małymi arcydziełami architektury, zdobione marmurem, glazurą, kaligrafią i arabeskami, często połączone z małymi meczetami lub szkołami koranicznymi jak w Kairze, Damaszku czy Stambule. Tu, w Çeşme, takich źródeł jest wyjątkowo dużo. Notabene Çeşme (چشمه) oznacza w języku perskim „źródło”.

Dekoracyjność sebilu miała także znaczenie symboliczne – woda spływająca z jego kranów przypominała o błogosławieństwie Boga, a bogactwo ornamentów odzwierciedlało ideę raju, w którym płyną „rzeki czystej wody”.

Dołącza w końcu reszta zespołu i ruszamy pieszo w stronę starówki. Uczestnicy spotkania przekazują sobie różne plotki dotyczące znajomych i wydarzeń w macierzystych instytutach, ja z pożądaniem patrzę na wznoszącą się ponad miastem twierdzę – zamek św. Piotra – zbudowaną w czasach Republiki Genueńskiej (ok. 1508 r. n.e.). Wolałbym się odłączyć i zwiedzić to miejsce, muszę jednak odpuścić i jak potulna owieczka iść w stadzie. Zamek wzniesiony jest z szarego wapienia i z pewnością nie raz był odbudowywany. Zbyt porządnie wygląda, jak na moje wyczucie. Spomiędzy domów tu i ówdzie wyrastają smukłe wieże minaretów. Pomiędzy palmami dostrzegam pomnik chana tatarskiego Kaplana I Giraja (1678-1738). Nie miał facet łatwego życia, a jego panowanie na Krymie przypominało często upadające rządy II Rzeczypospolitej. Po trzecim podejściu i nieudanej kampanii przeciw Rosji, rządzący Imperium Osmańskim sułtan Mahmud I odebrał mu tytuł chana i zesłał do Çeşme.

Parę kroków dalej spotykam kolejnego bohatera tureckiego. Pomnik przedstawia niewysokiego mężczyznę w szarawarach i w turbanie, a towarzyszy mu… lew. Cezayirli Gazi Hasan Pasza (1713-1790) zwany Potworem Mórz (Ejder-i Bahrî), był osmańskim wielkim admirałem, a nawet załapał się na funkcję wielkiego wezyra. Przez pewien czas dowodził wojskami w Algierii, skąd przywiózł sobie oswojonego lwa. Odtąd wszędzie z nim paradował.

Spacerując po miasteczku, wstępujemy do najstarszej na wybrzeżu lodziarni znanej z wyśmienitych lodów podawanych z dodatkiem miejscowego miodu. Lodziarnia Rumeli powstała w 1945 roku, a rodzinne tradycje są kultywowane do dziś.

Wzdłuż ulic starówki rozstawione są dziesiątki stolików. Zastanawiam się, do której knajpy jesteśmy zaproszeni. Mam już ochotę coś zjeść, bo właściwie jest już wieczór, a my bez obiadu. Idziemy do mariny i tu, na nabrzeżu w promieniach zachodzącego słońca robimy sobie pamiątkowe zdjęcia.

W odległości kilkunastu kilometrów widoczny jest niski brzeg wyspy. To już Grecja, a dokładniej wyspa Chios. Podobne zachody słońca zapewne oglądał niemal 3000 lat temu Homer, siedząc na progu swojego domu na Chios. Zanim stracił wzrok, ma się rozumieć. Nota bene wyspa była ojczyzną wielu greckich pisarzy, filozofów i matematyków, a ostatnio zyskała uwagę jako rzekoma ojczyzna Krzysztofa Kolumba. Żeglarz sam o sobie pisał, że jest Genueńczykiem, aczkolwiek mógł mieć na myśli Republikę Genueńską, która obejmowała również część Krymu, Korsykę i część Sardynii oraz właśnie Wyspy Egejskie z największą Chios. Jak było naprawdę, nie wiadomo, jedno jest pewne: czyjeś wielkie dokonania sprawiają, że chce się ich autora włączyć do własnego narodowego panteonu, a poszukiwacze sensacji tacy, jak Ruth Durlacher (zwolenniczka hipotezy o Kolumbie-Greku), zawsze znajdują zwolenników.

Miejsca mamy zarezerwowane w restauracji położonej przy nadmorskiej promenadzie (Fuente Restaurant Çeşme Marina). Tu, na pięterku pod zadaszeniem spędzamy wieczór, objadając się do syta. Nad miastem zapada zmrok, widać setki łodzi kołyszących się łagodnie na wodzie w porcie. Górująca nad miastem twierdza jest pięknie iluminowana, a z sąsiedniego klubu dolatuje turecka muzyka.

Około 22:00 wracamy do Izmiru.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej